Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urbanek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urbanek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Tuwim. Wylękniony bluźnierca, Mariusz Urbanek

Za sprawą Książkowca, której jeszcze raz, korzystając z okazji, dziękuję trafiła do mnie najnowsza biografia Urbanka. Po słabym "Brzechwie nie dla dzieci" podchodziłem do niej z pewnymi obawami ale jak się okazało, na szczęście nie uzasadnionymi. Nie jest to może książka rzucająca na kolana ale niewątpliwie przykład dobrej, popularyzatorskiej biografii bez zbędnego teoretycznego zadęcia, wystarczającej dla czytelnika amatorsko interesującego się literaturą i jej historią.


Jak to u Urbanka, nie jest to biografia pomnikowa choć pisana z niewątpliwą sympatią do jej bohatera. Może to właśnie z tego powodu nie nazywa alkoholizmu Tuwima po imieniu (inna sprawa, że nie przybrał on takiej postaci jak u Broniewskiego czy Gałczyńskiego) a jedynie jakby mimochodem, między wierszami można wysnuć wniosek, że poeta "lubiał wypić".

Pewien niedosyt pozostawia wewnętrzny portret Tuwima a właściwie jego brak. Bo Urbanek opisuje poetę niejako "zewnętrznego", takiego jakiego widzieli go inni w życiu w jakimś stopniu publicznym - jaki był prywatnie, tak naprawdę nie wiadomo, ale nie musiał to być ten sam człowiek, którego znali inni. Taka wątpliwość nasuwa się choćby po tym jak Julian i Irena odmiennie przedstawiają atmosferę domu rodzinnego. Ma się wrażenie, że te wszystkie anegdoty, bon moty, które Autor bierze za dobrą monetę miały na celu budowanie wizerunku Tuwima a niekoniecznie wiele wspólnego z rzeczywistością. A rzeczywistość chwilami brutalnie "skrzeczy". Urbanek gładko przechodzi na przykład nad bardzo dwuznaczną, okazywaną poniewczasie troską o matkę pozostawioną na łasce obcych ludzi w okupowanej Polsce, mimo że "Książę poetów" przewidywał, jak sam twierdził, los Żydów, co jednocześnie wydaje się być potwierdzeniem "wylęknienia" poety. Po takich drażliwych kwestiach Urbanek wyraźnie się "ślizga" być może niechcąc zbytnio obciążać "hipoteki" Tuwima, która i tak dostatecznie była zaszargana jego stosunkiem do nowego, powojennego porządku w Polsce.

W porównaniu z nim Miłosz czy Szymborska, których ostatnimi czasy lustruje się na okoliczność stalinowskich koncesji, to uosobienia niezależności i wolności myśli. Nie udało się Autorowi dociec co było przyczyną takiej postawy poety. Nie można wykluczyć, że był to zwykły oportunizm, chęć odcinania kuponów od popularności, co było niemożliwe do zrealizowania na emigracji a z kolei oferowane na tacy przez komunistów - tak jak to miało miejsce w przypadku Słonimskiego czy Wańkowicza. Być może była to też w jakimś stopniu chęć "odkucia się" za napastliwe antysemickie ataki, których celem był w latach międzywojennych, "pokazania" i wzięcia rewanżu za wcześniejsze upokorzenia.

Ktoś złośliwy mógłby stwierdzić, że na tle osiągnięć naszego literaturoznawstwa w postaci postulatu badania metryk urodzenia, o co pośrednio niedawno upomniała się dr Elżbieta Janicka (Instytut Slawistyki PAN), przy okazji swojej wypowiedzi na temat "Kamieni na szaniec" - "przez 70 lat do powszechnej świadomości nie przebiła się informacja o żydowskim pochodzeniu innej ważnej dla pokolenia Kolumbów postaci z tej szkoły - Krzysztofa Kamila Baczyńskiego", że to właśnie dzięki antysemityzmowi prasy endeckiej  do powszechnej świadomości przebiła się informacja o pochodzeniu Tuwima.

Ale już bardziej serio - nie bagatelizując znaczenia tych napaści i ich odbioru przez poetę, który przecież miał poważne problemy psychiczne, to wydaje się, że niektóre zarzuty, które w książce przedstawione są jako przejawy antysemityzmu są, łagodnie mówiąc, mocno przesadzone. Chodzi przede wszystkim o utrącenie członkostwa w Polskiej Akademii Literatury z powodu pochodzenia Tuwima. Moim zdaniem, stawiany w tym kontekście zarzut instytucjonalnego antysemityzmu (członkowie PAL byli powołani przez Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego) słabo się broni ponieważ żydowskie pochodzenie jakoś nie było przeszkodą w uzyskaniu takiego członkostwa przez Juliusza Kleinera nie mówiąc już o Bolesławie Leśmianie. Zresztą musiałby to być szczególnego rodzaju antysemityzm skoro w tym samym czasie wiersze Tuwima były już szkolną lekturą (też przecież administracyjnie zadekretowaną) a Tuwim otrzymał Złoty Wawrzyn Akademicki (o czym zresztą Urbanek wspomina).

Innego rodzaju mankamentem są powtórzenia, nie są one zbyt częste ale jednak zdarzają się m. in. tak jak chociażby to dotyczące wydania "Balu w operze" i w niezbyt w końcu obszernej książce są jednak widoczne. Nie są to jednak wady, które rzutowałyby na całościowy obraz "Wylęknionego bluźniercy", moim zdaniem, napisanego z "iskrą Bożą", co sprawia, że książkę czyta się nieomalże z zapartym tchem. Polecam.