Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liaut. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liaut. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 października 2013

Karen Blixen - afrykańska odyseja, Jean-Noël Liaut

Idąc tropem, na który naprowadziła mnie Lirael w czasie dyskusji w Płaszczu zabójcy pozbyłem się resztki złudzeń. Cóż ..., wyszło na to, że z "Pożegnaniem z Afryką" jest tak, jak z rozdawaniem samochodów na Placu Czerwonym w Moskwie; okazało się, że nie samochody a rowery i nie rozdawali a kradli. No może nie do końca tak samo ale prawie.


O ile z książki Detlefa Brennecke wynikało, że Karen twierdząc, że pisała "Pożegnanie z Afryką" opierając się na tym co zapamiętała, miała kłopoty z pamięcią, to biografia Liauta pokazuje, że ich rozmiar był zatrważający, bo tam gdzie fakty niezbyt pasowały jej do kompozycji wykazywała się zadziwiającą lakonicznością lub amnezją, "Logika i prawda miały niewielkie znaczenie."

Liaut otrzymał za swoją książkę nagrodę za najlepszą biografię kobiecą (chociaż tytuł jej jest trochę na wyrost ponieważ Blixen nie błąkała się po Afryce jak Odyseusz, a i nie obyło się bez wpadki bo Evelyn Waugh nie był kobietą) ale i tak była to nagroda w pełni zasłużona. Świetnie napisana, z wyrozumiałością dla głównej bohaterki a jednocześnie dostrzegająca jej mniej przyjemne cechy. Wyczuwalna sympatia wobec Blixen nie przeszkadza Liautowi w przedstawieniu konfabulacji, których się dopuściła w swojej najsłynniejszej książce, a która była chyba dla niej narzędziem dowartościowania się bo "codzienna rzeczywistość była nieskończenie bardziej przykra" niż nostalgiczny obraz życia w Kenii, który przedstawiła.

To snobka, która pisała do brata, "że aby zostać baronową, warto było nawet zachorować na syfilis", która zamiast pustego konta wolałaby amputację nogi, a jednocześnie podawała błędną datę ślubu by nie wydało się, że jako niezamężna kobieta spędziła w hotelu noc z mężczyzną, który następnego dnia miał zostać jej mężem. Podobno nie cierpiała drobnomieszczaństwa ale z czasem, jej celem życiowym stało się zamążpójście, o którym Denys Hatton Finch nigdy nie chciał nawet słyszeć. Ta wielka miłość, o której pisała - "Zdaje mi się, że jestem na wieczność związana z Denysem, skazana by kochać ziemię, po której stąpa, być niewymownie szczęśliwa, kiedy jest tutaj, i cierpieć katusze, kiedy odchodzi." okazała się nieporozumieniem. "Denys pojawiał się i znikał, kiedy miał na to ochotę, wiedziała o tym i chcąc nie chcąc, akceptowała. Miała pełną świadomość, że w razie najmniejszej skargi on po prostu ucieknie." I koniec końców uciekł.

Ale okazało się, że jednak nie było warto zachorować na syfilis, bo po rozwodzie, ex-mąż ożenił się po raz drugi i tym samym utraciła prawo do posługiwania się tytułem baronowej, a  na dodatek zaprzyjaźnił się z nim jej kochanek. Panowie razem współorganizowali safari dla przyszłego króla Edwarda VIII, nic jej przy tym nie mówiąc. Tego jednak było już za wiele. Drobnomieszczańskie odruchy wzięły górę w Karen ale w awanturze z Denysem stała na z góry przegranej pozycji, bo to jej bardziej zależało na nim, "była kobietą czterdziestojednoletnią, chorą, rozwiedzioną, bezdzietną i nadal pozostającą na utrzymaniu rodziny: poniosła klęskę" na wszystkich frontach.

Denys nie oszczędził jej upokorzeń wyrządzanych mniej lub bardziej świadomie. Kiedy zwróciła się do niego po pomoc i pożyczkę, korespondencję z nią w tej sprawie prowadzili jego prawnicy. Okazało się, że w tej materii nie miał w sobie nic z romantyka, wręcz przeciwnie, jest zaskakująco przyziemny i pozbawiony poczucia humoru. Widać było, że to koniec. Co z tego, że wiedząc, że "Denys był bardzo wrażliwy na punkcie jej wyglądu, robiła (...) wszystko, by nigdy go nie rozczarować, posuwając się aż do łykania silnych środków przeczyszczających, aby zachować szczupłą sylwetkę" i tak nie miała szans z jego nową kochanką, o kilkanaście lat młodszą od siebie. Żyła iluzjami, którym dawała upust także w "Pożegnaniu z Afryką". Kiedy pisze, że Denys zapraszał ją na swój ostatni lot - mija się z prawdą, nie pierwszy zresztą raz - bo zapraszał już nie ją lecz jej "następczynię" Beryl Markham, która zresztą odmówiła mu w ten sposób ocalając życie.

Afrykańska rzeczywistość Karen Blixen głośno skrzeczy, choć najbardziej odczuli to członkowie rodziny, którzy przez lata zrzucali się, w nadziei uzyskania zysków, na sfinansowanie pobytu Karen w Kenii. W prowadzonej przez nią plantacji topili, z uporem godnym lepszej sprawy, górę pieniędzy.

Ale w portrecie opisanym przez Liaut'a są też i jasne tonacje. To przede wszystkim stosunek do ludzi, wśród których mieszkała. Troska o Murzynów, dla których była nie tylko pracodawczynią ale także lekarką, sędzią i nauczycielką, kimś kto traktował ich jak ludzi, komu mogli wyżalić się, u kogo mogli poszukać porady i pomocy, i zwyczajnie porozmawiać mimo wszystkich dzielących ich różnic jak równy z równym. I którzy autentycznie opłakiwali jej powrót do Danii.