Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balzac. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balzac. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 września 2017

Ojciec Goriot, Honoriusz Balzac

Nie ma co ukrywać, nie każda z ponad 90 części Komedii ludzkiej da się dzisiaj bezboleśnie czytać. Swoje zrobił zarówno czas jak i styl Balzaca, który uszczęśliwiałby pewnie reżysera i scenografa teatralnego ale niekoniecznie już czytelnika powieści. Jego "didaskalia" pod względem nudy mogą iść w zawody ze sławetnymi opisami przyrody Elizy Orzeszkowej w "Nad Niemnem". Ale wytrwałość czytelników, którzy zacisnąwszy zęby przebiją się przez nie zostaje sowicie nagrodzona. Prawie dwieście lat i książka, która ciągle jest aktualna, owszem zmieniło się otoczenie i okoliczności ale ludzkie motywacje nie uległy zmianie i pozostają żenująco nieskomplikowane. 


Cóż za bogactwo problematyki dla ponowoczesnej (bo przecież nie innej) krytyki literackiej! Prawie jak u Szczepana Twardocha, czegóż tu nie ma: wykluczenie (lokatorzy pensjonatu pani Vauquer), silnie zaakcentowany wątek feministyczny (m.in. pani de Beauséant), no i widoczny akcent queer (homoseksualizm Vautrina). W sam raz coś do "Tekstów drugich" ale ja wolę trzymać się bardziej tradycyjnych interpretacji opartych na tekście.

Od tej strony patrząc "Ojciec Goriot" jest powieścią o dwóch planach podporządkowanych zasadzie, że pieniądz rządzi światem. Na jednym głównym bohaterem jest zstępująca z teatru życia tytułowa postać, na drugim wstępujący dopiero na arenę Rastignac. I niech nikogo nie zwiedzie tytuł, wcale nie jest oczywiste, który z nich jest tu ważniejszy. Ale przyjmijmy, że z racji statusu pierwszeństwo należy się tragedii zawiedzionej miłości ojcowskiej, choć z drugiej strony, jeśli przyjrzeć się jej sine ira et studio, to niby dlaczego? Czy nie wydaje się dziwne, że stary geszefciarz, który zbił majątek na ludzkiej krzywdzie i wpychający kochanka do łóżka swojej zamężnej córki łudzi się, że zasady które z powodzeniem stosował wobec innych do niego samego nie mają zastosowania?

Przykra sprawa - wyhodować sobie żmije na własnej piersi. Ale przecież "starszy pan" mógł się tego spodziewać. Córki, tak jak on podporządkowały życie pieniądzu, tyle że, na innym poziomie. I dla niego i dla nich pieniądze nie były wartością samą w sobie lecz środkiem zdobycia miłości, tyle że o ile ojciec inwestował (bez powodzenia, jak się okazało) w miłość córek, tak córki inwestowały (z podobnych efektem) w miłość kochanków. Żadne to usprawiedliwienie, chyba że przyjmiemy, że miłość i obowiązek wobec rodzica ma pierwszeństwo przed każdym innym uczuciem.  

Tak czy inaczej, "nieciekawa" sytuacja. Ale co się dziwić tak toczy się ten światek. Zaskakująco zgodni w jego ocenie jest arystokratka, która stwierdza, że "świat to śmietnik; starajmy się utrzymać na wyżynach", kryminalista, gdy mówi: "nie ma zasad, są tylko wypadki; nie ma praw, tylko okoliczności: (...)" i Rastignac, któremu "Świat przedstawiał (...) się jako ocean błota, w którym człowiek grzęźnie po szyję, skoro raz utkwi w nim nogą." I nie wiem, czy wątek tego ostatniego nie jest ciekawszy niż tytułowego bohatera, który zresztą tak wiele miejsca w powieści nie zajmuje. Jest ważny jako punkt odniesienia. Stosunek do niego jest miarą ludzkiej uczciwości i świadectwa jakie daje o sobie człowiek.

Pod tym względem Rastignac tylko pozornie zdaje egzamin, nie przybrał jeszcze tonów bywalca wielkiego świata ale jest na najlepszej drodze do tego, niestety. To dobrze o nim świadczy, że walczy o pozostanie przyzwoitym, choć ma się świadomość, że to walka z góry skazana na przegraną. Nie po to wszak przyjechał by zachować się przyzwoicie lecz by zrobić karierę i stać się finansową podporą rodziny. Finansową - nie moralną. Nic to, że nie godzi się uczestniczyć w planie Vautrina - nie ma przecież wątpliwości, że rzucone przez niego ziarno padło na podatną glebę. Miejmy tylko nadzieję, że nie okaże się do końca kanalią. 

niedziela, 9 grudnia 2012

Kobieta porzucona, Komedia ludzka IV, Honore Balzac

Znowu dałem się namówić, tym razem Koczowniczce i przyznaję nie żałuję, chociaż lekturę kończyłem z tzw. mieszanymi uczuciami. Czwarty tom "Komedii ludzkiej" zawierający "Studia obyczajowe, Sceny z życia prywatnego" oprócz tytułowego opowiadania zawiera jeszcze jedno nieco obszerniejsze zatytułowane "Honoryna" i powieść "Beatrix".


Cóż, balzakowski styl nie należy do zbyt przyjaznych dla czytelnika, zanim bohater Balzaka coś powie poznajemy historię jego, jego rodziny i rozmówcy. Dowiadujemy się jak wygląda dom i jak urządzony jest pokój, w którym akurat siedzi. Czasami jednak nasza cierpliwość wystawiona na ciężką próbę jest wynagradzana. "Kobieta porzucona" to interesujący obrazek, w którym, jak to u Balzaka, miłość idzie w zawody z pieniądzem, i mający coś więcej niż tylko wdzięk urokliwej ramotki. Zaskakująco jak współcześnie brzmią poruszane przez niego problemy i pytania o prawo do błędu w relacjach pomiędzy kobietą i mężczyzną i granicę, poza którą już nie ma wybaczenia. To dylematy nie nowe, bo znane przecież z "Niebezpiecznych związków" Ch. de Laclosa, tyle że w przypadku "Kobiety porzuconej" pobudki decyzji mężczyzny są znacznie bardziej przyziemne - wiadomo, pieniądze. "Honoryna" z kolei, to szkatułkowa opowieść, chociaż tych szkatułek nie za dużo bo tylko trzy, w której głównym problemem są granice poczucia winy, rzeczywistej i wyimaginowanej, uczciwości wobec samego siebie (a raczej samej siebie, bo dotyczy to tytułowej bohaterki opowiadania) i złożenia jej w ofierze dla szczęścia drugiej osoby. Wnioski Balzaka są mało optymistyczne. Z jednej strony bezgraniczna miłość a z drugiej tylko lojalność za to podszyta ciągłym poczuciem winy nie jest receptą na szczęśliwy związek. Ma się wrażenie, że tytułowa bohaterka ma problem z patologicznym poczuciem winy i jest klinicznym przykładem osoby posiadającej tzw. skrupulatne sumienie. Rzecz w tym, że rzutuje ono nie tylko na jej życie, bo to paradoksalnie płynie szczęśliwie dzięki rozłożeniu nad nią "złotego parasola" (niezbyt dobrze świadczy o jej inteligencji, że nie potrafi tego dostrzec) ile raczej na tego, kto opiekę nad nią roztacza. Nasuwa się tu przy okazji pytanie, podobnie jak w przypadku "Kobiety porzuconej" o granice miłości własnej i poczucia własnej godności wobec ukochanej osoby odrzucającej starania. Z kolei "Beatrix" potwierdza prawidłowość pisarstwa Balzaka - im dłużej tym nudniej, nawet jeśli mogło być ciekawie. Zestaw motywów jest iście balzakowski, czyli młody mężczyzna zakochany w "starszej" pani (przy okazji okazuje się, że mądrość rodem z "07 zgłoś się", że "kobieta dwa razy szaleje: jak dojrzeje i jak siwieje" ma dużo starszą i znacznie bardziej nobliwą tradycję niż by się wydawało) czerwieni się i leje łzy przy każdej okazji, kobiety okazują się mądrzejsze od mężczyzn, pieniądz rządzi światem, etc. etc. Do tegi sążniste opisy, które mogą zainteresować dekoratorów wnętrz i osoby interesujące się historią mody. Gorzej, że postacie są infantylne i niewiarygodne, z jednej strony kobieta nie ma skrupułów i porzucając męża (nie bez powodów) wyjeżdża za granicę z kochankiem, z drugiej zaś wiedząc, że i kochanek ją zdradza utrzymuje, że musi być mu wierna. Z kolei matka głównego bohatera "aczkolwiek w rzeczach afektu pozostała naiwną i nieśmiałą dziewczyną, przed którą miłość nie otwarła swej księgi" jednak rozpoznawała "symptomy zwiastujące prawdziwą miłość, uczucie całkiem nieznane w tym starym dworze", chociaż akurat ją mąż poślubił z miłości. Ale to jeszcze nic w porówaniu z tym, że z inteligentnej kobiety Balzak robi rajfurkę, miłość (?) młodego człowieka jest tak marnej próby, że mimo iż kocha (?) jedną, zakochuje się w kolejnej i to jeszcze zanim ją zdążył poznać ale i tak żeni się w końcu z inną.  Przypomina przy tym kurka na dachu, popychanego impulsami, które akurat dojdą do głosu, bo okazuje się, że i żonie nie potrafi dochować wierności a obiektem jego uczuć jest dawna "stara miłość". Kiedy czyta się te bzdety, ma się wrażenie, że jeśli nie Mniszkówna i Rodziwiczówna to Grochola lub Sowa umiałyby bardziej interesująco wyzyskać to "bogactwo" treści. Muszę przyznać, że po lekturze "Beatrix" swój ambitny zamiar przeczytania całej "Komedii ludzkiej" zaczynam coraz bardziej oceniać jako zbyt ambitny.

czwartek, 22 listopada 2012

Nieznane arcydzieło, Komedia ludzka XXII, Honore de Balzac

Po dyskusji wokół "Balzakianów" nie pozostało mi nic innego jak sięgnąć do źródeł. Na pierwszy ogień poszło "Nieznane arcydzieło". Pewnie wypadałoby zajrzeć do wydania w serii "Nowy kanon" z posłowiem, a jakże by inaczej, Jacka Dehnela ale postanowiłem przeprosić się z kanonicznym wydaniem "Komedii ludzkiej" z 1964 r. (tom XXII, Studia filozoficzne II), które zbiera kurz w domowej bibliotece.


Tom zawiera pięć opowiadań, a po ich lekturze nie dziwię się wydawnictwu W.A.B., że zdecydowało się na wydanie tylko dwóch pierwszych i słusznie bo już kolejne pewnie nie przypadłoby do gustu paniom biorąc pod uwagę dla Balzaka kobieta dwudziestopięcioletnia jest już "nie pierwszej młodości". Poza tym Balzac gada, gada, gada ... . W "Poszukiwaniu absolutu" dowiadujemy się na przykład, że małżonkę głównego bohatera zabiły słowa "niby cios sztyletu" ale umiera ona przez ponad sześć kolejnych stron (nie żebym nie mógł się tej śmierci doczekać). Balzac opisuje wszystko co się da, włącznie z zastawą stołową: "Karafki i gąsiorki ustawione na stole miały ów szacowny wygląd, jaki nadaje im staroświecka krągła brzuchatość. Kieliszki były też staroświeckie, smukłe na wysokich nóżkach - kieliszki takie widujemy na starych obrazach szkoły holenderskiej i flamandzkiej. Fajanse różnobarwne, malowane na sposób Bertranda de Palissy, pochodziły z angielskiej fabryki Weegwooda. Srebra były masywne, kanciaste, nie dęte: prawdziwe srebra rodzinne, gdzie każda sztuka różna pod względem cyzelunku, mody i kształtu (...)" i równie pasjonującym opisem transakcji finansowych "(...) wystąpicie o waszą część sumy za sprzedaż lasu, a pan Baltazar nie będzie wam mógł odmówić dwustu tysięcy franków, na których położy się areszt drogą sprzeciwu formalnego; co zaś do należnych wam, pozostałych stu tysięcy, otrzymacie ja za pomocą obligu hipotecznego, którym obciąży się ten dom. Pan Conyncks zażąda gwarancyj na trzysta tysięcy franków należnych pannie Felicji i Jasiowi. W tej sytuacji pan Baltazar będzie musiał zahipotekować swoją posiadłość na równinie Orchies, obciążoną już stoma tysiącami dukatów zadłużenia. W przypadku intabulacji na rzecz małoletnich prawo działa wstecz, dając im pierwszeństwo." chociaż ten akurat mógł być refleksem jego własnych doświadczeń, to łagodnie rzecz ujmując, nie wpływa stymulująco na bieg akcji. Na osłodę mamy za to ciekawostkę - polski akcent, szlachcica, oficera, Adama Wierzchowskiego, który kwaterował w 1809 roku w domu gospodarza i był spiritus movens jego manii. Być może "Komedia ludzka" jest arcydziełem ale na pewno nie da się tego wniosku wywieść z kolejnego opowiadania "Przeklęty syn". Chwilami jest to grafomania czystej wody w rodzaju: "Drogi kwiecie mojego życia - ozwała się Joanna całując syna w czoło - wśród burzy odłączyłeś się od mojego łona, a teraz ja wśród burzy rozłączam się z tobą. Między tymi dwoma burzami wszystko burzą mi było prócz godzin, kiedy widywałam ciebie. Oto ostatnia moja radość, a łączy się ona z ostatnim moim bólem. Żegnaj, miłości moja jedyna, żegnaj, piękny wizerunku dwojga dusz, które skojarzą się niebawem, żegnaj, radości moja jedyna, radości czysta, żegnaj jedyny mój kochanku!" Tak, tak to nie Helena Mniszkówna, to Honore de Balzac. Po tym wszystkim ostatnie opowiadanie tomu "Żegnaj" możnaby uznać nieomalże za odpoczynek ale nie z powodu lekkości tematyki a objętości, bo ta jest jego największą zaletą.

Co spina tych pięć opowiadań? - w przypadku dwóch pierwszych "Nieznane arcydzieło" i "Gambara" można mówić o sztuce, jej wizji w oczach twórcy, niezrozumiałej dla nikogo poza nim. Można też próbować znaleźć wspólny mianownik w idee fixe, któremu poddaje się człowiek aczkolwiek jest ono różnego rodzaju; począwszy od stworzenia dzieła sztuki stanowiącego ideał piękna po przedłużenie rodu. Wreszcie największym, jest nim szaleństwo, które zwykle spycha człowieka na margines i wystawia na pośmiewisko. Pieniądz uchodzący u Balzaka za motor ludzkich działań jest w drugiej części "Studiów filozoficznych" zepchnięty na drugi plan aczkolwiek ciągle wyraźnie widoczny, zwłaszcza w "Poszukiwaniu absolutu" i w mniejszym stopniu "Gambarze" oraz "Przeklętym synu" przegrywa w nich jednak w pojedynku z uczuciami.

Różnica pomiędzy opowiadaniami Balzaka a "Balzakianami" polega na tym, że te pierwsze są po prostu nudne i to wprost proporcjonalnie do swej długości. Nie chciałbym jednak by powstało wrażenie, że uczeń (?) przewyższył mistrza - nic z tych rzeczy. Nie ulega wątpliwości, że opowiadania czy też minipowieści (?) Dehnela to zabawa - u Balzaka są one śmiertelnie, w całym tego słowa znaczeniu, poważne. Meandry opisów, rozważań i dygresji, w które obrastają jego historie, z których trzeba wyłuskiwać główny nurt opowieści w "Balzakianach" są tylko zamarkowane. Stąd też różne tempo narracji i jej waga. O ile "Komedia ludzka" mogłaby stanowić podstawę dla któregoś z rozdziałów "Przemian obyczajów w cywilizacji Zachodu" N. Eliasa, to ich wariant z "Balzakianów" co najwyżej mógłby znaleźć się, w najlepszym wypadku, na stronach "kronik towarzyskich" czasopism dla pań. Jest to naturalną konsekwencją tego, że Dehnel "ciął po skrzydłach" i jego pastisze (jak określa je Lireal) są dostosowane do wymagań i oczekiwać "masowego" współczesnego czytelnika, który niespecjalnie zainteresowany jest pogłębioną analizą motywów postępowania, opisem ciągle dominujących w naszych miastach blokowisk z czasów Gomułki i Gierka ani wnętrz zrobionych pod jeden strychulec. Czy zestawienie z oryginałem deprecjonuje książkę Dehnela - moim zdaniem nie - przynajmniej tak długo jako długo traktuje się ją jako napisaną z przymrużeniem oka. A przede mną następny tom "Komedii ludzkiej" - o, matko!