Idąc tropem, na który naprowadziła mnie Lirael w czasie dyskusji w Płaszczu zabójcy pozbyłem się resztki złudzeń. Cóż ..., wyszło na to, że z "Pożegnaniem z Afryką" jest tak, jak z rozdawaniem samochodów na Placu Czerwonym w Moskwie; okazało się, że nie samochody a rowery i nie rozdawali a kradli. No może nie do końca tak samo ale prawie.
O ile z książki Detlefa Brennecke wynikało, że Karen twierdząc, że pisała "Pożegnanie z Afryką" opierając się na tym co zapamiętała, miała kłopoty z pamięcią, to biografia Liauta pokazuje, że ich rozmiar był zatrważający, bo tam gdzie fakty niezbyt pasowały jej do kompozycji wykazywała się zadziwiającą lakonicznością lub amnezją, "Logika i prawda miały niewielkie znaczenie."
Liaut otrzymał za swoją książkę nagrodę za najlepszą biografię kobiecą (chociaż tytuł jej jest trochę na wyrost ponieważ Blixen nie błąkała się po Afryce jak Odyseusz, a i nie obyło się bez wpadki bo Evelyn Waugh nie był kobietą) ale i tak była to nagroda w pełni zasłużona. Świetnie napisana, z wyrozumiałością dla głównej bohaterki a jednocześnie dostrzegająca jej mniej przyjemne cechy. Wyczuwalna sympatia wobec Blixen nie przeszkadza Liautowi w przedstawieniu konfabulacji, których się dopuściła w swojej najsłynniejszej książce, a która była chyba dla niej narzędziem dowartościowania się bo "codzienna rzeczywistość była nieskończenie bardziej przykra" niż nostalgiczny obraz życia w Kenii, który przedstawiła.
To snobka, która pisała do brata, "że aby zostać baronową, warto było nawet zachorować na syfilis", która zamiast pustego konta wolałaby amputację nogi, a jednocześnie podawała błędną datę ślubu by nie wydało się, że jako niezamężna kobieta spędziła w hotelu noc z mężczyzną, który następnego dnia miał zostać jej mężem. Podobno nie cierpiała drobnomieszczaństwa ale z czasem, jej celem życiowym stało się zamążpójście, o którym Denys Hatton Finch nigdy nie chciał nawet słyszeć. Ta wielka miłość, o której pisała - "Zdaje mi się, że jestem na wieczność związana z Denysem, skazana by kochać ziemię, po której stąpa, być niewymownie szczęśliwa, kiedy jest tutaj, i cierpieć katusze, kiedy odchodzi." okazała się nieporozumieniem. "Denys pojawiał się i znikał, kiedy miał na to ochotę, wiedziała o tym i chcąc nie chcąc, akceptowała. Miała pełną świadomość, że w razie najmniejszej skargi on po prostu ucieknie." I koniec końców uciekł.
Ale okazało się, że jednak nie było warto zachorować na syfilis, bo po rozwodzie, ex-mąż ożenił się po raz drugi i tym samym utraciła prawo do posługiwania się tytułem baronowej, a na dodatek zaprzyjaźnił się z nim jej kochanek. Panowie razem współorganizowali safari dla przyszłego króla Edwarda VIII, nic jej przy tym nie mówiąc. Tego jednak było już za wiele. Drobnomieszczańskie odruchy wzięły górę w Karen ale w awanturze z Denysem stała na z góry przegranej pozycji, bo to jej bardziej zależało na nim, "była kobietą czterdziestojednoletnią, chorą, rozwiedzioną, bezdzietną i nadal pozostającą na utrzymaniu rodziny: poniosła klęskę" na wszystkich frontach.
Denys nie oszczędził jej upokorzeń wyrządzanych mniej lub bardziej świadomie. Kiedy zwróciła się do niego po pomoc i pożyczkę, korespondencję z nią w tej sprawie prowadzili jego prawnicy. Okazało się, że w tej materii nie miał w sobie nic z romantyka, wręcz przeciwnie, jest zaskakująco przyziemny i pozbawiony poczucia humoru. Widać było, że to koniec. Co z tego, że wiedząc, że "Denys był bardzo wrażliwy na punkcie jej wyglądu, robiła (...) wszystko, by nigdy go nie rozczarować, posuwając się aż do łykania silnych środków przeczyszczających, aby zachować szczupłą sylwetkę" i tak nie miała szans z jego nową kochanką, o kilkanaście lat młodszą od siebie. Żyła iluzjami, którym dawała upust także w "Pożegnaniu z Afryką". Kiedy pisze, że Denys zapraszał ją na swój ostatni lot - mija się z prawdą, nie pierwszy zresztą raz - bo zapraszał już nie ją lecz jej "następczynię" Beryl Markham, która zresztą odmówiła mu w ten sposób ocalając życie.
Afrykańska rzeczywistość Karen Blixen głośno skrzeczy, choć najbardziej odczuli to członkowie rodziny, którzy przez lata zrzucali się, w nadziei uzyskania zysków, na sfinansowanie pobytu Karen w Kenii. W prowadzonej przez nią plantacji topili, z uporem godnym lepszej sprawy, górę pieniędzy.
Ale w portrecie opisanym przez Liaut'a są też i jasne tonacje. To przede wszystkim stosunek do ludzi, wśród których mieszkała. Troska o Murzynów, dla których była nie tylko pracodawczynią ale także lekarką, sędzią i nauczycielką, kimś kto traktował ich jak ludzi, komu mogli wyżalić się, u kogo mogli poszukać porady i pomocy, i zwyczajnie porozmawiać mimo wszystkich dzielących ich różnic jak równy z równym. I którzy autentycznie opłakiwali jej powrót do Danii.
Liaut otrzymał za swoją książkę nagrodę za najlepszą biografię kobiecą (chociaż tytuł jej jest trochę na wyrost ponieważ Blixen nie błąkała się po Afryce jak Odyseusz, a i nie obyło się bez wpadki bo Evelyn Waugh nie był kobietą) ale i tak była to nagroda w pełni zasłużona. Świetnie napisana, z wyrozumiałością dla głównej bohaterki a jednocześnie dostrzegająca jej mniej przyjemne cechy. Wyczuwalna sympatia wobec Blixen nie przeszkadza Liautowi w przedstawieniu konfabulacji, których się dopuściła w swojej najsłynniejszej książce, a która była chyba dla niej narzędziem dowartościowania się bo "codzienna rzeczywistość była nieskończenie bardziej przykra" niż nostalgiczny obraz życia w Kenii, który przedstawiła.
To snobka, która pisała do brata, "że aby zostać baronową, warto było nawet zachorować na syfilis", która zamiast pustego konta wolałaby amputację nogi, a jednocześnie podawała błędną datę ślubu by nie wydało się, że jako niezamężna kobieta spędziła w hotelu noc z mężczyzną, który następnego dnia miał zostać jej mężem. Podobno nie cierpiała drobnomieszczaństwa ale z czasem, jej celem życiowym stało się zamążpójście, o którym Denys Hatton Finch nigdy nie chciał nawet słyszeć. Ta wielka miłość, o której pisała - "Zdaje mi się, że jestem na wieczność związana z Denysem, skazana by kochać ziemię, po której stąpa, być niewymownie szczęśliwa, kiedy jest tutaj, i cierpieć katusze, kiedy odchodzi." okazała się nieporozumieniem. "Denys pojawiał się i znikał, kiedy miał na to ochotę, wiedziała o tym i chcąc nie chcąc, akceptowała. Miała pełną świadomość, że w razie najmniejszej skargi on po prostu ucieknie." I koniec końców uciekł.
Ale okazało się, że jednak nie było warto zachorować na syfilis, bo po rozwodzie, ex-mąż ożenił się po raz drugi i tym samym utraciła prawo do posługiwania się tytułem baronowej, a na dodatek zaprzyjaźnił się z nim jej kochanek. Panowie razem współorganizowali safari dla przyszłego króla Edwarda VIII, nic jej przy tym nie mówiąc. Tego jednak było już za wiele. Drobnomieszczańskie odruchy wzięły górę w Karen ale w awanturze z Denysem stała na z góry przegranej pozycji, bo to jej bardziej zależało na nim, "była kobietą czterdziestojednoletnią, chorą, rozwiedzioną, bezdzietną i nadal pozostającą na utrzymaniu rodziny: poniosła klęskę" na wszystkich frontach.
Denys nie oszczędził jej upokorzeń wyrządzanych mniej lub bardziej świadomie. Kiedy zwróciła się do niego po pomoc i pożyczkę, korespondencję z nią w tej sprawie prowadzili jego prawnicy. Okazało się, że w tej materii nie miał w sobie nic z romantyka, wręcz przeciwnie, jest zaskakująco przyziemny i pozbawiony poczucia humoru. Widać było, że to koniec. Co z tego, że wiedząc, że "Denys był bardzo wrażliwy na punkcie jej wyglądu, robiła (...) wszystko, by nigdy go nie rozczarować, posuwając się aż do łykania silnych środków przeczyszczających, aby zachować szczupłą sylwetkę" i tak nie miała szans z jego nową kochanką, o kilkanaście lat młodszą od siebie. Żyła iluzjami, którym dawała upust także w "Pożegnaniu z Afryką". Kiedy pisze, że Denys zapraszał ją na swój ostatni lot - mija się z prawdą, nie pierwszy zresztą raz - bo zapraszał już nie ją lecz jej "następczynię" Beryl Markham, która zresztą odmówiła mu w ten sposób ocalając życie.
Afrykańska rzeczywistość Karen Blixen głośno skrzeczy, choć najbardziej odczuli to członkowie rodziny, którzy przez lata zrzucali się, w nadziei uzyskania zysków, na sfinansowanie pobytu Karen w Kenii. W prowadzonej przez nią plantacji topili, z uporem godnym lepszej sprawy, górę pieniędzy.
Ale w portrecie opisanym przez Liaut'a są też i jasne tonacje. To przede wszystkim stosunek do ludzi, wśród których mieszkała. Troska o Murzynów, dla których była nie tylko pracodawczynią ale także lekarką, sędzią i nauczycielką, kimś kto traktował ich jak ludzi, komu mogli wyżalić się, u kogo mogli poszukać porady i pomocy, i zwyczajnie porozmawiać mimo wszystkich dzielących ich różnic jak równy z równym. I którzy autentycznie opłakiwali jej powrót do Danii.
