Wszyscy znają sarkastyczne powiedzenie o byciu "dwadzieścia (a czasami i więcej) lat za Murzynami", ale są dziedziny w których to nie sarkazm, bo co można powiedzieć, gdy klasyka światowej literatury podróżniczej ukazuje się w Polsce w 200 lat po jej wydaniu (nie licząc dwóch edycji z początku XIX w. będących w gruncie rzeczy streszczeniami oryginału). Mowa o "Podróżach we wnętrzu Afryki".
To kolosalna różnica w stosunku do bzdetów Beaty Pawlikowskiej i impertynencji Wojciecha Cejrowskiego, zresztą co tu porównywać, jeśli jak pisze we wprowadzeniu tłumacz, Michał Kozłowski - czym dla nas "W pustyni i w puszczy", tym dla Anglików dziennik Mungo Parka, choć też nie do końca ma rację bo trudno porównywać historyjkę dla dzieci i młodzieży inspirowaną cudzymi przeżyciami i przykrawającą rzeczywistość do wyobrażeń nieletnich czytelników oraz autentyczny dramat, w wielu miejscach ciągle przemawiający do współczesnego czytelnika.
"Podróże we wnętrzu Afryki" nie są trawelebrycką wycieczką w świetle fleszy i kamer telewizyjnych lecz historią podróży człowieka, który stawiał na szali własne życie, wiedząc jaki los był jego poprzedników. Jednemu z nich, Danielowi Houghton'owi (1740-1791), poświęca sporo miejsca i udało mu się zresztą dowiedzieć jak zakończyły się jego losy, mianowicie "po przybyciu do Dżary poznał pewnych kupców mauryjskich, podróżujących do Tiszitu (miejsca niedaleko kopalni soli na Wielkiej Pustyni, dziesięć dni drogi na północ) dla zakupu soli, a Major za cenę muszkietu i tytoniu wynajął ich, aby go tam zaprowadzili. Na podstawie tych wiadomości trudno dojść do jakiegoś innego wniosku, niż że Maurowie celowo oszukali go co do drogi, którą zamierzał podążać, albo warunków panujących w kraju pomiędzy Dżarą i Timbuktu. Mieli zapewne zamiar obrabować go i porzucić na pustyni. Po dwóch dniach zaczął domyślać się ich zdrady i nalegał na powrót do Dżary. Widząc, że tak nalega, Maurowie obrabowali go ze wszystkiego, co miał, i odeszli z wielbłądami. Biedny, opuszczony Major wrócił piechotą do należącego do Maurów wodopoju zwanego Tara. Przez kilka dni nie miał niczego do jedzenia, a nieczuli Maurowie odmówili dania mu czegokolwiek. Popadł w rozpacz. Czy rzeczywiście zginął z głodu, czy zamordowali go dzicy mahometanie, nie wiadomo. Jego ciało przeciągnięto do lasu." ...
"Podróże we wnętrzu Afryki" nie są trawelebrycką wycieczką w świetle fleszy i kamer telewizyjnych lecz historią podróży człowieka, który stawiał na szali własne życie, wiedząc jaki los był jego poprzedników. Jednemu z nich, Danielowi Houghton'owi (1740-1791), poświęca sporo miejsca i udało mu się zresztą dowiedzieć jak zakończyły się jego losy, mianowicie "po przybyciu do Dżary poznał pewnych kupców mauryjskich, podróżujących do Tiszitu (miejsca niedaleko kopalni soli na Wielkiej Pustyni, dziesięć dni drogi na północ) dla zakupu soli, a Major za cenę muszkietu i tytoniu wynajął ich, aby go tam zaprowadzili. Na podstawie tych wiadomości trudno dojść do jakiegoś innego wniosku, niż że Maurowie celowo oszukali go co do drogi, którą zamierzał podążać, albo warunków panujących w kraju pomiędzy Dżarą i Timbuktu. Mieli zapewne zamiar obrabować go i porzucić na pustyni. Po dwóch dniach zaczął domyślać się ich zdrady i nalegał na powrót do Dżary. Widząc, że tak nalega, Maurowie obrabowali go ze wszystkiego, co miał, i odeszli z wielbłądami. Biedny, opuszczony Major wrócił piechotą do należącego do Maurów wodopoju zwanego Tara. Przez kilka dni nie miał niczego do jedzenia, a nieczuli Maurowie odmówili dania mu czegokolwiek. Popadł w rozpacz. Czy rzeczywiście zginął z głodu, czy zamordowali go dzicy mahometanie, nie wiadomo. Jego ciało przeciągnięto do lasu." ...
Park wyprawiał się do Afryki dwukrotnie, celem jego wypraw było ustalenie biegu Nigru - nawiasem mówiąc ciekawe, ile osób wie (a nie zgaduje) czy płynie on z zachodu na wschód czy ze wschodu na zachód - co było swego czasu jedną z większych zagadek dla geografów oraz dotarcie do Timbuktu. Z pierwszej wyprawy wrócił po prawie dwóch latach, gdy wszyscy już położyli na nim krzyżyk i kilka lat później wyruszył ponownie, już nie samotnie ale z mocną ekipą i solidnie wyekwipowany, ale skutek był taki, że żaden biały z ponad czterdziestoosobowego składu nie przeżył. Jak pisał Park w liście z 17 listopada 1805 roku "Nie mieliśmy walk z tubylcami, żadnego z nas nie zabiły dzikie zwierzęta ani jakiekolwiek inne tragiczne wypadki, a jednak muszę z przykrością powiedzieć, że z czterdziestu czterech Europejczyków, którzy opuścili Gambię w doskonałym zdrowiu, obecnie żyje tylko pięciu, to jest: trzech żołnierzy (jeden - chory na umyśle), porucznik Martyn i ja." Dwa dni później w ostatnim zachowanym liście, który pisał do żony, zawiadamiał ją o śmierci jej brata a cztery miesiące później zginęli pozostali Europejczycy, którzy wyruszyli z Parkiem, i on sam.
"Podróże we wnętrzu Afryki" obejmują historię obu tych wypraw pisaną przez samego Parka w formie dzienników oraz sprawozdanie z poszukiwań przeprowadzonych w 1810 r. które wyjaśniło zagadkę jego śmieci a zawdzięczają swoją żywotność, temu że ciągle czyta się je jak dobrą, trzymającą w napięciu przygodową powieść, ze świadomością, że jednak nie jest to kolejna bajka, zwłaszcza, że determinacja i los głównego bohatera oraz autora zarazem, budzi skojarzenia z Raymondem Maufrais.
Ale dzienniki Parka to nie tylko dole i niedole i opisy kraju, który poznawał, to także możliwość całkiem współczesnego "odczytania" a mianowicie poprzez spojrzenie na Innego, które jest lansowane na fali mody na krytykę postkolonialną (cokolwiek to znaczy). Tyle tylko, że tym razem Innym jest Europejczyk, który o ile nie przemawiał z pozycji siły często był dla tubylców w najlepszym dla siebie razie dojną krową, którą można było bezkarnie okraść - "Nie potrafię opisać zachowania ludzi, ćwiczących się w zadawaniu krzywd oraz cieszących się z nieszczęścia i cierpienia podobnych im istot. Wystarczy zauważyć, że gburowatość, brutalność i fanatyzm odróżniający Maurów od reszty rodzaju ludzkiego znalazły tutaj odpowiedni obiekt do praktykowania tych skłonności. Byłem cudzoziemcem, pozbawionym opieki i chrześcijaninem - już każda z tych okoliczności wystarczała, by wyrwać ostatnią iskierkę człowieczeństwa z serc Maurów (...)".
Zdumiewające jest przy tym, że w zapiskach Parka nie ma śladu wyższości białego nad czarnym, wręcz przeciwnie, jak pisze "jakiekolwiek by były różnice między Murzynami i Europejczykami w kształcie nosa i koloru skóry, nie ma różnic w naszej wspólnej naturze prawdziwego zrozumienia i uczuć", co przywodzi trochę na myśl Conradowskie stwierdzenie, że "Podbój ziemi, polegający przeważnie na tym, że się ją odbiera ludziom o odmiennej cerze lub trochę bardziej płaskich nosach, nie jest rzeczą piękną, jeśli się w nią wejrzy zbyt dokładnie."
Inną ciekawą kwestią jest uznawanie Parka za protagonistę niewolnictwa, choć w "Podróżach we wnętrzu Afryki" trudno znaleźć oparcie dla takiego poglądu. Owszem, przyjmował do wiadomości jego istnienie, bo to dzięki czarnemu (sic!) handlarzowi niewolników (z ludu Mande/Mandingo - może niektórzy kojarzą go ze popularnym niegdyś u nas serialem "Korzenie" wg powieści Alexa Haley'a "Korzenie. Losy amerykańskiej rodziny") mógł wrócić ze swojej pierwszej wyprawy a i do Anglii płynął na statku niewolniczym ale stąd jeszcze daleko do popierania niewolnictwa.
Fakt, Park nie przeciwstawiał się niewolnictwu, patrzył nań często zaskakująco chłodno, jako na coś zastanego, przykrą ale jednak istniejącą normę - "Stan podporządkowania i pewna nierówność rangi i statusu są nie do uniknięcia w każdym stadium rozwoju społecznego, ale gdy to podporządkowanie dojdzie do takiego poziomu, że osoby i usługi jednej części społeczeństwa są całkowicie w dyspozycji drugiej, to taki stan można nazwać niewolnictwem, i w tym położeniu życiowym znajduje się wielka ilość murzyńskich mieszkańców Afryki od najodleglejszych czasów swej historii, tym gorszym, że ich dzieci przy narodzinach otrzymują takież dziedzictwo.", a walkę z nim uważał za walkę z wiatrakami - "Jeśli chodzi o moje wrażenia co do skutków, jakie będzie miało przerwanie tego handlu na obyczaje tubylców, to nie mam wątpliwości, że w obecnym nieoświeconym stanie ich umysłów skutek ten nie będzie ani tak wielki, ani dobroczynny, jak tego mogłoby naiwnie oczekiwać wiele mądrych i wartościowych osób" ale też wielokrotnie można znaleźć w jego zapiskach współczucie wobec niedoli niewolników.
W każdym razie, jakkolwiek by z tym nie było, jego dzienniki okazały się po ponad dwóch wiekach od ich powstania zaskakująco żywotne i wciąż interesujące. Polecam.
