Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka bestsellerów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka bestsellerów. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 maja 2017

Homo Faber, Max Frisch

Nie będę udawał, Max Frisch mnie nie przekonał. A wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze - status jakim cieszy się autor i jego "Homo Faber", wróżyły jak najlepiej. I nawet nie to, bym mógł powiedzieć, że książka jest słaba, bo nie jest. Po prostu jest nieprzekonująca i nie pomogło jej nawet to, że akcja rozgrywa się miejscach, które za młodu sam poznałem i mój sentyment do nich. W niczym nie zmienia to faktu, że "iluminacja" jakiej doznał główny bohater i jego przemiana są tak nieprzekonujące psychologicznie, że niebezpiecznie ocierają się o temat w sam raz do jakiejś opery mydlanej.  


Frisch sprzedaje "ciemnemu ludowi" (jakby to powiedział "klasyk") łzawą historyjkę w serwowanym łopatologicznie sztafarzu nawiązującym do antycznego dramatu. Czytelnicy mają uwierzyć, że do zapatrzonego w siebie faceta, przez całe życie traktującego ludzi, z którymi przyszło mu się zetknąć, niczym kierowca przydrożne drzewa, nagle dociera, że wartość życia mierzy się poprzez pryzmat tego jakim jest się dla innych.

I cóż takiego się stało, że nagle doznał takiego olśnienia - spotkał w samolocie brata przyjaciela z młodości, z którym nie widział się przez dwadzieścia lat? Czy ktoś w to uwierzy - że rzuca wszystko by spotkać się z człowiekiem, z którym nic go nie łączy? Cóż z niego za homo faber, skoro dla impulsywnej zachcianki ryzykuje powodzenia wielkiego projektu. A może to nie jest żaden człowiek pracy bo przecież w jego działaniach nie chodzi o samą istotę pracy lecz chodzi mu o niego samego? Nie interesuje go wszakże głębszy sens pracy, to co ona za sobą niesie dla innych lecz to jak ona sytuuje go wobec nich, to co z niej "wyciśnie" dla siebie.

Czytelnik ma uwierzyć, że tytułowy bohater z jednej strony ignoruje uczucia kobiety, z którą jest związany a jednocześnie jest wrażliwy jak mimoza w relacji z przypadkowo spotkaną dziewczyną, którą widzi pierwszy raz w życiu. Jak na człowieka, wydawałoby się uporządkowanego (w tym sensie, że wszystko podporządkowującego zawodowym zadaniom stawianym przez jego pryncypałów), trochę to dziwne. Jeszcze przed chwilą opędzał się od kochanki i wizji ustabilizowanej przyszłości a tu nagle chce mu się jakichś rozrachunków z przeszłością i myśli o małżeństwie z dwudziestolatką. Dlaczego? Co takiego się stało? Czyżby to wszystko zaczęło się od tego, że rozbolał go brzuch na lotnisku?!  

Jakoś tego nie kupuję. Mam uwierzyć, że ten idący po trupach do celu, oszukujący innych i siebie egoista nagle doznaje skrupułów? Bo jakże to, planuje małżeństwo z własną córką a jednocześnie nie konsumuje tego związku wcześniej. Czyżby Frisch bał się pójść na całość i nie odważył się postawić kropki nad i bo Walter Faber upadłby już na samo dno i nie byłoby już dla niego żadnego ratunku? A to dopiero byłoby coś! A tak wyszła jakaś dziwaczna gradacja, pomiędzy kazirodczym narzeczeństwem a kazirodczym małżeństwem. Czyżby to pierwsze miało być mniej obrzydliwe od drugiego?

No i jeszcze to upozowanie postaci na kształt bohaterów antycznego dramatu, w którym przebaczenie win i chęć odkupienia wcale nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia bo i tak dosięga ich śmierć. Miało to chyba dodać powieści Frischa głębi, ale jest tak przejrzyste, że odbiera "Homo Faberowi" walor literackiej gry z czytelnikiem sprawiając jedynie wrażenie taniej pozłoty. A jak wiadomo, nie wszystko złoto co się świeci. 

piątek, 28 sierpnia 2015

Sztukmistrz z Lublina, Isaac Bashevis Singer

Zauroczenie Koczowniczki "Sztukmistrzem z Lublina" zdopingowało mnie do powtórki z niego ale nie był to dobry pomysł, biorąc pod uwagę, że miałem jeszcze świeżo w pamięci "Dwór" i "Spuściznę". O ile każda z tych książek czytana całkowicie odrębnie, tak jakby była jedyną powieścią Singera, robi wrażenie czegoś nowego, to czytane w niedługim odstępie czasu, wywołują wręcz przeciwne odczucie - ciągłego odgrzewania tych samych, starych kotletów.


Nie da się ukryć, że Singer eksploatuje te same pomysły. Znowu (gwoli ścisłości wypada, że "Sztukmistrz z Lublina" jest pierwszą, chronologicznie patrząc, powieścią z tych trzech przeze mnie wymienionych) mamy do czynienia z błądzącym w życiu Żydem, oddalonym od Boga, lubiącym używać życia pełną parą, i to do tego stopnia, że ociera się o promiskuityzm, który jest na najlepszej drodze od ostatecznej hańby. Tą zaś byłoby, a jakże by inaczej, przejście na katolicyzm i zostanie przestępcą, bo do tego prowadzą kontakty z gojką (zresztą ta gojka ma w sobie domieszkę krwi żydowskiej, podobnie jak - uwaga - polscy arystokraci). Nie wiadomo co z tego jest gorsze, choć w sumie łatwo się domyślić, bo przestępcy są przecież przez Żydów jednak akceptowani, oczywiście, o ile są starozakonnymi, dla zmiany wiary zaś nie ma wybaczenia. Można być więc Żydem złodziejem i mordercą ale przechrztą wykluczone.

Sposób, w jaki Singer odsłania swoje antypolskie kompleksy, które mają chyba niwelować poczucie niższości, może dla niektórych czytelników okazać się irytujący bo jeśli chodzi o wizerunek Polaków, to utrzymane są "standardy" z "Dworu" i "Spuścizny".  Brat polskiej kochanki to przestępca, jej matka akceptuje istniejący stan rzeczy dla korzyści materialnych, czyli jak zwykle Polacy są postaciami z marginesu społecznego bądź też oń się ocierają i tylko knują, jak by tu sprowadzić błądzących Żydów, jednak w gruncie rzeczy o dobrych instynktach, na manowce, ku ich zgubie.

Jak to u Singera, ze złej drogi, tytułowego bohatera zawraca ingerencja Boga a przynajmniej wiara, że to z nią ma się do czynienia. W jej rezultacie doznaje przemiany i staje się on rabinem-pustelnikiem, zabawne, że przy całej "alergii" pisarza na chrześcijaństwo, ta przemiana na swój sposób kojarzyć się może z jego punktu widzenia, jak najbardziej nieprawomyślnie, bo choćby metamorfozą świętego Augustyna, nie mówiąc już o tym zamurowanie żywcem, przypomina akt katolickiej błogosławionej, Doroty z Mątowów.

To jeden, z nieprzekonujących motywów w powieści - ingerencja Boga w doraźne człowiecze sprawy. Zdumiewające, że coś takiego mogło się znaleźć w książce napisanej przez Żyda i o Żydzie, powstałej po Zagładzie, która postawiła pod znakiem zapytania ingerencję Boga w doczesne sprawy człowieka, łagodnie rzecz ujmując. Nieprzekonujący, podobnie jak "treści intelektualnie nośne" dotyczące natury człowieka, którym kłam zadaje przekonanie Singera o odrębności (czytaj: wyższości) Żydów nad inne społeczności.

Z całą pewnością nie można jednak odmówić Singerowi talentu narracyjnego, co to, to nie. Inna rzecz, że ma się wrażenie, że za nim kryje się humbug, w gruncie rzeczy nie wiele lepszy od "Malowanego ptaka" czy "Łaskawych" Littella.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Mistrz i Małgorzata, Michał Bułhakow

Wybór najlepszych polskich powieści wszech czasów wydaje się prosty - bezapelacyjnie wygrywa "Lalka" tuż za nią "Ziemia obiecana", "Noce i dnie", może ex-aequo z "Chłopami" i "Potopem". Z prozą rosyjską chyba byłoby podobnie - na pierwszym miejscu "Braci Karamazow"  ale o drugie musiała by już walczyć "Zbrodnia i kara" przeciwko "Biesom", "Annie Kareninie", "Wojnie i pokojowi"  i last but not least "Mistrzowi i Małgorzacie" a powieść Bułhakowa wcale nie byłaby w tym pojedynku bez szans.

Miejsce na podium należy się Bułhakowi już choćby dlatego, że potrafił się wyzwolić z mitu narodu "bogonośćca" i "duszy rosyjskiej", choć jego książka o zniszczonym talencie idealnie do tego by się nadawała. Cud, że udało mu się od tego ustrzec, zważywszy na odmalowany w niej kpiąco-gorzki obraz literackiego światka porewolucyjnej Rosji. Nie na darmo tam właśnie postanowił zstąpić Szatan, tak dobrze znany z Andersenowskiej "Królowej Śniegu" i "Fausta" Goethego i nie bez przyczyny ukazuje się literatom, to przecież oni są "inżynierami dusz" sami będąc jednocześnie niewolnikami. Jakże to łatwe ofiary, z ich negacją dotychczasowego świata  ("co to się u was dzieje? Cokolwiek tknąć, tego nie ma.") - nie zdają sobie sprawy z tego, że nie znosi on próżni i w miejsce odrzuconego Boga wkracza diabeł.


Zawiść i zachłanność, dodajmy do tego jeszcze próżność i pychę, wiarę we wszechmoc człowieka, która nie dostrzega, że "żeby czymś kierować, trzeba bądź co bądź mieć dokładny plan, obejmujący jakiś możliwie przyzwoity okres. (...) jak człowiek może czymkolwiek kierować, skoro pozbawiony jest nie tylko możliwości planowania na choćby śmiesznie krótki czas, no, powiedzmy, na tysiąc lat, ale nie może ponadto ręczyć za to, co się z nim samym stanie następnego dnia? - jakie to dla niego pole do popisu.

Przy tym wszystkim jednak Bułhakow patrzy trzeźwo na ludzką naturę, widząc w niej też rysy ponadczasowe. "Ludzie są tylko ludźmi. Lubią pieniądze, ale przecież tak było zawsze... Ludzkość lubi pieniądze, z czegokolwiek byłyby zrobione, czy to ze skóry, czy z papieru, z brązu czy złota. Prawda, są lekkomyślni... No, cóż... Ludzie jak ludzie... W zasadzie są, jacy byli (...)", tyle że nowe okoliczności wydobywają z nich to co najgorsze. Ale wcale nie ponadczasowa jest sytuacja Mistrza.

Nie liczy się jego talent i dzieło, liczy się jedynie słuszny "kurs" i odgórne dyrektywy, tak jak zadekretowany ateizm - ten, kto o tym zapomina i próbuje wyrazić autentycznego siebie staje się celem i ofiarą bezwzględnych karierowiczów. Widać to wyraźnie gdy Mistrz przechodzi trzy stadia "reakcji na reakcję" po nieudanej próbie wydania książki, w czym zresztą można odnaleźć rys samego Bułhakowa - śmiech, "drugie stadium to stadium zdumienia. (...) A potem, proszę sobie wyobrazić, nadeszło trzecie stadium - stadium lęku."

Opis tych trzech stadiów zaskakująco realistycznie oddaje poczucie osaczenia, beznadziei i braku szans na znalezienie swojego miejsca we własnym kraju - "nie mogę stąd uciec, nie dlatego, że za wysoko, tylko dlatego, że nie mam dokąd uciekać". Własne państwo staje się więzieniem i jeśli weźmie się to pod uwagę, to to że z mieszkania przy Sadowej, "mieszkańcy jeden po drugim znikali bez wieści" nie jest już takie "niepojęte", a jeśli stają za tym nieczyste siły, to mogą mieć one bardzo realistyczną, zinstytucjonalizowaną postać. 

Wyzwolenie przychodzi dopiero za sprawą dobrowolnego poświęcenia się Małgorzaty w imię miłości, okazuje się że tylko Szatan - Woland potrafi docenić dzieło Mistrza, z jego słynnym "rękopisy nie płoną", on oraz jego pomocnicy ("Dostojewski jest nieśmiertelny!") ale cóż z tego, skoro wyzwolenie i tak przychodzi dopiero po śmierci.

Drugi temat podjęty przez Bułhakowa to obrazoburczy obraz śmierci Jezusa, Jeszui Ha-Nocri (który w powieści ma 28 a nie 33 lata) opowiadany przez Szatana. Zakwestionowana jest w nim relacja z ewangelii świętego Mateusza, który nie tylko nie potrafił oddać rzeczywistego znaczenia nauk Chrystusa ale przekręcać miał też fakty - wszak umierając Jezus woła nie Boga lecz Piłata.

Tylko czy można wierzyć Szatanowi? Przecież nie czyni on dobra, chociaż z drugiej strony w "Mistrzu i Małgorzacie" to on okazuje się miłosierny. Co więcej okazuje się też miłosierny na prośbę, prośbę Chrystusa (przekazaną przez Mateusza), tak jakby byli obaj sobie co najmniej równi. Dobro i zło, światłość i cień się równoważą, są jednakowo obecne w życiu człowieka  - "na co by się zdało twoje dobro, gdyby nie istniało zło i jak by wyglądała ziemia, gdyby z niej zniknęły cienie? Przecież cienie rzucają przedmioty i ludzie."

Ale to nie śmierć Jezusa wydaje się być tu najważniejsza a raczej wewnętrzne rozdarcie Poncjusza Piłata, który staje się ofiarą własnej decyzji, świadom jest jej niesprawiedliwości i chcąc jej uniknąć usiłuje przerzucić, bezskutecznie, ciężar odpowiedzialności za nią na innych.  Miotając się pomiędzy poczuciem sprawiedliwości i sumieniem a strachem i własną karierą wybiera to drugie skazując się tym samym na cierpienie. Jakie to ludzkie. Podobnie jak ludzka jest tęsknota za utraconymi szansami, a które już się nie powtórzą - nie ważne, kto je podsuwał i jaką ofiarą byłyby okupione. Rewelacyjna książka, polecam.

piątek, 31 lipca 2015

Dwór, Isaac Bashevis Singer

"Dwór", pierwszą część dylogii poświęconej historii Kalmana Jacobiego i jego rodziny, rozgrywającą się w okresie po powstaniu styczniowym, można zaliczyć do "powieści antypolskich" obok m. in. "Wyboru Zofii" czy "Malowanego ptaka", ze świecą bowiem szukać w niej pozytywnego bohatera Polaka. Polscy bohaterowie (z dwoma wyjątkami) albo staczają się coraz niżej albo żyją już na dnie pogodzeni z tym i akceptujący reguły gry, które tam obowiązują, chociaż właściwie można by mówić o braku reguł a jeśli nawet znajdziemy postać, która nie zasługuje na miano negatywnej, to i tak ciągnie się za nią jakaś "smuga cienia".


Żydowscy bohaterowie też mogą oczywiście budzić tzw. mieszane uczucia, zwłaszcza że ich postawa życiowa wynika w dużej części z przesłanek zupełnie dla nas obcych i tym bardziej może się wydawać niezrozumiała, oglądnie mówiąc. Nie mniej jednak, ma się wrażenie, że są oni odmalowani przez Singera znacznie cieplejszymi barwami. Jeśli błądzą i potykają się, to mają świadomość swoich pomyłek życiowych, są z ich powodów nieszczęśliwi i próbują swoje życie zmienić, choć nie zawsze im się to udaje. Ostoją w tym ich życiowym zabłąkaniu jest chasydyzm. Wychodząc z niego, usiłując się od niego uwolnić, stają się nieszczęśliwi - powracając na jego łono odzyskują wewnętrzną równowagę.

Nie ma co ukrywać, takie "ustawienie" postaci może drażnić. Wypada jednak oddać sprawiedliwość Singerowi, który ma odwagę postawić niewygodne dla swoich ziomków pytania - "Jak można się wprowadzić do cudzego domu, żyć w nim w całkowitym odosobnieniu i oczekiwać, że się na tym nie ucierpi? Jeśli człowiek gardzi bogiem swego gospodarza, biorąc go za wizerunek z blachy, stroni od jego wina jako zakazanego, uznaje jego córkę za osobę nieczystą, czyż tym wszystkim nie ściąga na siebie traktowania należnego osobie niepożądanej i obcej?", a potem jeszcze stwierdza, że Żydzi "nie mówią językiem kraju, w którym mieszkają, i posyłają dzieci do chederów". Ma więc świadomość, że coś w stosunku gości do gospodarzy jest nie tak. Co prawda w "Spuściźnie", drugiej części dylogii, Singer twierdzi, że takie słowa są godne antysemity ale warto pamiętać, że w czasie okupacji Żydzi ponieśli straszliwe konsekwencje pielęgnowania właśnie takiej postawy, choć oczywiście zachowanie odrębności nie wyjaśnia wszystkiego.

Ta dobrowolna alienacja Żydów, z tkwiącym u jej podstaw poczuciem wyższości, może chwilami irytować do tego stopnia, że przychodzą na myśl osławione słowa Zbyszewskiego o Słonimskim ze wstępu do "Niemcewicza od przodu i tyłu" - "dawał mi jakieś pouczenia – jeszcze do tego nie doszło, by taki Słonimski uczył mnie historii Polski. Gdy będę pisał życiorys reb Altera z Góry Kalwarii albo sporządzał wykaz Żydów osadzonych w Jabłonnie podczas wojny 1920 r. – wtedy poproszę go o pomoc i informacje", zwłaszcza, że jedyny chyba związek Żydów z powstaniem styczniowym, jaki można dostrzec w powieści polega na tym, że główny bohater "pożywił się" na klęsce powstania robiąc interesy z rosyjskim księciem, który przejął odebrany w ramach represji majątek powstańca (zapewniając jednak warunki do życia jego rodzinie).

Ale to nie relacje polsko-żydowskie są tematem książki, to w gruncie rzeczy saga rodzinna mająca za tło egzotyczne dla nas problemy związane z żydowskością i miejscem tradycji żydowskiej w zmieniającym się świecie, utrzymana w konwencji romansu (tych tu bez liku, co ciekawe jeden z nich kojarzyć się może z romansem Lucy Zuker i Karola Borowieckiego), rozgrywająca się w podwarszawskim miasteczku i Warszawie końca XIX wieku, odmalowana żywymi barwami, co sprawia, że książkę czyta się jednym tchem, jak na powieść laureata literackiej nagrody Nobla przystało. 

sobota, 21 marca 2015

Widnokrąg, Wiesław Myśliwski

Starzeję się, tak..., nie da się ukryć, starzeję się. Ta niewesoła konstatacja, wbrew temu co głosi piosenka wykonywana przez Wiesława Michnikowskiego, nachodzi mnie zawsze po lekturze książek Wiesława Myśliwskiego. A to wszystko za sprawą jego niezwykłego pisarstwa, sprawiającego że czytelnik odnajduje w jego książkach ślady własnej tożsamości. Dodajmy - nie każdy czytelnik, bo adresatami książek Myśliwskiego wydają się ci, którzy pamiętają lata, w których czas jakby biegł wolniej a świat poza linią widnokręgu był tylko abstrakcją. To sprawia, że choć Piotr, narrator "Widnokręgu" należy do pokolenia moich rodziców, a w Sandomierzu byłem przejazdem ze dwa razy w życiu i to w czasie gdy po Rybitwach i domu panien Ponckich (choć "podobno wcale się nie nazywają Ponckie, tylko jednak Śliwka, a druga Kasprzyk. To i siostrami nie są, bo jak?") nie było już śladu, jest mi tak bliski.


Tak... widnokrąg, "O, ta linia dookoła między ziemią a niebem, która nas zamyka. Chociaż to tylko złudzenie. Gdybyś chciał do niej dojść, będzie się zawsze od ciebie odsuwała, zachowując tę samą odległość. A ty będziesz zawsze w środku. I nigdy nie dojdziesz." Będzie się w środku własnego świata budowanego ze wspomnień ludzi, miejsc i rzeczy. Tego co przemija, bo po rzeczach nie ma śladu, miejsca uległy zmianom a ludzie, którzy coś dla nas znaczyli odeszli. Ale świadomość istnienia własnego świata, ma się dopiero poniewczasie, po latach, tak jak bohater Myśliwskiego, alter ego Autora, który mówi odwiedzając dom nieżyjących już dziadków, będący kiedyś chwilową tylko przystanią - "właściwie to nigdy nie opuściłem tego miejsca. Bo choć to ich groby, to mój znak, gdzie jestem. A kto wie nawet, czy to nie jest środek mojego widnokręgu, bo jedynie tu jestem w stanie doznać tej bolesnej dotkliwości, jak umieram za nimi i ja, a nie tylko świat dookoła mnie. I to tak zwyczajnie, pospolicie, że ta dotkliwość przeradza się w zachwyt, jakbym oto stał twarzą w twarz przed najwznioślejszą tajemnicą piękna. Chce mi się aż zanurzyć w tym umieraniu jak w kwitnącej łące i patrzeć na słońce gasnące nade mną."

Kiedy my się dowiemy, gdzie jest środek naszego świata ograniczonego widnokręgiem? Pewnie wówczas, gdy zatęsknimy za zrzędzeniem matki (której pisarz wystawił swoją powieścią wspaniały pomnik) i koniecznością pomocy ojcu. Gdy będziemy wiedzieli jak ważne to były chwile. Ale wówczas będzie już za późno, mimo że niejedno by się oddało by tamte chwile wróciły, by można było nadrobić bezpowrotnie stracone okazje pomocy i wyręczenia a czasami tylko wysłuchania "gorzkich żali", tych którzy już odeszli. Teraz poświęciłoby się dużo więcej niż tylko przerwaną zabawę byleby tylko o to ktoś poprosił, bo dzisiaj, wraz z dojrzałością dostrzega się więcej i więcej rozumie. Tyle, że czas już minął a pozostał jedynie żal do samego siebie, że cóż nam wtedy szkodziło poświęcić tę chwilę, której od nas oczekiwano, ale to przecież czasu nie cofnie i niczego już nie zmieni. I ten smutek i żal pozostanie w zawieszeniu, no bo komu o tym powiedzieć, skoro tych którzy by to zrozumieli już nie ma. Stoimy więc jak Piotr z "Widnokręgu" ze swoim synem na schodach prowadzących na Rybitwy, tak samo jak on kiedyś ze swoim ojcem, przekazując pałeczkę zarówno bliskości jak i niezrozumienia, naszemu dziecku.

To nic, że ten nasz świat nie olśniewa ogromem, nie musi - przecież takie Dwikozy, "niby wieś, a bagno nieprawości rodzaju ludzkiego, pięć sfer wtajemniczenia, dziesięć kręgów pokuty"  i zbudowany jest wokół wspomnień o rzeczach, które innym umknęły jako nieistotne ale to właśnie sprawia, że jest on nasz, własny i niedostępny dla innych, bo tego co widzimy, "nikt inny nie widzi. Choćby widział dużo więcej". My też mamy w sobie historię swojego zgubionego buta, pierwszej zabawy czy szkolnej miłości. To jest centrum naszego świata, którego granice wyznacza widnokrąg naszej pamięci.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Komu bije dzwon, Ernest Hemingway

Gdy raz pierwszy, jeszcze w liceum, przeczytałem "Komu bije dzwon"  a ściślej mówiąc przebrnąłem przez nią w stylu rozpaczliwym, jakoś nie potrafiłem docenić powieści Hemingway'a i to mimo, że jednym z jej bohaterów jest ex-patron mojej podstawówki - Karol Świerczewski (to za jego sprawą sięgnąłem zresztą po książkę). Niewiele z tamtej lektury sprzed lat pamiętałem, poza ogólnym, mało zachęcającym wrażeniem. Ale to w sumie nic dziwnego, bo to książka z gatunku, do którego trzeba dorosnąć by w pełni ją docenić. Uznałem, że wystarczająco dorosłem i przeczytałem ją ponownie, z jakże odmiennymi wrażeniami.


"Komu bije dzwon" wymyka się  prostemu schematowi, o który aż by się prosiło bo przecież nic prostszego jak przedstawić wojnę domową w Hiszpanii jako wojnę, w której dobrzy (republikanie) walczą ze złymi (faszystami). Że faszyści są źli, to wiadomo ex definitione. Ale u Hemingway'a okazuje się, że jedni są warci drugich, bo republikanie mordują niewinnych ludzi, tylko dlatego że mieli inne poglądy, a próba usprawiedliwienia tego - "wiem, że my też robiliśmy im straszne rzeczy. Ale to dlatego, że byliśmy nieoświeceni i nie mieliśmy rozeznania" - jest żenująca, jakby brak wykształcenia mógł tłumaczyć bestialstwo. Okazuje się, że wśród bohaterskich zwolenników republiki, nie można znaleźć odpowiednich ludzi do przeprowadzenia akcji, choć podobno okolica jest ich pełna. Nikomu z tych zwolenników demokracji i wolności nie przeszkadza, gdy dowodzący oddziałem psychopatyczny morderca daje upust swoim zwyrodniałym instynktom, wręcz przeciwnie - mówią z podziwem o tym jak wielu ludzi zabił i podwładni odsuwają się od niego, dopiero wówczas gdy nie chce ryzykować także i ich życia w akcji skazanej na porażkę.  
 
W gruncie rzeczy, trudno się dowiedzieć z powieści, dlaczego republikanie to ci dobrzy, a faszyści to ci źli, a sytuacja staje się tym bardziej kłopotliwa, gdy się zważy, że ton republikanom nadają nie zwykli Hiszpanie a Rosjanie, którzy troszczą się przede wszystkim o siebie i zajmują się zakulisowymi rozgrywkami oraz Hiszpanie, którzy przeszli w Rosji pranie mózgu. Pozostaje więc uznać, że skoro główny bohater, który sprawia wrażenie "pożytecznego idioty" ze swoją wiarą, że "komuniści zapewniali najlepszą, najzdrowszą i najrozsądniejszą dyscyplinę dla dalszego prowadzenia wojny", który kocha "wolność i godność", walczy po stronie republikanów, to oni jednak są tymi dobrymi.
 
Jednak ten podział jak się okazuje nie ma znaczenia, te przeciwieństwa stapiają się w jeden amalgamat, bo przecież nie bez kozery Hemingway zaczerpnął tytuł powieści z XVII Medytacji Donne'a, przytaczając ją także w całości jako motto.  "Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie" - każdego człowieka, każdego i tego są świadomi bohaterowie powieści może poza głównym, dla którego naczelną wartość stanowi nie człowiek lecz rozkaz. Inni jednak dostrzegają, że "z zabicia człowieka, który jest taki sam jako i my, nie pozostaje nic dobrego" a po drugiej stronie barykady stoją tacy sami ludzie - "patrzyłam na tych pozabijanych gwardzistów pod murem; byli tacy sami szarzy i zakurzeni jak my, tylko że teraz każdy zwilżał swoją krwią suchy pył pod ścianą", "ci ludzie to nie faszyści. Ja ich tak zwę, ale oni nie są faszystami. To tacy sami biedacy jak my".
 
Jeszcze bardziej ta wspólność istoty człowieka staje się wyraźna w jednej z najbardziej przejmujących scen powieści, w której młody republikanin-komunista w obliczu śmierci i frankistowski porucznik, chwilę po wydaniu barbarzyńskiego rozkazu odcięcia głów pokonanym wrogom modlą się słowami tej samej modlitwy. Ale najbardziej widać ją chyba w postaci głównego bohatera, człowieka naznaczonego śmiercią, dla którego życie ludzkie przegrywa z ideą, ale któremu jednocześnie dane jest przeżyć w obliczu śmierci miłość, która jest przecież jej przeciwstawieniem, a czytelnik ma dzięki temu okazję poznać jedną z piękniejszych scen miłosnych w literaturze.

wtorek, 18 marca 2014

Doktor Żywago, Borys Pasternak

Nie dziwię się, że w ZSRR sponiewierano Pasternaka za "Doktora Żywago" niezależnie od tego, jak dzisiaj może się to wydawać zdumiewające, bo nie ma tam dla współczesnego czytelnika niczego zaskakującego. Ale dla sterujących kulturą radziecką nie do przyjęcia było przedstawienie rewolucji październikowej jako źródła ludzkich nieszczęść.


Jak bluźnierstwo musiało brzmieć porównanie czerwonego sztandaru z chorągwią śmierci - "Albo znowuż ten wasz sztandar czerwony. Co myślisz? Myślisz, że to flaga? A to wcale nie flaga, tylko dziwki-morowicy mamidło, malinowa chusta; mamidło, powiadam, a dlaczego mamidło? Żeby młodym chłopcom chustką machać, tumanić, młodych chłopców wabić na ubój, na śmieć, mór nasyłać. A wyście uwierzyli (...)", zdyskredytowanie marksizmu "Marksizm i nauka? (...) Marksizm ma zbyt mało opanowania, aby być nauką. Nauka jest zrównoważona. Marksizm i obiektywizm? Nie znam kierunku bardziej wyizolowanego i dalekiego od faktów. Każdy stara się sprawdzić sam siebie w praktyce, a przedstawiciele władzy dla stworzenia legend o własnej nieomylności na wszelkie sposoby odwracają się od prawdy", rewolucjonistów a wreszcie samej rewolucji wyzwalającej w ludziach najgorsze instynkty.

Ale schyłkowy okres cesarstwa (bo wówczas rozpoczyna się akcja powieści), rewolucja, wojna domowa i koniec lat 20-tych to tylko tło, które aż się prosi o porównanie z "Cichym Donem", zwłaszcza że obie powieści pokazują ludzi w gruncie rzeczy osamotnionych, miotanych wichrami historycznych wydarzeń, którzy chcą spokojnie żyć własnym życiem (Żywago twierdzi, że "lepiej nie rzucać się w oczy, trzeba żyć cicho i skromnie"). Czego by nie mówić o Szołochowie (a jest co mu zarzucić) to jednak Pasternakowi dużo brakuje do jego rozmachu i spójności, bo o ile u Szołochowa czytelnik śledzi losy postaci dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku to u Pasternaka na całe lata traci kontakt z bohaterami. Różni się też tło społeczne w obu powieściach, jedna bowiem przedstawia losy dońskiego kozactwa znad Donu, druga moskiewskiej inteligencji.

Ale jest też coś co łączy obie książki - to wybór romansu za motyw przewodni, w którym główni bohaterowie zdradzają własne żony żyjąc z kochankami. Mówiąc szczerze, dzisiaj perypetie miłosne Jurija Żywago i jego kochanek brzmią jakoś mało wiarygodnie choć z drugiej strony wstrzeliwują się one w stereotyp kobiety rosyjskiej, która rezygnuje z własnej osobowości na rzecz mężczyzny albo żeby być bardziej precyzyjnym, realizuje się tylko o tyle o ile jej wybrany jest szczęśliwy. W przypadku "Doktora Żywago" jest to o tyle zdumiewające, że jego bohaterki to nie proste, prymitywne wiejskie baby ale wykształcone kobiety. Tym bardziej nie sposób na przykład zrozumieć wolt jakich dokonuje Lara, która wyznaje swojemu kochankowi swoje uwielbienie zdradzanego męża, którego przybrane nazwisko Strielnikow plotka zmieniła na, nomen omen, Rasstrielnikow - "To piękny, czysty charakter. Głęboko wobec niego zawiniłam. Nie zrobiłam mu nic złego, powiedzieć tak byłoby kłamstwem. Ale on jest człowiekiem wspaniałym, wielkiej, wielkiej prawości, a ja - łajdaczka, nie dorastam mu do pięt. To cała moja wina."

Dzisiaj niewiele zostało z czaru, jaki "Doktor Żywago" wywierał przed laty. Porównałbym go, oczywiście z zachowaniem odpowiedniej proporcji, do losu, który spotkał u nas ... "Złego" Tyrmanda. Książka, która w swoim czasie była sensacją i rewelacją, w normalnych czasach spowszedniała pozostając tylko świadectwem literackim i symbolem pewnej epoki. 

czwartek, 26 grudnia 2013

Ja, Klaudiusz, Robert Graves

Zanim usłyszałem o książce, pewnie tak jak większość, najpierw usłyszałem o filmie - usłyszałem bo w ramach sankcji wprowadzonych przez rodziców nie miałem szans go obejrzeć i uczestniczyć w ogólnoklasowym wyśmiewaniu się z jego tytułowego bohatera. I może dobrze, bo kiedy dorwałem się do książki parę lat później, w liceum, nic nie obciążało mojego wyobrażenia o głównym bohaterze i zupełnie niezrozumiałe wydało mi się tamto wcześniejsze naigrywanie z "Tyberiusza Klaudiusza Druzusa Nerona Germanika, co oznaczało po prostu Klau-Klau-Klaudiusza albo Klaudiusza Idiotę, albo jak zwykły wołać dzieci Germanika - biednego stryjka Klodzia", podobnie zresztą jak zachwyty nad filmem, bo gdy kilka lat temu trafiłem na serial nie dałem rady przetrzymać nawet jednego odcinka.  


Książka za to na wiele lat wbiła mi się w pamięć jako jedna z najlepszych powieści historycznych dotyczących starożytności i byłem zaskoczony, kiedy "odkryłem", że za taką uważany jest "Egipcjanin Sinuhe" i po lekturze "Ja, Klaudiusza" muszę przyznać, że chyba nie bez racji.

Redakcyjna notka na okładce informuje, ku mojemu zdziwieniu, że to dwutomowa powieść na którą składa się jeszcze "Klaudiusz i Messalina". Spór czy to książka odrębna czy pierwsza część większej całości wydaje mi się dosyć jałowy, w każdym razie nie ulega wątpliwości, że może być czytana niezależnie od kontynuacji, sporo jej zresztą ustępującej. Niezależnie jednak od tego, moją uwagę zwrócił fakt, że w gruncie rzeczy to nie powieść lecz ekscytujący, bardzo nietypowy podręcznik historii starożytnego Rzymu, w którym osoba głównego bohatera i narrator zarazem jest tylko pretekstem i licentia poetica do poprowadzenia wykładu. 

Graves niespecjalnie się zresztą z tym maskuje pokazując różne podejście do nauki historii w sporze Liwiusza i Polliona, w którym ten pierwszy musi odeprzeć zarzut - "Rzymianom sprzed siedmiu wieków przypisujesz motywy, którymi kierują się współcześni ludzie; każesz im przemawiać i postępować jak naszym rówieśnikom. To się bardzo miło czyta, (...) ale to nie jest historia", bo drugi uważa, że historia "powinna być wiernym obrazem tego, co się zdarzyło, powinna opowiadać, jak ludzie żyli i umierali, co czynili i mówili" choć jednocześnie nie ma złudzeń, że to co czytamy to cała wiedza bo nie wszystko jest ujawniane "w wydaniu przeznaczonym dla publiczności". Trudno mi powiedzieć po stronie, którego z nich opowiedział się autor, zbyt słabo znam historię starożytnego Rzymu, choć nie mam wątpliwości co do tego, że powieść "bardzo miło się czyta" a i znaleźć można wtręty, których Pollion by raczej nie zamieścił, jak nasze rodzime porzekadło "dobry żart tynfa wart", bo choć Klaudiusz usłyszał od Sybilli przepowiednię, że jego książka będzie znana za 2000 lat ale raczej nie przewidywał, że będą w przyszłości (za czasów Jana Kazimierza a potem Augusta III) bite takie monety (choć prawdopodobnie to akurat jest "wynalazkiem" tłumacza Stefana Essmanowskiego).

Pseudo-apokryficzny charakter powieści (podobnie zresztą jak w przypadku książki Waltari) pozwala na przedstawienie historii rozumianej jako wytwór działalności jednostek w wersji "plotkarskiej", widzianej od strony kuchni i alkowy. Nie przeszkadza to zresztą Graves'owi podzielić się od czasu do czasu przemyśleniami, które wówczas gdy książka się ukazała (1934 r.) miały całkiem współczesny wymiar a i chyba też nie straciły na aktualności, tak jak przemyślenia pań na temat małżeństwa: "dziś przy ogólnej swobodzie obyczajów, nikt nie bierze małżeństwa na serio. Znajdzie się może jeszcze kilku staroświeckich mężów traktujących małżeństwo o tyle poważnie, żeby mieć zastrzeżenia w stosunku do dzieci spłodzonych ich własnym żonom przez przyjaciół lub famulusów, i kilka zacofanych kobiet na tyle szanujących mężowskie uczucia, żeby nie zachodzić w ciążę z kim innym. Ale to są wyjątki!", Niemców - "to najbardziej zuchwały i chełpliwy naród na świecie. Raz jednak pokonani, zmieniają się w nikczemnych tchórzów. Nigdy nie ufaj Niemcowi, kiedy się do niego choć na chwilę odwrócisz plecami, a nigdy się go nie lękaj, kiedy staniesz z nim twarzą w twarz" (Graves wyraźnie miał coś do nich bo nie jest to jedyna tego rodzaju opinia) czy pederastii - "politowaniem i wstrętem napełniał mnie zawsze widok, jak żonaty i dzieciaty, a może nawet na jakimś wyższym stanowisku jegomość obłapia wyczupirzonego i uszminkowanego niedorostka, albo jak sędziwy senator kryguje się niczym Wenus przed gwardyjskim Adonisem, który tylko ze względu na pieniądze znosi zaloty starego bałwana." Widać też w powieści przejaw nie tylko kwestiami obyczajowymi ale także mitologią grecką, które potem zaowocowało jego najwybitniejszą książką - "Mitami greckimi".

W tym wszystkim ginie gdzieś chwilami tytułowy bohater, którego Graves traktuje z dużą sympatią, i mam wrażenie, że jego postać posłużyła mu tylko za pretekst do przedstawienia swojej wersji historii, co nie zmienia faktu, że czas spędzony z Klaudiuszem nie jest czasem straconym.

niedziela, 16 czerwca 2013

Grek Zorba, Nikos Kazantzakis

Chociaż dzisiaj port w Pireusie zmienił swoje oblicze to ciągle bez trudu można znaleźć kefeniony w rodzaju tego, w którym pojawił się Zorba. To po spartańsku urządzone miejsca, w których mężczyźni siedzą godzinami nad szklaneczką ouzo (a nie rumu), filiżanką kawy (koniecznie z wodą) i przebierając palcami przesuwają paciorkami komboloi dyskutują najczęściej o polityce. To jedno z tym miejsc gdzie, jeśli kobieta w ogóle przychodzi, to tylko by obsługiwać mężczyzn. Stary świat. W którym lepiej zostawić ludzi w spokoju, nie starać się otwierać im oczu, bo "cóż by zobaczyli? Własną nędzę! Niech więc mają oczy zamknięte ... I niech dalej śnią! (...) Chyba że, gdy otworzą oczy" zobaczą "lepszy świat niż ciemności, w których poruszają się teraz ..."

 
 "Grek Zorba" to jedna z tych książek, które należy czytać nieśpiesznie i które zostawiają wrażenie jeszcze długo po skończonej lekturze pozostawiając poczuciu smutku i osamotnienia jakiego doświadczył opowiadający historię narrator. Czy wystarczającym pocieszeniem były dla niego wiersze Dantego? Nie wiadomo - na pewno jednak potrafił sobie wszystko wytłumaczyć i zracjonalizować, tak jak każdy kulturalny i wykształcony człowiek. Nie wątpię, że santuri ciągle jeszcze gdzieś leży w jakiejś zapadłej serbskiej wiosce, w której Zorba dokonał żywota, bo nie było czasu by tam pojechać, bo to, bo tamto, sami dobrze znamy takie wymówki. A przecież bez wątpienia go podziwiał, to ucieleśnienie greckiej wersji "carpe diem".

Ale to ten rodzaj podziwu, o którym wiemy, że choć wiemy, że jest także dla nas w zasięgu ręki to jednak nigdy po niego nie sięgniemy. To nie dla nas. Mając świadomość niedoskonałości własnego życia, tkwimy jednak w nim nie chcąc rezygnować z jego wad, które są nam tak bliskie. Taki jest też wybór narratora, on nie uczestniczy w pełni życia, jest tylko jego obserwatorem i aby zobaczyć jak wygląda prawdziwe życie, przeżyć przygodę swego życia, poświęca tylko to z czym bez żalu może się rozstać; pieniądze i czas. Nie decyduje się ani na wyjazd z jednym przyjacielem ani na spotkanie z drugim chowając się za zasłonę swoich studiów. A przecież o ich "użyteczności" w życiu dowiaduje się od prostego pastucha, pewnie analfabety: "- A ty co robisz w tych ruinach?
- Rozmyślam nad starożytnością.
- I co ci z tego?
- Nic.
- Nic. Tak właśnie myślałem. Oni umarli, my żyjemy. Lepiej ruszaj stąd! Z Bogiem!"

Świat Zorby to nie kraina prostaczków, w której ludzie żyją długo i szczęśliwie, tu rządzą uczucia w czystej postaci, nie przysłonięte polorem kultury jest żądza, chciwość i zemsta za każdą ceną. Nie dziwię się więc jego szefowi, że jednak woli się schronić w swojej wieży z kości słoniowej niż zapuścić się w nieznane sobie rejony. Pełnia życia, choć patrzy na nią z podziwem to nie dla niego, raz tylko ośmielił się z niej zaczerpnąć. Sam przyznaje to mówiąc: "upadłem już tak nisko, że gdybym miał do wyboru rzeczywistą miłość lub przeczytanie dobrego romansu, wybrałbym książkę." Ale i tak miał szczęście bo poznał kogoś kto uzmysłowił mu, że taki wybór w ogóle istnieje.

Wybór wcale jednak nie jest oczywisty i każdy ze światów ma swoje cienie - z jednej strony mamy więc śmierć wdowy należącej do świata Zorby z drugiej klasztor, który ze swoją kontemplacyjną naturą z istoty swojej wydaje się bliższy narratorowi a okazuje się siedliskiem deprawacji, zbrodni i miałkiego intelektu. Okazuje się też, że radość życia Zorby nie jest panaceum na wszystko, wszak praca, zaangażowanie, czas i pieniądze idą na marne za sprawą "kątu nachylenia" - braku książkowej wiedzy, którą tak gardzi.

Ta radość życia i poczucie wolności, której Zorba jest uosobieniem ma różne wymiary, soczewką w której je widać jest stosunek do rodziny i kobiet, z jednej strony rodzina stanowi dla niego ograniczenie, z drugiej jest tym, w czym odnajduje szczęście. Podobnie jest i z kobietami, które z jednej strony są dla niego przedmiotem jako źródło przyjemności, z drugiej podmiotem jako osoby wymagające opieki. Na tym tle ciekawie prezentuje się Hortensja, ofiara stosowanej przez siebie dewizy "carpe diem". Okazuje się, że "radość życia" ma również ponury wymiar widoczny w osamotnieniu i pragnieniu życia, które stanowi jego zaprzeczenie, statecznego i pełnego konwenansów.