Zaczęło się całkiem niewinnie; moje pierwsze wątpliwości co do tego jak miały się na prawdę w Afryce sprawy Karen Blixen pojawiły się po lakonicznej wzmiance tłumacza "Daleko stąd. Podroż afrykańska" o jej przynależności do "śmietanki Happy Valley". Potem była notka w Afroczytelni, po której trafiłem jeszcze na fotografię Carla Van Vechtena (poniżej) i wreszcie na wpis Lirael w Płaszczu zabójcy. Nie miałem wyjścia - musiałem dowiedzieć się czegoś więcej. Padło na książkę Detlefa Brennecke bo gdzieś natknąłem się na informację, że nie jest to przesłodzona laurka, jak to często bywa z biografiami popularnych postaci.
Ale najpierw "dwa słowa" o fotografii Blixen. Jak każdy kto czytał "Pożegnanie z Afryką" byłem pod wrażeniem nastroju nostalgii i harmonii ludzi i przyrody. Żałowałem, że książka tak szybko się kończy i dopiero niedawno dowiedziałem się, że jej ciągiem dalszym są "Cienie na trawie" - ale to już nie to. W każdym razie brałem za dobrą monetę, to o czym Blixen pisała.
Wątpliwość zasiała właśnie ta fotografia, która została wykonana podczas pobytu pisarki w Nowym Yorku w 1959 r. Nie chodzi nawet o to, że zestawienie białej kobiety i czarnej maski nie było zbyt oryginalne - ujęcie to wprowadził na salony sztuki Man Ray za sprawą Kiki i maski Baule ponad 30 lat wcześniej a Van Vechten z pewnością je znał. W sumie nie byłoby w tym nic dziwnego, tyle że pisarka w czasie swojego pobytu w Afryce mieszkała w Kenii zaś maska Tankagle z plemienia Dan, z którą pozuje, pochodzi z drugiego krańca kontynentu, z Liberii, w której nigdy nie była. Zaskoczyło mnie, że pisarka utożsamiana za sprawą swojej najbardziej znanej książki z Kenią, pozuje do zdjęcia, które choć kojarzy się z Afryką, to jednak zupełnie nie ma nic wspólnego z miejscem, w którym żyła. Oczywiście można, ale ma się wrażenie, że coś jednak jest tu nie tak.
Wątpliwość zasiała właśnie ta fotografia, która została wykonana podczas pobytu pisarki w Nowym Yorku w 1959 r. Nie chodzi nawet o to, że zestawienie białej kobiety i czarnej maski nie było zbyt oryginalne - ujęcie to wprowadził na salony sztuki Man Ray za sprawą Kiki i maski Baule ponad 30 lat wcześniej a Van Vechten z pewnością je znał. W sumie nie byłoby w tym nic dziwnego, tyle że pisarka w czasie swojego pobytu w Afryce mieszkała w Kenii zaś maska Tankagle z plemienia Dan, z którą pozuje, pochodzi z drugiego krańca kontynentu, z Liberii, w której nigdy nie była. Zaskoczyło mnie, że pisarka utożsamiana za sprawą swojej najbardziej znanej książki z Kenią, pozuje do zdjęcia, które choć kojarzy się z Afryką, to jednak zupełnie nie ma nic wspólnego z miejscem, w którym żyła. Oczywiście można, ale ma się wrażenie, że coś jednak jest tu nie tak.
Sądziłem, że Blixen była "autorką jednej książki", że wszystko w jej twórczości i życiu liczy się przed albo po "Pożegnaniu z Afryką", tymczasem Brennecke otworzył mi oczy przedstawiając portret kobiety, dla której kilkanaście lat spędzonych w Kenii (z przerwami) owszem jest bardzo ważne ale wcale nie przełomowe, kobiety która na swoją renomę jako pisarka solidnie zapracowała, a wydając "perłę w koronie" swojej twórczości miała już ugruntowaną pozycję na rynku wydawniczym.
Mnie najbardziej interesował wątek afrykański i Brennecke w tej materii nie zawodzi, choć jednocześnie nie do końca zaspakaja rozbudzoną ciekawość. Okazuje się, że decyzja o zamążpójściu była dla Blixen rodzajem ucieczki od atmosfery rodzinnego domu, a sam wybór Kenii jako miejsca zamieszkania była równie nieprzemyślany jak decyzja by zajmować się tam uprawą kawy, o której ani ona ani jej mąż nie mieli pojęcia. W ostatecznym rozrachunku nie tylko wybór miejsca nie okazał się szczęśliwy - pasmo nieszczęść zaczęło się od męża.
Mnie najbardziej interesował wątek afrykański i Brennecke w tej materii nie zawodzi, choć jednocześnie nie do końca zaspakaja rozbudzoną ciekawość. Okazuje się, że decyzja o zamążpójściu była dla Blixen rodzajem ucieczki od atmosfery rodzinnego domu, a sam wybór Kenii jako miejsca zamieszkania była równie nieprzemyślany jak decyzja by zajmować się tam uprawą kawy, o której ani ona ani jej mąż nie mieli pojęcia. W ostatecznym rozrachunku nie tylko wybór miejsca nie okazał się szczęśliwy - pasmo nieszczęść zaczęło się od męża.
W wersji Brennecke pobyt Blixen w Kenii to życie w ułudzie, która odnosiła się do prozy życia jaką było gospodarowanie na plantacji podobnie zresztą jak i w odniesieniu do bardziej wzniosłej sfery. Zarówno romans z baronem Erikiem von Otterem, jak i ten najsłynniejszy, za sprawą książki i a potem filmu, z Denysem Georgem Finch Hattonem okazały się pomyłką. To Blixen była w tym związku stroną dającą, Finch Hatton, dobrze się bawił, miał gdzie i do kogo wpadać i z kim pogadać. Gdy zaszła z nim w ciążę i dziecku już nadała imię Daniel otrzymała od niego z Londynu telegram: "Depeszę otrzymałem stop - Rób z Danielem co chcesz stop - powitałbym go gdybym mógł zaoferować partnerstwo stop - co niemożliwe stop".
Jak na gorące - podobno - uczucie, wieje z tego mroźnym chłodem. Jego przyczyna staje się jasna, jeśli weźmie się pod uwagę, że człowiek którego kochała Karen, miał już od trzech lat romans z 17 lat od niej młodszą Beryl Purves (Markham). Kiedy Finch Hatton zginął w katastrofie lotniczej w ich związku było już od jakiegoś czasie "pozamiatane"; nie dość, że nie chciał się żenić, to jeszcze na zakończenie zażądał "zwrotu złotego pierścionka, który przywiózł jej z Abisynii, i spakowawszy się pojechał do (...) Nairobi, gdzie Beryl miała willę."
O tym wszystkim Blixen nie pisze w "Pożegnaniu z Afryką". Nie pisze i o wielu innych rzeczach a zapewne sporo też konfabuluje skoro jej brat, aczkolwiek przesadzając z kolei w drugą stronę, pisał że żadnej z wymienionych w swoim życiowym motcie rzeczy "Jeździć konno, strzelać z łuku, mówić prawdę" nie praktykowała. Jeździć konno na pewno umiała ale do prawdy nie była nadmiernie przywiązana. W opowiadaniu "Barua a Soldani" (z "Cieni na trawie") wspomina, jak to list z podziękowaniami od króla Danii Christiana X przykładała do rany Kikujusa przywracając mu w ten sposób zdrowie - "ciągle mam jeszcze list króla. Teraz jednak jest on nie do odczytania, brązowy i sztywny od krwi - wydarzeń z przeszłości." Brzmi to wszystko uroczo - niestety Brennecke psuje nastrój, bo okazuje się, że gdy to pisała, list jak najbardziej czytelny i zachowany w doskonałym stanie, leżał w szufladzie w domu, w którym mieszkała i można go dzisiaj oglądać w muzeum pisarki w Rungstedlund.
Chyba rzeczywiście Blixen lubiła maski i dopiero po ich zdjęciu można było zobaczyć jej prawdziwą twarz. Ale nawet gdyby "Pożegnanie z Afryką" było właśnie taką maską, to ciągle jest to maska zachwycająca.

