Nie będę ukrywał - do ponownej lektury "Perswazji" zdopingowała mnie Marta z "Leżę i czytam". To co przeczytałem u niej na temat ostatniej powieści Jane Austen sprawiło, że zwątpiłem w swoją pamięć, bo zapamiętałem książkę jako nudny jak flaki z olejem, schematyczny romans z życia angielskiego ziemiaństwa z początków XIX wieku. Przeczytałem więc "Perswazje" ponownie i okazało się, że pamięć mam bardzo dobrą. Nic się nie zmieniło.
Rozumiem oczywiście, że książka podoba się paniom - nic w tym dziwnego, wszak jej tematem jest miłość, a w finale główna bohaterka (nie tylko zresztą ona) osiąga cel życiowy i wychodzi za mąż. Okazuje się, że dwa stulecia, feminizm i gender w gruncie rzeczy niewiele zmieniły. Świat nie zmienił się tak bardzo i romanse ze szczęśliwym zakończeniem ciągle są w cenie.
Pozostaje natomiast zagadką dlaczego "Perswazje" miałyby być uznane za najwybitniejszą powieść Austen. Na czym miałaby polegać ta wybitność? Na pewno nie na tematyce i sposobie jej potraktowania. Nie ma tu nic nowego w stosunku do wcześniejszych powieści Austen, to samo tło, wiejskie dwory, przejażdżki, wizyty i to samo towarzystwo. Podobno wyróżniają się "subtelnym i wnikliwym rysunkiem psychologicznym głównej bohaterki" - czyżby? Nie dajmy sobie wciskać ciemnoty w biały dzień i spróbujmy przyjrzeć się Annie Elliot, dwudziestosiedmioletniej pannie, która w wieku dziewiętnastu lat "odpaliła" narzeczonego za namową przyjaciółki rodziny, robiąc to zresztą dla jego dobra (sic!). Na czym polegało dobrodziejstwo zerwania zaręczyn dwojga kochających się młodych ludzi pozostanie na zawsze tajemnicą Anny i Jane.
Lata mijają ale panna Elliot niewiele zmądrzała. Ewidentnie ma problem bo historia sprzed ponad siedmiu ciągle się w niej jątrzy.Można zrozumieć, że w jej ograniczonym światku trudno znaleźć sobie jakieś zajęcie, które pozwoliłoby zapomnieć o problemach (ciekawe, czemu Anna nie poświęca na przykład czasu ubogim), a romantyczne wzorce literacki, którymi napakowała sobie głowę niekoniecznie muszą sprawdzać się życiu. Stąd pustką i jałowością życia można tłumaczyć fakt, że przeżywa perspektywę spotkania z ex-narzeczonym. Bądźmy jednak szczerzy, cóż to za perspektywa?! - wszak ona będzie mieszkała już zupełnie gdzie indziej, a i wcale nie jest takie pewnie kiedy i czy w ogóle on przyjedzie. No, ale jeśli posiada się wrażliwość mimozy...
Zaraz, zaraz, jaka wrażliwość mimozy?! Przecież bez problemów mieszka w domu mężczyzny, któremu też dała kosza, a który w dodatku ożenił się z jej młodszą siostrą. Tu Anna okazuje stoicki spokój nie dostrzega, hm, pewnej niezręczności sytuacji. Ale na tym może właśnie ma polegać "subtelność i wnikliwość rysunku psychologicznego głównej bohaterki".
Albo znajomość ludzkich charakterów i stosunek do ludzi. Niech języczkiem u wagi będzie pani Clay, której Anna nie znosi. Co ma jej do zarzucenia - o, bardzo poważne wady. Otóż pani Clay, ma za sobą nieudane małżeństwo, dwójkę dzieci a na dodatek piegi, grube przeguby i wystający ząb. Ciężka sprawa (ale chyba nie musiało być źle, skoro niezorientowana w sympatiach i antypatiach Anny, pani Smith twierdzi, że pani Clay jest ładna), no i nie zapominajmy, że jest miła dla wszystkich. Najważniejsze jednak, i to jest jej główna wada - ciąży na niej podejrzenie, że chciałaby wyjść za mąż za ojca Anny. Grzech nie do wybaczenia! Co prawda nie ma na to żadnych dowodów ale już same podejrzenia wystarczą by ją za to znielubić. Jak ona śmiała! Nie wątpię, że to jeden z rysów "subtelnego i wnikliwego rysunku psychologicznego głównej bohaterki".
I można tak jeszcze, jeszcze. Nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać, gdy Anna zestawia swoją sytuację z położeniem Jamesa Benwicka. Ona wiele lat temu dała kosza narzeczonemu, jemu kilka miesięcy temu zmarła narzeczona, prawda jakie adekwatne zestawienia. Nie miejmy złudzeń, które z nich może czuć się gorzej, przecież Anna to rozstrzygnęła "on nie ma chyba w sercu większej żałości niż ja. (...) Otrząśnie się jeszcze, znajdzie szczęście z inną." Czyż to nie subtelne i wnikliwe? - kto by pomyślał, ale faktycznie, jeśli się zastanowić, to cóż to jest śmierć w porównaniu z zerwanie z narzeczonym?
Albo recepta panny Elliot na udane szczęśliwe małżeństwo "I jedna, i druga strona ma dobre zasady i miłe usposobienie". I już! Tak, to nikt nie wiedział, że na tym to polega - zapewne dlatego, że daleko mu jest do subtelności Anny. Dziwne, tylko że sama nie chciała skorzystać z tej odkrywczej recepty. Ale któż może zrozumieć kobietę?!
Nie ma co ukrywać, cecha, której "Perswazje" mają zawdzięczać swoją "wybitność" to balon ze sprężonym powietrzem, nawet ujęcie kwestii, powiedzmy, protofeministycznych dalekie są od "oświeconego feminizmu" i u jednych pewnie wywołują uśmiech, a u innych irytację. To ładnie, że oprócz co tydzień nowych bestsellerów wraca się po takie starocie, ale nie dajmy się zwariować, to że książka ma swoje lata i wyszła spod pióra znanej pisarki, jeszcze o niczym nie przesądza. Ważne jest nie tyle kto, lecz co napisał.
Rozumiem oczywiście, że książka podoba się paniom - nic w tym dziwnego, wszak jej tematem jest miłość, a w finale główna bohaterka (nie tylko zresztą ona) osiąga cel życiowy i wychodzi za mąż. Okazuje się, że dwa stulecia, feminizm i gender w gruncie rzeczy niewiele zmieniły. Świat nie zmienił się tak bardzo i romanse ze szczęśliwym zakończeniem ciągle są w cenie.
Pozostaje natomiast zagadką dlaczego "Perswazje" miałyby być uznane za najwybitniejszą powieść Austen. Na czym miałaby polegać ta wybitność? Na pewno nie na tematyce i sposobie jej potraktowania. Nie ma tu nic nowego w stosunku do wcześniejszych powieści Austen, to samo tło, wiejskie dwory, przejażdżki, wizyty i to samo towarzystwo. Podobno wyróżniają się "subtelnym i wnikliwym rysunkiem psychologicznym głównej bohaterki" - czyżby? Nie dajmy sobie wciskać ciemnoty w biały dzień i spróbujmy przyjrzeć się Annie Elliot, dwudziestosiedmioletniej pannie, która w wieku dziewiętnastu lat "odpaliła" narzeczonego za namową przyjaciółki rodziny, robiąc to zresztą dla jego dobra (sic!). Na czym polegało dobrodziejstwo zerwania zaręczyn dwojga kochających się młodych ludzi pozostanie na zawsze tajemnicą Anny i Jane.
Lata mijają ale panna Elliot niewiele zmądrzała. Ewidentnie ma problem bo historia sprzed ponad siedmiu ciągle się w niej jątrzy.Można zrozumieć, że w jej ograniczonym światku trudno znaleźć sobie jakieś zajęcie, które pozwoliłoby zapomnieć o problemach (ciekawe, czemu Anna nie poświęca na przykład czasu ubogim), a romantyczne wzorce literacki, którymi napakowała sobie głowę niekoniecznie muszą sprawdzać się życiu. Stąd pustką i jałowością życia można tłumaczyć fakt, że przeżywa perspektywę spotkania z ex-narzeczonym. Bądźmy jednak szczerzy, cóż to za perspektywa?! - wszak ona będzie mieszkała już zupełnie gdzie indziej, a i wcale nie jest takie pewnie kiedy i czy w ogóle on przyjedzie. No, ale jeśli posiada się wrażliwość mimozy...
Zaraz, zaraz, jaka wrażliwość mimozy?! Przecież bez problemów mieszka w domu mężczyzny, któremu też dała kosza, a który w dodatku ożenił się z jej młodszą siostrą. Tu Anna okazuje stoicki spokój nie dostrzega, hm, pewnej niezręczności sytuacji. Ale na tym może właśnie ma polegać "subtelność i wnikliwość rysunku psychologicznego głównej bohaterki".
Albo znajomość ludzkich charakterów i stosunek do ludzi. Niech języczkiem u wagi będzie pani Clay, której Anna nie znosi. Co ma jej do zarzucenia - o, bardzo poważne wady. Otóż pani Clay, ma za sobą nieudane małżeństwo, dwójkę dzieci a na dodatek piegi, grube przeguby i wystający ząb. Ciężka sprawa (ale chyba nie musiało być źle, skoro niezorientowana w sympatiach i antypatiach Anny, pani Smith twierdzi, że pani Clay jest ładna), no i nie zapominajmy, że jest miła dla wszystkich. Najważniejsze jednak, i to jest jej główna wada - ciąży na niej podejrzenie, że chciałaby wyjść za mąż za ojca Anny. Grzech nie do wybaczenia! Co prawda nie ma na to żadnych dowodów ale już same podejrzenia wystarczą by ją za to znielubić. Jak ona śmiała! Nie wątpię, że to jeden z rysów "subtelnego i wnikliwego rysunku psychologicznego głównej bohaterki".
I można tak jeszcze, jeszcze. Nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać, gdy Anna zestawia swoją sytuację z położeniem Jamesa Benwicka. Ona wiele lat temu dała kosza narzeczonemu, jemu kilka miesięcy temu zmarła narzeczona, prawda jakie adekwatne zestawienia. Nie miejmy złudzeń, które z nich może czuć się gorzej, przecież Anna to rozstrzygnęła "on nie ma chyba w sercu większej żałości niż ja. (...) Otrząśnie się jeszcze, znajdzie szczęście z inną." Czyż to nie subtelne i wnikliwe? - kto by pomyślał, ale faktycznie, jeśli się zastanowić, to cóż to jest śmierć w porównaniu z zerwanie z narzeczonym?
Albo recepta panny Elliot na udane szczęśliwe małżeństwo "I jedna, i druga strona ma dobre zasady i miłe usposobienie". I już! Tak, to nikt nie wiedział, że na tym to polega - zapewne dlatego, że daleko mu jest do subtelności Anny. Dziwne, tylko że sama nie chciała skorzystać z tej odkrywczej recepty. Ale któż może zrozumieć kobietę?!
Nie ma co ukrywać, cecha, której "Perswazje" mają zawdzięczać swoją "wybitność" to balon ze sprężonym powietrzem, nawet ujęcie kwestii, powiedzmy, protofeministycznych dalekie są od "oświeconego feminizmu" i u jednych pewnie wywołują uśmiech, a u innych irytację. To ładnie, że oprócz co tydzień nowych bestsellerów wraca się po takie starocie, ale nie dajmy się zwariować, to że książka ma swoje lata i wyszła spod pióra znanej pisarki, jeszcze o niczym nie przesądza. Ważne jest nie tyle kto, lecz co napisał.



