Najpopularniejszą książką Jana Parandowskiego jest bez wątpienia "Mitologia", najwybitniejszą chyba "Dysk olimpijski" zaś "Niebo w płomieniach" jest w jego dorobku pozycją wyjątkową. Należy do tej samej kategorii co Nowakowskiego "Przylądek Dobrej Nadziei" a zwłaszcza "Rubikon", Żeromskiego "Syzyfowe prace", Prusa "Grzechy dzieciństwa" czy w mniejszym już stopniu Gomulickiego "Wspomnienia niebieskiego mundurka". Pisarz co prawda wyraźnie odżegnywał się od posądzeń o autobiograficzność powieści ale trudno się jednak pozbyć takiego wrażenia zważywszy, że akcja rozgrywa się we Lwowie, skąd pochodził i rzucają się w oczy liczne odniesienia do kultury antycznej, a zwłaszcza "Odysei" Homera.
Ale ja na książkę kiedyś zwróciłem uwagę nie z tego powodu ale z przyczyn bardzo osobistych bo kiedy czytałem historię młodzieńczego "Sturm und Drang periode" Teofila Grodzickiego, który "już wyrastał ze stanu niewinności, w którym beztrosko wysiadywał swe grube, szare spodnie, póki ich tył nie stał się przezroczysty jak pajęczyna, wygniatał łokcie, gubił guziki w zamęcie burd, szukał czapki za piecem" a na domiar wszystkiego jego świadectwo "było pełne not dostatecznych" staje mi przed oczyma "zawiadomienie szkolne" mojego dziadka za rok szkolny 1896/7 klasy szóstej "szkoły ludowej sześcioklasowej męskiej w mieście Bolechowie" w którym takie noty dominowały, choć na szczęście trafiały się także oceny dobre, bardzo dobre oraz "obyczaje: chwalebne", z tą tylko różnicą, że bohater "Nieba w płomieniach" swoje świadectwo otrzymał 16 lat później (akcja książki rozgrywa się w latach 1912-14). A takich "rodzinnych" reminiscencji jest więcej, jak choćby obrazek, który "przedstawiał las ciemny i groźny, pełen wykrotów, powalonych pni, zarośli, wysokich drzew, pod którymi czerwieniły się główki muchomorów. Przez tę knieję szła mała dziewczynka, w długiej nocnej koszuli i boso, a prowadził ja Anioł Stróż, głową sięgający po korony drzew. Na ścieżce wiła się żmija, jej żądło było odległe o dwa palce od nogi dziecka" a który przypomina mi podobny obrazek jaki wisiał w domu moich rodziców. Wreszcie, dowiedziałem się, że "ekspresyjne" wyrażenie mojego taty, które pamiętam z dzieciństwa - "nasypali piasku" ma lwowską proweniencję.
Są to jednak związki bardzo indywidualne a patrząc na powieść Parandowskiego w kategoriach "ogólnych" trzeba wyraźnie powiedzieć, że niestety mimo "szkolnej" tematyki w "klasycznym" ujęciu (główny bohater inspiruje się nawet "Żywotem Jezusa" E. Renana, który pojawia się we wspomnianym wcześniej "Rubikonie", pojawia się również znany z niego i "Grzechów dzieciństwa" B. Prusa motyw śmierci szkolnego kolegi), mimo głębokiego osadzenia jej we Lwowie sprzed pierwszej wojny światowej, z rzadka tylko pojawia się nuta ciepłego sentymentu, z jakim na ogół kojarzy się Galicja pod panowaniem Franciszka Józefa.
Zgodnie z tytułem, w książce dominuje w walka o rząd dusz, problemem nie jest ani to, że nie jest to temat zbyt oryginalny, ani też to że jest to walka bezproduktywna bo "dziewięciu chłopców na dziesięciu przechodzi podobny kryzys, lecz ilu jest takich, którzy to biorą serio? Trochę się tam w nich zagotuje, trochę zakłębi, potem wszystko ostygnie i ani się spostrzeżesz, a oni znów siedzą w starym rodzinnym domu i opowiadają stare brednie małym smykom, którzy znów kiedyś powtórzą ich gnuśny bunt i tak samo jak oni skończą na różańcu". Mankamentem jest to, że jest po prostu przegadana i okraszona na dodatek wariantem dysputy a la Settembrini vs Naptha, w której ksiądz stoi na z góry przegranej pozycji (co staje się oczywiste, gdy okazuje się, że jest on "nieciekawą" postacią, karierowiczem i intrygantem) i tytułowy motyw przyćmiewa - niestety - znacznie ciekawsze wątki, jak chociażby relację ojciec-syn, pierwszą młodzieńczą miłość czy wizję przyszłej Polski, co do których można tylko żałować, że nie zostały one przedstawione szerzej, jako równoprawne motywy.
Nie będę ukrywał, że chociaż nie żałuję czasu, jaki spędziłem z "Niebem w płomieniach" bo na pewno nie był to czas stracony, to jednak książkę kończyłem z lekkim poczuciem niedosytu i co by tu nie mówić, jednak, mieszanymi uczuciami, choć tak miło się zapowiadało.
Są to jednak związki bardzo indywidualne a patrząc na powieść Parandowskiego w kategoriach "ogólnych" trzeba wyraźnie powiedzieć, że niestety mimo "szkolnej" tematyki w "klasycznym" ujęciu (główny bohater inspiruje się nawet "Żywotem Jezusa" E. Renana, który pojawia się we wspomnianym wcześniej "Rubikonie", pojawia się również znany z niego i "Grzechów dzieciństwa" B. Prusa motyw śmierci szkolnego kolegi), mimo głębokiego osadzenia jej we Lwowie sprzed pierwszej wojny światowej, z rzadka tylko pojawia się nuta ciepłego sentymentu, z jakim na ogół kojarzy się Galicja pod panowaniem Franciszka Józefa.
Zgodnie z tytułem, w książce dominuje w walka o rząd dusz, problemem nie jest ani to, że nie jest to temat zbyt oryginalny, ani też to że jest to walka bezproduktywna bo "dziewięciu chłopców na dziesięciu przechodzi podobny kryzys, lecz ilu jest takich, którzy to biorą serio? Trochę się tam w nich zagotuje, trochę zakłębi, potem wszystko ostygnie i ani się spostrzeżesz, a oni znów siedzą w starym rodzinnym domu i opowiadają stare brednie małym smykom, którzy znów kiedyś powtórzą ich gnuśny bunt i tak samo jak oni skończą na różańcu". Mankamentem jest to, że jest po prostu przegadana i okraszona na dodatek wariantem dysputy a la Settembrini vs Naptha, w której ksiądz stoi na z góry przegranej pozycji (co staje się oczywiste, gdy okazuje się, że jest on "nieciekawą" postacią, karierowiczem i intrygantem) i tytułowy motyw przyćmiewa - niestety - znacznie ciekawsze wątki, jak chociażby relację ojciec-syn, pierwszą młodzieńczą miłość czy wizję przyszłej Polski, co do których można tylko żałować, że nie zostały one przedstawione szerzej, jako równoprawne motywy.
Nie będę ukrywał, że chociaż nie żałuję czasu, jaki spędziłem z "Niebem w płomieniach" bo na pewno nie był to czas stracony, to jednak książkę kończyłem z lekkim poczuciem niedosytu i co by tu nie mówić, jednak, mieszanymi uczuciami, choć tak miło się zapowiadało.
