Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Potocki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Potocki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 listopada 2015

Rękopis znaleziony w Saragossie, Jan Potocki

Największe literackie wydarzenie roku! Efekt "Wow" gwarantowany! Nie, nie, to nie jeszcze jeden spęd blogerów, na którym radzi się jak by tu zwiększyć ilość wejść na bloga albo jak załapać się na "współpracę" z wydawnictwem i nie, to nie kolejne targi, na których można kupić taniej książki i zdobyć autograf książkowych celebrytów, nie, to także nie kolejna edycja konkursu, który wygrywają autorzy i książki, o których za kilka lat nikt już nie pamięta, nie - to pierwsze, kompletne wydanie "Rękopisu znalezionego w Saragossie".

Jakoś dziwnie cicho o nim na blogaskach, choć przecież jeśli chodzi o objętość, powieść Potockiego nie ustępuje "Księgom Jakubowym" ani książkom "królowej polskiego kryminału" więc już choćby pod tym względem powinna robić karierę w książkowej blogosferze. No, ale być może Wydawnictwo Literackie tym razem odmówiło "współpracy", a jeśli tak, to słusznie bo książka broni się sama, także dzięki przekładowi Anny Wasilewskiej  (jej "Słowo od tłumacza" jest nie mniej ciekawe niż sama historia powieści), dzięki której na tekście nie znać piętna czasu. W ogóle z pewnym niepokojem odnotowuję nową jakość - bo ani wydawnictwo nie zachwala, ani tłumaczka nie deprecjonuje wcześniejszego przekładu i jego opracowań, co na tle napompowanych do granic wytrzymałości balonów próżności i miłości własnej niektórych tłumaczy, których przekłady są - a jakżeby inaczej - kongenialne, stanowi miłą odmianę, znamionująca klasę. Dziś o takiej postawie mawia się chyba "old school" a to przecież takie nienowoczesne.


Wyrzekałem niedawno na biografię Potockiego ale czego by o niej nie mówić, to muszę jej jednak oddać sprawiedliwość - dzięki niej czytałem "Rękopis znaleziony w Saragossie" ze znacznie większym zrozumieniem niż w przypadku gdybym książki Rosseta i Triaire'a nie znał. Może nie byłaby to "Sefer Zohar czyli Księga blasku, nazwana tak, gdyż nic nie można z niej zrozumieć, tak bardzo bijąca z niej jasność oślepia rozum" ani "Sifra Dizeniuta, czyli Księga tajemna, w której nawet najbardziej zrozumiały fragment może uchodzić za zagadkę" ale z pewnością umknęłoby mi znacznie więcej rzeczy, bo co do tego, że umknęło mi wiele, nie mam wątpliwości. Świadomość tego sprawiła, że po lekturze powieści Potockiego stanąłem w rozkroku - z jednej strony pisanie o niej po jednokrotnym przeczytaniu wydaje się rzeczą co najmniej ryzykowną, z drugiej jednak, i na tym chyba polega zasadniczy urok "Rękopisu znalezionego w Saragossie" - na zagubieniu czytelnika w gmatwaninie wątków i postaci oraz próbach odnalezienia łączących je tropów. Gdzie tam Julio Cortazarowi do Jana Potockiego!

Czytając "Rękopis... ", nie raz i nie dwa cofałem się, trochę rozbawiony swoją bezradnością wobec opowieści w opowieści, w opowieści, w opowieści, w opowieści, dając zresztą kilkukrotnie za wygraną, za to z mocnym postanowieniem powrotu do niej. Zwłaszcza, że nawet po jednorazowej lekturze ma się już przeświadczenie, że to coś więcej niż tylko literacki figiel nudzącego się arystokraty, opowieść "o wampirach i widmach, o zmorach i duchach, o zjawach i wisielcach" i przygodach miłosnych utrzymanych w libertyńskim tonie, gdzie się "nieustannie obiera klasztory na teatrum (...) swawolnych przygód" ale mimo wszystko dalekich od bezpośredniości (miłośnicy mocnych scen a la Szczepan Twardoch z pewnością będą zawiedzeni). Nie ulega wątpliwości, że wędrówka kapitana gwardii walońskiej Alfonsa von Wordena przez góry Sierra Morena to tylko pretekst, ale pretekst do czego? Literackiej zabawy? Przedstawienia własnych poglądów na świat? Zwerbalizowania własnych doświadczeń życiowych?

Pewnie wszystkiego po trochu, choć mi najciekawsza wydaje się ta trzecia opcja bo trudno nie zauważyć odniesień do biografii Potockiego i nie chodzi mi nawet o motywy wyzyskane przygodowo, że tak powiem, ale raczej o te, które mówią coś o samym autorze.

Czy gdy jeden z bohaterów mówi: "mogę powiedzieć, że wcale nie znałem Leonory, ale była moją żoną i myśl o niej łączyła się ze wspomnieniem rozkoszy naszego krótkiego związku. Czułem ból, smutek i przygnębienie", nie można w tym dopatrzeć się okazywanego poniewczasie żalu po śmierci pierwszej żony? A wzmianki o szaleństwie - "moje roztargnienie sprawiło, że w (...) uważano mnie za pomylonego, i było coś na rzeczy, albo raczej sprawiałem wrażenie szaleńca, albowiem moje szaleństwo różniło się od obłędu pozostałych współobywateli" albo "dowiedziałem się, że uchodzę za szaleńca, i z wielkiej egzaltacji spadłem w otchłań przygnębienia. Wyznam, że stan zniechęcenia był długi i bolesny" nie są reakcją na opinie na jego temat?

Czy nie odnajdujemy poczucia bezużyteczności i stanu depresji, które leżały u podłoża samobójstwa w opisie, w którym do duszy jednej z postaci "zakradł się smutek, ponieważ nawyk pracy, podtrzymywanej nadzieją, był dla niego najprzyjemniejszym towarzystwem i wypełniał mu całe dnie. Teraz utracił to towarzystwo i nuda, której nigdy wcześniej nie zaznał, zaczęła mu doskwierać"? Albo czy rada, której udziela - "gdy poczujesz się czymś przygnębiony, usuń się, zamknij w sobie, pokrzepiaj duszę własnymi zasobami, a wtedy doświadczysz szczęścia" nie jest wyrazem nadziei, które towarzyszyły decyzji o powrocie do rodzinny włości, a która okazała się pomyłką. Czy nie można jej traktować jako próby odnalezienia także dobrych stron w decyzji, do której czuł się zmuszony okolicznościami? A jednocześnie, patrząc na jego podróżnicze doświadczenia można powiedzieć, że jako do człowieka przeciwieństw (podobno) jak ulał pasowała do niego skarga - "dręczy mnie niepokój, którego nie potrafię wyrazić, nazwać ani opisać, że pragnę odetchnąć innym powietrzem, zobaczyć horyzont, lasy, góry, morze, ludzi i z pewnością umrę, jeśli nie uzyskam takiej sposobności", choć świadom jest też drugiej strony medalu, gdy pisze, że "wielu ludzi zna świat z wyjątkiem własnego kraju". W ustach człowieka, który większość swego życia spędził poza granicami kraju i którego nieumiejętność w posługiwaniu się językiem ojczystym była tajemnicą poliszynela brzmi to bardzo wiarygodnie. Etc., etc., etc.

Ale można odnaleźć także bardziej "materialne" nawiązania do biografii, jak choćby przewijających się wielokrotnie kawalerów maltańskich, chociaż ciekawsze wydają się takie drobiazgi jak nawiązanie do zainteresowań chronologią albo wzmiance o skamieniałościach, która była śladem po jego nieudanym posłowaniu do Chin, w trakcie którego natrafiał na skamieniałości mamutów.

Jest też "Rękopis znaleziony w Saragossie" w jakimś stopniu pewnie też i wizją świata, którą można dzisiaj interpretować w sposób, o jakim Jan Potocki zapewne nawet nie śnił. Zwolenniczki feminizmu ze zgrozą mogą odkryć, że Potocki wyprzedził Luce Irigaray pisząc o "pewnych własnościach krzywych oskulacyjnych" na powierzchni męskiego ciała w punktach styku z dwiema kobietami, bo co trzeba ze zgrozą zauważyć - jego bohaterowie często miewają "okoliczność" z dwiema paniami na raz, a bywa że i z trzema.

Wszystko to podlane dowcipem, jak wówczas gdy jeden z bohaterów żałuje: "Ach! Czemuż - prawił - nie posłuchałem fra Heronima de la Trinidad, mnicha, kaznodziei, spowiednika i wyroczni naszej rodziny; jest on szwagrem pasierba szwagierki ojczyma mojej macochy, a będąc naszym najbliższym krewnym, nie pozwala, by cokolwiek w rodzinie wydarzyło się bez jego rady" - może nie pobudzającym do rubasznego śmiechu ale do uśmiechu z pewnością.

Bezapelacyjne największe literackie wydarzenie roku! 

sobota, 21 listopada 2015

Jan Potocki. Biografia, François Rosset, Dominique Triaire

François Rosset i Dominique Triaire dokonali trudnej sztuki - "zakatowali" chyba pasjonujący życiorys. Piszę "chyba pasjonujący" bo z ich książki trudno to stanowczo przesądzić, z drugiej strony nawet pobieżna znajomość biografii Jana Potockiego wskazuje, że są wszelkie dane ku temu by tak sądzić. Niestety, panowie robią co mogą by zanudzić czytelnika i niewiele im brakuje by pobić w tej dziedzinie rekord ustanowiony przez Hannę Kirchner w "Nałkowska albo życie pisane", choć Hanna Kirchner zawiesiła poprzeczkę bardzo wysoko.


A przecież aż się prosi o biografię, którą czytałoby się z wypiekami na twarzy bo mamy do czynienia z człowiekiem, który wymykał się prostemu zaszufladkowaniu. Potocki "nie był człowiekiem jakiegoś kraju, lecz pewnej krainy, że nie należał do jakiegoś narodu, lecz do pewnego porządku społecznego i chciał zajmować należne mu miejsce", "pisał źle po polsku, a jeszcze gorzej mówił, tak że - jak twierdził jego dobry znajomy, Stanisław August Poniatowski - "nigdy nie zaryzykował ani jednej mowy podczas dwóch lat swojego posłowania" (w okresie Sejmu Czteroletniego)". "Wyrzekł się polskiej tożsamości, którą obnosił z entuzjazmem, choć przelotnie, w latach 1788-1792" i określenie renegat pasuje do niego jak ulał. Jego umysł, "jego charakter i osobowość zawsze cechowało pewne rozdwojenie: zarazem wyrachowanie i marzycielstwo, rygoryzm i fantazja, rozsądek i szaleństwo" ale w książce Rosseta i Triaire'a w sumie trudno znaleźć dowody na poparcie tej opinii bo też niewiele można dowiedzieć się o Potockim jako człowieku. Jako podróżniku, literacie, naukowcu, choć w gruncie rzeczy był zbzikowanym erudytą- samoukiem, który "sam rościł sobie wielkie pretensje do pozycji uczonego" - jak najbardziej ale gdybyśmy chcieli dowiedzieć się jaki właściwie był, z tym jest gorzej.

Sferę życia osobistego, która najwięcej mówi o człowieku, Rosset i Triaire traktują po macoszemu, być może jest to poniżej ich godności jako naukowców, zaglądać komuś pod łóżko i pod kołdrę albo przepatrywać szuflady i dlatego koncentrują się oni na widocznej publicznie aktywności Potockiego. A przecież życie osobiste to temat nie mniej frapujący niż na przykład próba posłowania do Chin. Nie dowiemy się więc, co takiego się stało, że jego pierwsze małżeństwo było fiaskiem, jeszcze większym niż drugie, do tego stopnia, że syna z tego związku poznał w zasadzie dopiero jako dorosłego człowieka i nawet nie pofatygował się na pogrzeb żony? Czemu był uważany za wariata przez rodzinę - przesiadywanie w samotności i jakiś pojedynczy epizod (bo to tylko można wyczytać) to chyba trochę za mało. Co prawda Rosset i Triaire wspominają, o tym, że "jego czułe stosunki z piękną i niezbyt skromną matką, burzliwe relacje z teściową, które sugerują miłosną urazę, dziwaczność jego zachowania wobec tajemniczego wielkoluda, Ibrahima" mogły rozpalić wyobraźnię ale najwyraźniej nie rozpaliło wyobraźni Autorów.

Zły jestem na nich bo rzuciłem się na książkę jak "cham na pasztetową", zawsze to przecież ciekawie dowiedzieć się co sądzą o nas inni. W tej mierze zresztą się nie zawiodłem bo obaj patrzą na nas trzeźwo i bez sentymentów, co widać choćby w ich ocenie naszej postawy wobec zaborców  - "Ostatecznie agonia Rzeczypospolitej nie oznaczała kresu wszystkiego: pałace stały na swoim miejscu, fortuny były nienaruszone, tytuły zachowane; niektóre majątki zmieniły państwową przynależność, ale dochody z nich nadal zasilały te same kasy, a chłopi pracowali dla tych samych panów. I dlatego też tak łatwo zdołano doprowadzić do rozbioru tego królestwa." Ale przecież to nie to stanowi clou książki.

Owszem może biografia Potockiego "to oszałamiająca bogactwem panorama Europy czasów oświecenia a także nieocenione źródło wiedzy dla miłośników i badaczy Rękopisu znalezionego w Saragossie." ale wolałbym być oszołomiony bogactwem wiedzy o samym Janie Potockim a nie hipotezami w rodzaju tej, że matka pisarza być może zetknęła się na jakimś przyjęciu z dziadkiem autora słynnych "Listów z Rosji" wydanych, bagatela, prawie ćwierć wieku po śmierci bohatera biografii. Może takie supozycje i są ciekawe, ale tylko Autorzy znają odpowiedź na pytanie, co to ma za znaczenia dla poznania Jana Potockiego.