To przykre gdy jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza książka należąca do nurtu literatury obozowej przez ponad 70 lat nie znalazła czytelnika, a już na pewno czytelnika, który przeczytałby ją do końca. Tak... przyszło mi rozcinać kartki (zabieg dzisiaj, w odniesieniu do książki, czytelnikom nieznany) "Dymów nad Birkenau", trzeciego wydania, z 1946 roku, i pomyśleć, że książka miała trzy wydania w ciągu dwóch lat.
Szmaglewska mimo trzech lat spędzonych w obozie, nie opowiada o własnych przeżyciach, jako narrator jest kompletnie niewidoczna, choć to co opisuje dotyczy także jej - nie tylko dlatego, że zastrzega, że zamierza "podać wyłącznie fakty bezpośrednio zaobserwowane i przeżyte" ale przede wszystkim dlatego, że siła jej opisów nie pozostawia wątpliwości, że pisze o czymś, z czym się osobiście stykała. Ta jej pozycja narratorki budzi skojarzenia z "Z otchłani" Zofii Kossak, której za taki zabieg dostało się od Tadeusza Borowskiego i którą zresztą Szmaglewska dosyć enigmatycznie wspomina w swojej książce. Tyle, że Szmaglewska przedstawia może nie całkowicie inny, ale w każdym razie odmienny obraz obozu - to w czym obie pisarki jeszcze się zgadzają to niewyobrażalny prymitywizm warunków życia i jego brutalizacja, ale pozostałe akcenty są już jednak inaczej rozłożone.
Przede wszystkim, "Dymy nad Birkenau" mówią o załamaniu wolnościowego systemu wartości. Nie ulega wątpliwości, że "Birkenau staje się dżunglą, w której łatwo zgubić drogę. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak zareaguje na tę samą rzecz dziś, a jak jutro. Nikt nie jest w stanie powiedzieć jak reagować będzie jego sąsiad z lewej, a jak z prawej - bez względu na narodowość i rasę. Opadają łuski zasad, foremki dobrych obyczajów, które czasem w unormowanym życiu pozwalają człowiekowi-zeru przejść przykładnie przez wiele sytuacji nie dostrzegłszy, że jest zerem." a "wszystko, co słabe, delikatne, niezaradne, chore zasługuje na prześladowanie, jest zepchnięte i zdeptane". Bóg tu nie ingeruje, owszem wiara jest jakoś obecna jak wówczas gdy "widzieć można stare kobiety, które co wieczór w grozie ruchliwych płomieni mówią litanię za konających. To modlą się ludzie pozostający jeszcze na chwilę przy życiu za ginących w gazie ludzi." ale takich momentów u Szmaglewskiej jest niewiele. Nie ma też tego poczucia narodowej i religijnej odrębności, tak wyraźnego u Kossak. Nic tu nie jest dla nikogo zarezerwowane, nikt nie jest lepszy i nikt nie jest gorszy. Polki i Żydówki jako capo w brutalności i bezwzględności nie ustępują Niemkom. Owszem zdarzają się porządne ale "smutna to prawda, (...) stwierdzić ją trzeba, że funkcyjni wyrządzili więźniom Oświęcimia co najmniej tyle złego, ile wszyscy SS-mani razem wzięci, gdyż oni właśnie byli owym ślepym mieczem zadającym każdy ledwo zamierzony przez SS-manów cios." i od tej uwagi w książce niewiele można wyłuskać wyjątków.
Pytanie, co było przyczyną takiego zachowania wobec współwięźniów, czy prawdziwa natura człowieka, która w warunkach obozowych straciła swój polor, czy też jest to zachowanie "incydentalne" powodowane chęcią przetrwania za wszelką ceną, które ma zapewnić ochronę przed spełnieniem fatalistycznego "so wie so Brzezinka, so wie so Krematorium"?
Może rzeczywiście Conrad miał rację, twierdząc w "Jądrze ciemności", że człowiekowi brakuje tylko impulsu, okoliczności, które by odsłoniły jego prawdziwą naturę? Tyle, że o ile u niego oznaczało to cofnięcie się cywilizacji o prawie dwa tysiące lat, to rzeczywistość obozowa ma znacznie bliższe paralele. Gdy czyta się, że "nie wszyscy (...) mają siły podnieść się, podejść i przepchnąć się przed innymi do nielicznych kromek. Niektórzy nie zmieniając pozycji wyciągają tylko rękę i nie patrzą w stronę dzielących. Tyle razy dla nich zabrakło, tyle razy o nich, najsłabszych, zapomnieli silni, mający jeszcze moc walczyć o życie. Gdy zdarzy się, że w taką bezradną dłoń głodnego cienia-człowieka wsunie ktoś wreszcie kruszynę chleba on rękę porywa ku oczom, które rozwiera szeroko, i patrzy, dysząc w zdumieniu. Na twarzy jego widać zaskoczenie - i ból - i radość, oczy jak dwie żagwie przywarły do trzymanego w ręce chleba, cała twarz, jak zasugerowana, wymową wszystkich rysów skupiła się na tej kruszynie.", przypomina się scena z gaju śmierci, i uświadamiamy sobie, że to wcale nie musi być li tylko literacka fikcja, jak ją przywykliśmy traktować, oddalona w czasie i przestrzeni ale świadectwo tego co człowiek może uczynić z innym człowiekiem.
Cóż może być większym impulsem niż walka o życie? Nic dziwnego, że "czasem w kimś tworzy się sztuczna, zapożyczona od przestępców odporność, nie przebierająca w środkach umiejętność wychodzenia cało ze wspólnej niedoli, z pokrzywdzeniem innych, z zabezpieczeniem potrzeb własnych." To jest tylko upodobnienie się do tych, którzy ze swoim brakiem skrupułów i brutalnością lepiej sobie radzą w rzeczywistości obozowej, bo przecież znaleźli się w nim nie tylko niewinni ludzie, co jakoś podświadomie zwykliśmy przyjmować, ale także "długoletni kryminaliści, starzy przestępcy, karani czasem ponad trzydzieści razy za kradzież, fałszerze banknotów, eleganccy złodzieje hotelowi, bandyci, zboczeńcy, nierządnice, właściciele domów publicznych - ci przyjeżdżają z politycznymi, razem z nimi żyją traktowani jednakowo, razem idą do pracy i razem kładą się spać."
Szmaglewska porusza jeszcze jedną niewygodną kwestię, pisząc że "o wiele łatwiej "zadekować się" zdrowej i młodej niż chorej albo starej. Toteż wypędzane przez blokowe, idą w pole staruszki ciągnąc na chudych nogach ciężkie drewniaki, idą uśmiechając się pomarszczonymi twarzami do młodych, jakby przepraszały, że są mniej zwinne, że potykają się utrudniając marsz innym." nie stawia jednak "kropki nad i". Nie wyjaśnia, co to tak naprawdę oznaczało. Że "dekując się" jednostki silniejsze skazywały pośrednio jednostki słabsze i mniej zaradne, które musiały je zastąpić, na eskalację cierpień i śmierć. Tylko czy można w nieludzkich warunkach oczekiwać stosowania ludzkich kryteriów z normalnego życia? Czy można oczekiwać by każdy człowiek poświęcał się dla innego stawiając na szali swoje własne życie? Szmaglewska nie podejmuje tego wątku wskazuje jednak na postawy altruistyczne, które w tamtych warunkach urastają do rangi bohaterstwa, i to jest mimo wszystko, pocieszające.
