To chyba była pierwsza obrazoburcza książka, którą czytałem. Nawet w swej ocenzurowanej wersji. Gdy ją czytałem prawie trzydzieści lat temu, główny bohater jako Jezus, obrońca gdańskiej Poczty Polskiej okazujący się tchórzem, Gdańsk będący niemieckim miastem czy rosyjscy "wyzwoliciele" palący miasto, zabijający bezbronnych i gwałcący kobiety, to było coś naprawdę zaskakującego i wobec czego nie przechodziło się obojętnie.
Teraz, po ponownej lekturze po latach, bardziej rzucił mi się w oczy rozliczeniowy (dla niemieckiego czytelnika) charakter książki z jednej strony, z drugiej zaś zakotwiczenie w "małej ojczyźnie". To ten drugi motyw zapoczątkował widoczną od kilku lat u nas modę na powieści eksploatujące powrót do przeszłości.
Teraz, po ponownej lekturze po latach, bardziej rzucił mi się w oczy rozliczeniowy (dla niemieckiego czytelnika) charakter książki z jednej strony, z drugiej zaś zakotwiczenie w "małej ojczyźnie". To ten drugi motyw zapoczątkował widoczną od kilku lat u nas modę na powieści eksploatujące powrót do przeszłości.
Został on przecież wykorzystany przez Paweł Huelle w "Weiserze Dawidku" a potem, już w mocno naciągany sposób w "Hanemannie" Stefana Chwina, a po tych pierwszych próbach, dzisiaj jest to już zabieg spowszedniały i skomercjalizowany do bólu w swoich kolejnych mutacjach rozciągających się na co raz to inne miasta. Ale co może wiedzieć o atmosferze przedwojennego miasta ktoś, kto nigdy jej nie czuł a zna co najwyżej z książek i starych pocztówek?
U Grassa nie ma tej magicznej atmosfery "Dzieci Jerominów" Ernsta Wiecherta, nie ma tego co nazywa się genius loci a przynajmniej nie w takim znaczeniu, w jakim kojarzą się nam powroty do krainy dzieciństwa. Gdańsk to miejsce bardzo realne, kojarzące się przede wszystkim z ludźmi ale także ze scenami pozbawionymi jakiejkolwiek poezji, by przypomnieć tylko słynną scenę poławiania węgorzy, czy nie mniej obrzydliwą jaką było przygotowanie przez dzieci z podwórka "zupy", którą nakarmiono Oskara.
No właśnie, o co Grassowi chodzi z tym Oskarem? - przecież "Blaszany bębenek" nie jest tylko groteskową historią o złośliwym, egocentrycznym, zboczonym pokurczu. To ktoś, kto w świecie, w którym "nie ma już indywidualistów, bo indywidualność zaginęła, bo człowiek jest samotny, bez prawa do indywidualnej samotności i tworzy bezimienną i abohaterską masę" chce zachować swoją odrębność, prawo do bycia tym kim on chce być a nie tym kim ma zostać za sprawą decyzji innych. "Dlatego na znak protestu bębnił na zwyczajnej dziecięcej zabawce." Dlatego też zostaje prowodyrem bandy "Wyciskaczy", którzy podobnie jak on chcą zachować swoją niezależność, głosząc - "Nie mamy nic wspólnego z żadnymi partiami, walczymy przeciwko naszym rodzicom i wszystkim innym dorosłym; obojętnie, za czym są albo przeciw czemu" - choć w gruncie rzeczy jest to tylko głupi, szczeniacki bunt.
Jak sam o sobie powiada "ja, Oskar, symbolizuję zniweczony obraz człowieka oskarżycielsko, prowokacyjnie, ponadczasowo". Sam też przyznaje się do uczestnictwa w śmierci tych, z którymi w jakiś sposób był związany. Cmentarze zawsze go pociągały. "Są wypielęgnowane, jednoznaczne, logiczne, męskie, żywe. Na cmentarzach można nabrać otuchy i podjąć decyzje, dopiero na cmentarzach życie nabiera konturów - nie mam tu na myśli obramowań grobów - i, jeśli kto chce, sensu". Nic więc dziwnego, że z czasem budził wśród ludzi podświadomy lęk a jednocześnie jego gra na bębenku z upływem lat zdobywała sobie coraz to nowych słuchaczy tyle że wyłącznie wśród dorosłych. Dlaczego? Bo to oni tylko rozumieli wagę pytań "Skąd przychodzisz? Dokąd idziesz? Kim jesteś? Jak się nazywasz? Czego chcesz?", których nie zadają sobie jeszcze nastolatkowie. To oni pozbawieni swoich korzeni rozumieli co to znaczy "przygarnięty, odtrącony, usunięty, wciągnięty, wypędzony, zrozumiany".
Ale to rozumienie wśród nowych słuchaczy nie jest dla niego żadną satysfakcją. On tęskni "za utraconymi proporcjami trzylatka", za przeszłością, do której nie można już wrócić i której nie można też odwrócić. Tęskni za utraconym czasem bo przecież czuł "się współwinny wraz z tymi wszystkimi, którzy myśleli sobie: załatwmy sprawę teraz, a będziemy ją mieli z głowy i później, jak znów wszystko się odwróci ku lepszemu, nasze sumienie będzie czyste". Stąd pewnie ta atawistyczna chęć powrotu do "czterech spódnic babki Koljaiczkowej" z Bysewa, do wieku niewinności, do czasów, gdy wszystko mogło jeszcze inaczej się potoczyć. Ale ani powrót nie jest możliwy ani oczyszczenie niemieckiego sumienia nie jest takie łatwe skoro ciągle jeszcze żyją ci, dla których "rozkaz nie został odwołany" (to musiało być znaczące zjawisko, bo motyw ten pojawia się w innej znanej powieści rozliczeniowej - "Lekcja niemieckiego" Siegfrieda Lenza).
Dla nas jednak znacznie ciekawsze niż niemieckie poczucie winy, jeśli w ogóle można mówić o winie w kategoriach zbiorowych, są dla nas polskie motywy w "Blaszanym bębenku" (ciekawostka - z książki wynika, że Matka Boska Częstochowska i Czarna Madonna to dwa różne przedstawienia, co można chyba zaliczyć na konto autora, choć zrazy królewieckie to już raczej potknięcie tłumacza) czasami dla niektórych czytelników mogące być ciężkostrawne jak choćby wspomniany wcześniej, motyw tchórzliwego obrońcy Poczty Polskiej albo odrębności Kaszubów, których "nie można przenieść nigdzie, oni zawsze muszą być tutaj i nadstawiać głowy, żeby inni mogli uderzyć, bo my za mało polscy jesteśmy i za mało niemieccy, bo jak ktoś jest Kaszubą, nie wystarcza to ani Niemcom, ani Polakom".
U Grassa nie ma tej magicznej atmosfery "Dzieci Jerominów" Ernsta Wiecherta, nie ma tego co nazywa się genius loci a przynajmniej nie w takim znaczeniu, w jakim kojarzą się nam powroty do krainy dzieciństwa. Gdańsk to miejsce bardzo realne, kojarzące się przede wszystkim z ludźmi ale także ze scenami pozbawionymi jakiejkolwiek poezji, by przypomnieć tylko słynną scenę poławiania węgorzy, czy nie mniej obrzydliwą jaką było przygotowanie przez dzieci z podwórka "zupy", którą nakarmiono Oskara.
No właśnie, o co Grassowi chodzi z tym Oskarem? - przecież "Blaszany bębenek" nie jest tylko groteskową historią o złośliwym, egocentrycznym, zboczonym pokurczu. To ktoś, kto w świecie, w którym "nie ma już indywidualistów, bo indywidualność zaginęła, bo człowiek jest samotny, bez prawa do indywidualnej samotności i tworzy bezimienną i abohaterską masę" chce zachować swoją odrębność, prawo do bycia tym kim on chce być a nie tym kim ma zostać za sprawą decyzji innych. "Dlatego na znak protestu bębnił na zwyczajnej dziecięcej zabawce." Dlatego też zostaje prowodyrem bandy "Wyciskaczy", którzy podobnie jak on chcą zachować swoją niezależność, głosząc - "Nie mamy nic wspólnego z żadnymi partiami, walczymy przeciwko naszym rodzicom i wszystkim innym dorosłym; obojętnie, za czym są albo przeciw czemu" - choć w gruncie rzeczy jest to tylko głupi, szczeniacki bunt.
Jak sam o sobie powiada "ja, Oskar, symbolizuję zniweczony obraz człowieka oskarżycielsko, prowokacyjnie, ponadczasowo". Sam też przyznaje się do uczestnictwa w śmierci tych, z którymi w jakiś sposób był związany. Cmentarze zawsze go pociągały. "Są wypielęgnowane, jednoznaczne, logiczne, męskie, żywe. Na cmentarzach można nabrać otuchy i podjąć decyzje, dopiero na cmentarzach życie nabiera konturów - nie mam tu na myśli obramowań grobów - i, jeśli kto chce, sensu". Nic więc dziwnego, że z czasem budził wśród ludzi podświadomy lęk a jednocześnie jego gra na bębenku z upływem lat zdobywała sobie coraz to nowych słuchaczy tyle że wyłącznie wśród dorosłych. Dlaczego? Bo to oni tylko rozumieli wagę pytań "Skąd przychodzisz? Dokąd idziesz? Kim jesteś? Jak się nazywasz? Czego chcesz?", których nie zadają sobie jeszcze nastolatkowie. To oni pozbawieni swoich korzeni rozumieli co to znaczy "przygarnięty, odtrącony, usunięty, wciągnięty, wypędzony, zrozumiany".
Ale to rozumienie wśród nowych słuchaczy nie jest dla niego żadną satysfakcją. On tęskni "za utraconymi proporcjami trzylatka", za przeszłością, do której nie można już wrócić i której nie można też odwrócić. Tęskni za utraconym czasem bo przecież czuł "się współwinny wraz z tymi wszystkimi, którzy myśleli sobie: załatwmy sprawę teraz, a będziemy ją mieli z głowy i później, jak znów wszystko się odwróci ku lepszemu, nasze sumienie będzie czyste". Stąd pewnie ta atawistyczna chęć powrotu do "czterech spódnic babki Koljaiczkowej" z Bysewa, do wieku niewinności, do czasów, gdy wszystko mogło jeszcze inaczej się potoczyć. Ale ani powrót nie jest możliwy ani oczyszczenie niemieckiego sumienia nie jest takie łatwe skoro ciągle jeszcze żyją ci, dla których "rozkaz nie został odwołany" (to musiało być znaczące zjawisko, bo motyw ten pojawia się w innej znanej powieści rozliczeniowej - "Lekcja niemieckiego" Siegfrieda Lenza).
Dla nas jednak znacznie ciekawsze niż niemieckie poczucie winy, jeśli w ogóle można mówić o winie w kategoriach zbiorowych, są dla nas polskie motywy w "Blaszanym bębenku" (ciekawostka - z książki wynika, że Matka Boska Częstochowska i Czarna Madonna to dwa różne przedstawienia, co można chyba zaliczyć na konto autora, choć zrazy królewieckie to już raczej potknięcie tłumacza) czasami dla niektórych czytelników mogące być ciężkostrawne jak choćby wspomniany wcześniej, motyw tchórzliwego obrońcy Poczty Polskiej albo odrębności Kaszubów, których "nie można przenieść nigdzie, oni zawsze muszą być tutaj i nadstawiać głowy, żeby inni mogli uderzyć, bo my za mało polscy jesteśmy i za mało niemieccy, bo jak ktoś jest Kaszubą, nie wystarcza to ani Niemcom, ani Polakom".
Polecam.

