Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Conrad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Conrad. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 kwietnia 2019

W oczach Zachodu, Joseph Conrad

Znajomość pisarstwa Conrad utrzymywana jest dzisiaj metodą kroplówkową. Pewnie gdyby nie obecność na liście lektur "Lorda Jima" i "Jądra ciemności" (trzeba przyznać uczciwie, że dziatwa szkolna została rzucona, zwłaszcza w przypadku opowiadania Conrada, na bardzo głęboką wodę) Conrad nie byłby kojarzony nawet z nazwiska. Nie pomaga nawet hołd złożony pisarzowi przez Ridleya Scotta. Z jednej strony, nad twórczością Conrada unosi się duch abominacji "komuny" - by przypomnieć osławiony tekst Jana Kotta.


Niezależnie już od Conradowskiego poczucia wierności i honoru, które zupełnie nie pasowało do moralności socjalistycznej, jak Kott mógłby pochlebnie pisać o autorze, który uważa, że "w prawdziwej rewolucji najlepsze charaktery nie wysuwają się na czoło. Żywiołowa rewolucja wpada z początku w ręce ciasnych fanatyków i tyrańskich hipokrytów. Potem przychodzi kolej na wszystkich pretensjonalnych bankrutów umysłowych danego czasu. Tacy są jej wodzowie i kierownicy. (...) pominąłem zwykłych łotrów. Natury sumienne i sprawiedliwe, szlachetne, ludzkie i ofiarne, jednostki nieegoistyczne i inteligentne mogą rozpocząć ruch, ale on im się wymyka. To nie są przywódcy rewolucji. To są jej ofiary: ofiary rozczarowania, niesmaku, często wyrzutów sumienia. Wykoślawione i zdradzone nadzieje, skarykaturowane ideały - oto definicja rewolucyjnego zwycięstwa."

Z drugiej, jak brutalnie szczerze pisał Zdzisław Najder, Conradowi nie pomaga "widoczny kryzys etosu służby w dzisiejszym społeczeństwie polskim i równoczesna utrata roli wzorcowej przez warstwę inteligencką" i to, że "nie jest to pisarz, którego chętnie czytają dorobkiewicze i zwolennicy rozsądkowych kompromisów".

A jest przecież "W oczach Zachodu" powieścią, która może walczyć z "Lordem Jimem" i "Jądrem ciemności" o miano najwybitniejszego dzieła Conrada, a tym samym jednego z wybitniejszych dzieł literatury światowej. "(...) jest to rosyjska opowieść przeznaczona dla zachodnich uszu, które (...) nie są zdolne do uchwycenia pewnych tonów cynizmu, okrucieństwa i moralnej negacji, a nawet moralnej rozpaczy - tych tonów, jakie już ucichły w naszej części Europy [to znaczy zachodniej - przyp. mój]."  Pretekstem do jej napisania był zamach bombowy na ministra spraw wewnętrznych Cesarstwa Rosyjskiego Wiaczesława von Plahwe, dokonany 28 lipca 1904 r. przez Jegora Sazonowa choć prawie nic, z tego co pisał znajduje się w powieści nie pokrywa się z faktami. Ale mówiąc szczerze, nie musi.

Miarą dobrej książki jest trudność pisania o niej. Niby wiadomo co się czytało, o czym jest książka a jednak towarzyszy temu świadomość, że coś nam umknęło, a to co zdołaliśmy uchwycić błąka się tylko po poboczach tego co najistotniejsze. Przyznaję,  pierwsze spotkanie z "W oczach Zachodu" nie olśniło, zresztą to chyba ogólniejsza prawidłowość książek Conrada. Kończy się lekturę lekko zakłopotanym, z pytaniem, o co chodzi?, o co tyle zamieszania? Niby dzieło wybitne a dla mnie jest ono jak "miedź brzęcząca albo cymbał grzmiący" więc trochę zaniepokojony po kilku miesiącach zafundowałem sobie ponowną lekturę i dzisiaj już nie mam wątpliwości czemu "W oczach Zachodu" zaliczane jest do najlepszych powieści Conrada. 

Student mający szansę kariery się staje przed koniecznością dokonania wyboru, od którego zależy życie człowieka, który mu zaufał, a potem poznaje siostrę, tego którego zadenuncjował. Ach, cóż by to mógł być za materiał na bestseller! A tak co - jakaś powieść o rozterkach i tragedii. A mogło być tak pięknie; główni bohaterowie mogli pobrać się, mieć dzieci i żyć długo i szczęśliwie. Byłoby o czym pisać na blogaskach.

Tymczasem Conrad nicuje pobudki ludzkiego działania i stawia swego bohatera przed dylematami, na które nie ma łatwych odpowiedzi. Nie o to dzisiaj chodzi. Kogo obchodzi, co jest pobudką ludzkiej nikczemności, czy jest "to próżność, rozpacz, miłość, nienawiść, chciwość, mądra duma czy głupia zarozumiałość" i jaki jest rezultat konfrontacji "męki wyrzutów sumienia, zemsty, kajania się, gniewu, nienawiści, lęku" z pokusą zaznania miłości?

Traktuje się "W oczach Zachodu" jako powieść będącą polemiką z mitem "narodu bogonośćca" tak rozsławionym przez Dostojewskiego. I rzeczywiście, można tak je odczytywać, nie bez kozery jedna z postaci powiada "my Rosjanie jesteśmy bandą pijaków. Musimy się czymś upijać: szaleć ze zgryzoty lub rozrzewniać się rezygnacją; leżeć bezwładnie jak kłoda lub podpalić dom! I proszę mi powiedzieć, co trzeźwy człowiek ma tu do roboty?". Widać, że Conrad nie dał się uwieść histerycznym, miotanych emocjami bohaterom Dostojewskiego - "W swej pysze liczb, w swych dziwacznych pretensjach do świętości i w tajemnej gotowości do poniżenia się w cierpieniu, duch Rosji jest duchem cynizmu. Duch cynizmu wypełnia do tego stopnia oświadczenia rosyjskich mężów stanu, teorie rewolucjonistów i mistyczne przepowiednie proroków, że wolność wygląda na pewną formę rozpusty, a nawet same cnoty chrześcijańskie wydają się nieprzyzwoite...". A główny bohater książki "poczuł twardą ziemię rosyjską, martwą, zimną, nieporuszoną, niby ponura i tragiczna matka z zasłoniętą twarzą - poczuł ziemię ojczystą, ziemię własną - choć bez domowego ogniska, bez jednego serca!".

Drugim motywem, jest wspomniany już, krytyczny (delikatnie mówiąc) stosunek do rewolucji ("Alboż cała działalność rewolucyjna nie opierała się na szaleństwie, samooszukiwaniu i kłamstwach?") zasługujący na tym większą uwagę, że Conrad wykazał się tu darem profetyzmu (niestety) a na literackim gruncie przecierał szlak słynnemu "pojedynkowi" Rubaszowa i Iwanowa z "Ciemności w południe" Koestlera.

Jednak to co najciekawsze, to Conradowska walka o ocalenie samego siebie, własnego poczucia godności. Co powoduje przyzwoitym człowiekiem, że z premedytacją dokonuje fałszywego wyboru; strach o własną przyszłość i karierę, wściekłość na człowieka, który postawił go przed koniecznością dokonania takiego wyboru, czy może przekonanie o słuszności własnych idei? Każda decyzja pociąga za sobą kolejną i człowiek sam wikła się w sytuacje, w których normalnie nie powinien się znaleźć. Z jednej strony ma się świadomość samodzielności wyboru, z drugiej, poczucie własnej nikczemności. Na nic nie zdaje się samooszukiwanie i poszukiwanie usprawiedliwienia. Sumienia nie da się przekonać. Pragnienie uczciwości wobec samego siebie ciągle działa i nawet strach przed konsekwencjami nie pomaga na wyrzuty sumienia. Uczciwość wobec samego siebie przeważa i sprowadza katastrofę. Bohater Conrada jest po ludzku słaby. A Conrad nie stawia go w jednoznacznych czarno-białych sytuacjach, zawsze jest jakieś "ale", jednak na końcu i tak jest tylko jedna prawidłowa odpowiedź, do której ostatecznie dochodzi "i właśnie wtedy zrozumiał, że najzjadliwsze drwiny, najgorsze niegodziwości, że całe to szatański dzieło jego nienawiści i pychy nie zdołałyby nigdy przesłonić nikczemności życia jakie go czekało. Trzeba mieć charakter, aby dojść do takiego przekonania".

Co tu dużo mówić - WOW!

piątek, 30 listopada 2018

Tajny agent, Joseph Conrad

Cóż za nieconradowska powieść Conrada! Tematyka pisarstwa Conrada utożsamiana jest z problematyką wierności samemu sobie i etosu pracy, tymczasem „Tajny agent” tylko w niewielkim stopniu, jeśli w ogóle zahacza o te sprawy. Reszta dotyczy, jak sam pisze "pospolitej ohydy". Dzisiaj poziom absmaku jest mniejszy. Czasy i ludzie są bardziej cyniczni, a stara prawda, że "nie należy oglądać jak się robi kiełbasę i politykę" do nikogo już nie przemawia. Za sprawą wszechobecnych mediów możemy oglądać codziennie to co dzieje się w "masarni". 


Ale "Tajnego agenta" niekoniecznie trzeba traktować tylko jako polityczną powieść z myszką, choć bez dwóch zdań jako powieść polityczna często jest odbierana i za sprawą takiego odbioru należała w okresie minionej epoki do literatury „źle obecnej” (ale co trzeba uczciwie przyznać, że bywała wówczas także drukowana). 

Wiadomo, że zapewnienie Conrada na temat jego twórczości trzeba traktować z dystansem, zwłaszcza te które odwołują się do jego osobistych doświadczeń przelanych na papier. Według jego zapewnień także "Tajny agent" ma w nich swoje źródło, a wziął się z dyskusji z przyjacielem dotyczącej anarchizmu i zamachu terrorystycznego na obserwatorium astronomiczne w Greenwich. Poglądy Conrada są jasne, mówi o "przestępczej daremności anarchizmu, jego doktryny, działań i mentalności, jak również pożałowania godnej, na poły obłąkanej pozy bezczelnego oszusta, żerującego na bolesnych nieszczęściach i uczuciowej łatwowierności człowieka, (...)." 

I gdy czyta się powieść, nie ma co do tego wątpliwości, rzecz w tym, że w gruncie rzeczy to nie powieść o anarchizmie czy tytułowym bohaterze lecz jego żonie. Gdy zda się sobie z tego sprawę, dopiero widać jak kuriozalnie pobrzmiewają zarzuty seksizmu stawiane Conradowi. Feministki zapewne oburzą się, bo jakże to, przecież Winnie Verloc zbiera cięgi od życia. To nie ona jest tu demiurgiem. Ale przecież Conrad stworzył kobietę dokonującą wyborów, wyborów dramatycznych, ale zależnych wyłącznie od jej woli. To ona instrumentalnie traktuje małżeństwo nie jako zwieńczenie miłości lecz jako instytucję mającą zapewnić względne bezpieczeństwo jej upośledzonemu bratu. Trudno odmówić temu poświęceniu szlachetności ale Adolf Verloc pewnie byłby zdziwiony, podobnie jak każdy mąż, gdyby dowiedział się, że żona wyszła za niego za mąż, nie dla niego samego ale z pobudek, o których nie wspomniała przed ślubem ani słowem i o których nie miał pojęcia. 

Fakt, wydaje się, że pani Verloc nie oczekuje tak wiele za cenę rezygnacji z miłości - chce spokojnego, stabilnego i bezpiecznego życia. Jest jej obojętne, co robi mąż - nie docieka, nie wnika "pod powierzchnię zjawisk". Tak została wychowana i z tym jej w gruncie rzeczy dobrze (chyba). Rzecz w tym, że druga strona nic o tym "układzie" nie wie. Przyjmuje wszystko jako coś naturalnego, bez świadomości, że jego stosunki małżeńskie nie są tak oczywiste jak mu się wydaje.

Zawód jaki sprawił, katastrofa do której się przyczynił sprawia, że "układ" przestaje obowiązywać. Pan Verloc nie jest już potrzebny, nie spełnił swojej roli, choć nie wiedział, że taka mu została przypisana. W swojej naiwności sądził, że Winnie wyszła za niego za mąż dla niego samego, o sancta simplicitas! O męska naiwności! Widać, że nie czytał "Myszeidos" bo wiedziałby, że "my rządzim światem a nami kobiety".

Pani Verloc źle skalkulowała, dokonała złego wyboru a jej nadziej zawiodły. Poczucie bezpieczeństwa okazało się złudne. Karę za jej zły wybór i jego konsekwencje, owszem wymierzyła sobie sama, wcześniej jednak poniósł ją pan Verloc. Okazało się, że w kobiecie, którą mało kto by o to podejrzewał tkwią pokłady emocji, których nie potrafiła okiełznać, a które w ogóle nie pasowały do postawy, którą przybrała na użytek innych.

Co tu dużo mówić, świetna książka ale tylko dla tych, którzy lubią dobrą literaturę! 

niedziela, 4 listopada 2018

Joseph Conrad i narodziny globalnego świata, Maya Jasanoff

Stało się. Trzeba to zapisać kredą w kominie - na Festiwalu Conrada jednym z jego punktów była dyskusja tocząca się wokół książki poświęconej Conradowi - no, wreszcie coś się zadziało "w temacie" Conrada. Nie zaraz, żeby książka Mayi Jasanoff była kamienieniem milowym w poznawaniu pisarza i jego twórczości. Owszem, zaproponowała, jak głosi tytuł, osadzenie jej w kontekście globalizmu ale jest to mniej więcej tak samo intelektualnie nośne jak słynne spojrzenie Boya-Żeleńskiego na "Zemstę" poprzez pryzmat sytuacji robotników, którym nie zapłacono za pracę przy budowie muru. 


Robiono z Conrada seksistę, robiono rasistę, to i łatka protoglobalisty, że się tak wyrażę, pewnie mu nie zaszkodzi. Każdy kto czytał jago książki, wie że traktują one nie o narodzinach globalnego świata ale o tak archaicznych dzisiaj wartościach jak honor, wierność samemu sobie i poczucie obowiązku. Jednak w trakcie lektury to tytułowe osadzenie Conrada w narodzinach globalnego świata okazuje się trochę na wyrost, a książka Mayi Jasanoff jest po prostu zgrabnie napisaną biografią pisarza w wydaniu popularnym, przykrojonym pod strychulec politycznej poprawności. I tyle.

Jeśli ktoś czytał "Ducha króla Leopolda" Adama Hochschilda i którąś z nowszych biografii Conrada, nie mówiąc już o "Życiu Josepha Conrada-Korzeniowskiego" Zdzisława Najdera to w gruncie rzeczy, poza odnalezieniem "narodzin globalnego świata" w twórczości Conrada, niczego nowego tu nie znajdzie. Może to i jest najlepsza książka 2017 roku New York Timesa ale z pewnością nie jest to najlepsza biografia Conrada.

Książka jak klamrą, jest spięta wrażeniami Autorki z morskiej podróży do Kongo, która miała..., no właśnie, nie bardzo wiadomo co miała na celu - poczucie się jak Conrad, znalezienie jego śladów? Litości, to nie schyłek XIX ale początek XXI wieku. Te dwa okresy dzieli przepaść, także technologiczna, o której pisze zresztą sama Maya Jasanoff w odniesieniu do wypierania żaglowców przez parowce już za życia Conrada. Cóż można znaleźć w rejsie po Kongo z atmosfery rejsu sprzed 130 lat? Nawet nie będę próbował odpowiadać bo to pytanie retoryczne dla każdego, kto ma choćby minimalny zasób wiadomości o współczesnym świecie. No, ale to w końcu sprawa Mayi Jasanoff na co wydaje pieniądze i jak spędza czas.

Gorzej, że zajmuje czas czytelników dokładnie streszczając, niektóre z utworów Conrada, w stylu, jakiego nie powstydziliby się autorzy bryków. Nie bardzo wiem, jaki jest cel tego zabiegu, oprócz przyziemnego "nabijania" wierszówki, oczywiście. Nie wprowadza to niczego nowego ani do poznania życia pisarza ani do rozumienia jego twórczości. I tu dochodzimy do sedna, jak już wspomniałem Jasanoff powtarza banialuki - przy okazji omawiania "Jądra ciemności" - o rasizmie i seksizmie Conrada. Jej argumenty są tak - powiedzmy bardzo eufemistycznie - nieprzekonujące, że aż ręce opadają. Otóż przejawem rasizmu ma być to, że w opowiadaniu Conrad wspomina o wyszczerzonym, spiłowanych zębach Murzynów. A przecież niektóre plemiona rzeczywiście piłowały zęby, a ich członkom zapewne nie raz zdarzyło się wykrzywić twarz w grymasie. Od Mayi Jasanoff dowiedzieliśmy się właśnie, że wzmianki o tym są przejawem rasizmu. Najlepiej więc by chyba było, by Conrad nie wspominał o spiłowanych zębach.

Jeszcze lepiej jest z seksizmem - ci, którzy czytali "Jądro ciemności" być może pamiętają, że Marlow chcąc oszczędzić bólu narzeczonej Kurtza, nie mówi jej prawdy na temat śmierci narzeczonego i twierdzi, że ostatnim słowem zmarłego było jej imię. A to już, zdaniem Jasanoff, seksizm. Rzucenie w twarz zakochanej kobiecie brutalnej prawdy o człowieku, którego kochała, a który zginął i zostawienie jej samej z kolejną raną oto postawa "równouprawnieniowa". No, ale taki mamy teraz trend, wygląda na to, że można zostać seksistą przepuszczając w drzwiach kobietę.

Wreszcie przyszedł czas na tytułowe "narodziny globalnego świata". Otóż w książce Mayi Jasanoff pojawiają się one przy okazji "Nostroma", jej argumentację można sprowadzić, w dużym uproszczeniu, do tego, że w czasie powstawania powieści Stany Zjednoczone wykazywały duże zainteresowanie Kanałem Panamskim a odzwierciedlenie tego znajduje się także u Conrada, jako że Amerykanie pomagają secesjonistom z Sulaco. Rzecz w tym, że tego rodzaju "narodzin globalnego świata" można doszukiwać się na dużo wcześniej przed Conradem by przypomnieć choćby amerykańską wojnę o niepodległość 1775-83, ustalenie porządku w Europie w Wiedniu 1815 r., czy wojnę krymską 1853-56. Każde z tych wydarzeń było przecież wydarzeniem "multinarodowym", w które zaangażowane były państwa leżące daleko od pola konfliktu, w który się włączały choć wcale ich bezpośrednio nie dotyczył. Równie dobrze można by powiedzieć, że "W pustyni i w puszczy" dotyczy "narodzin globalnego świata" bo przecież ociera się o budowę Kanału Sueskiego będącego dla Brytyjczyków tym samym co Kanał Panamski dla Amerykanów.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Maya Jasanoff dostosowuje wymowę powieści do z góry przyjętej tezy. Nie kwestionuję istnienia w "Nostromo" elementów, na których skupia się Autorka "Josepha Conrada...", ale przecież nie bez kozery Conrad zatytułował powieść przezwiskiem głównego bohatera. Wiadomo, że każdy ma prawo do własnej interpretacji ale wydaje się, że są jakieś granice, w tym przypadku postawione przez samego Conrada, których nie powinno się ignorować.   

niedziela, 22 kwietnia 2018

Murzyn z załogi "Narcyza", Joseph Conrad

Wiadomo, że książki książki Conrada nie są jednowymiarowe i oprócz dosłownej warstwy jest w nich drugie dno i "Murzyn z załogi "Narcyza"" nie jest tu wyjątkiem. Wróciłem do niego po latach i nie dziwię się, że dzisiaj popada w zapomnienie, w niczym bowiem nie przypomina lekkostrawnych bestsellerów z cyklu "co tydzień nowy hit książkowy" czytanych z zapartym tchem. Twórczość Conrada ma to do siebie, że, łagodnie mówiąc, nie trzyma w napięciu i zapewne spora część czytelników podpisałaby się pod opinią inżyniera Mamonia "proszę pana, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Tak, proszę pana... Dialogi niedobre... Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje" odnosząc je do "Murzyna z załogi "Narcyza"", bo nawet gdy się coś w nim dzieje, to jakoś tak jakby nic się nie działo.


I mówiąc szczerze niespecjalnie byłbym tym zdziwiony, bo kto dzisiaj ma czas wgłębiać się jakieś stuletnie ramotki, żeby zrozumieć o co w tym chodzi. Może "Murzyn z załogi "Narcyza"" i jest arcydziełem ale gdzie mu tam do kolejnego tomu sagi i Lipowie Katarzyny Puzyńskiej czy czego tam jeszcze, co aktualnie króluje na blogaskach.

W sumie, niby wszystko jest w "Murzynie..." jest jasne; rejs powrotny do domu, przeciwności losu, śmierć jednego z członków załogi, szczęśliwy powrót pozostałych a w tym wszystkim tkwi marynarski etos. A jednak czuje się, że to nie o morską przygodę a na pewni nie tylko. Czerwona lampka zapala się już przy wstępie - "Do moich czytelników w Ameryce", który sprawia wrażenie jakby Conrad pisał o rzeczach, których był świadkiem. Tymczasem nic z tego, owszem Conrad służył na "Narcyzie" ale historia, którą przedstawia nie została, oględnie mówiąc, opisana z kronikarską dokładnością. W "Murzynie..." co najwyżej jest to swobodnie przetworzona historia, która wydarzyła się naprawdę, którą Conrad znał wyłącznie ze słyszenia.

Dwa są kluczowe momenty dla zrozumienia "Murzyna z załogi "Narcyza"", pierwszy to scena, w której stary wilk morski czyta ówczesny bestseller (i w której Conrad przy okazji "przejechał się" po autorze "Ostatnich dni Pompei") i drugi, to perora, w której ląd (niektórzy twierdzą, że chodzi tylko o Anglię) zostaje porównany do statku.

W pierwszym, prosty człowiek morza wydany jest na pastwę uczuć, z którymi w życiu nad którymi w swoim codziennym życiu w ogóle się nie zastanawia i które budzą w nim poczucie winy i niższości - "Jakież myśli budzą jego wygładzone i tak dziwnie nieszczere zdania w prostych umysłach dużych dzieci, co zaludniają owe mroczne, wędrowne zakątki ziemi? Jakie znaczenie mogą ich surowe, niedoświadczone dusze znajdować w wytwornym werbalizmie kart jego książki? Jaką podnietę - jakie zapomnienie - jakieś ukojenie? Tajemnica! Czyżby to była fascynacja rzeczy niezrozumiałych? Urok niemożliwości? Czy te osoby żyjące poza nawiasem życia wzruszają się tymi opowieściami jako niepojętym objawieniem błyskotliwego świata, który istnieje poza granicami hańby i plugawości, brudu i głodu, nędzy i rozpusty, co zewsząd zbiegają na brzeg nieskalanego oceanu i są jedyną rzeczą, jaką ci dożywotni więźniowie morza wiedzą o życiu i dostrzegają na dookolnym lądzie? Tajemnica!".

W drugim - "ciemny ląd leżał samotnie wpośród wód niby potężny okręt wygwieżdżony czujnymi światłami - okręt niosący brzemię milionów istnień, ładowny śmieciem i klejnotami, stalą i złotem. Piętrzył się ogromny i silny, strzegący bezcennych tradycji i niewymownych cierpień, mieszczący w sobie pełne chwały wspomnienia i nikczemną niepamięć, haniebną cnotliwość i wspaniałe występki. Wielki to okręt!".

Wygląda więc na to, że dla Conrada każdy człowiek na swój sposób jest marynarzem, a prozaiczne i twarde cechy tego zawodu stoją ponad współczuciem. Solidna praca i poczucie obowiązku, tak pospolite wygrywają z czymś, co wydawałoby się, zbudowane jest z lepszego kruszcu, a co okazało się "mocną, skuteczną i szacowną więzią sentymentalnego kłamstwa", którą wyzwolił tytułowy bohater "Murzyna z załogi "Narcyza""

środa, 1 marca 2017

Ocalenie, Joseph Conrad

Nie dziwię się, że książek Josepha Conrada nie ma na listach bestsellerów. Zrobił wszystko by się na nich nie znaleźć, choć przecież były czasy, gdy rozgrzewał publikę do białości, żeby przypomnieć jeden z najgłośniejszych krytycznoliterackich pojedynków Dąbrowska vs Kott. A dzisiaj? Dzisiaj nie do przyjęcia jest, że w powieści, w której miłość gra nie mniejszą rolę niż słynne "Conradowskie pojęcie wierności" nie pada żadne jej wyraźne wyznanie a w finale bohaterowie nie żyją długo i szczęśliwie. Tak, nie da zaprzeczyć, że to poważny mankament. I jeszcze ta niedookreśloność prozy Conrada. Niby podąża się za bohaterami z poczuciem, że mniej więcej się ich rozumie ale tak naprawdę pozostaje się z poczuciem niepewności wobec niemożności jednoznacznej oceny postaci. W takim "Ocaleniu" nawet tytuł okazuje się wieloznaczny i jest jest wdzięcznym polem do spekulacji o czyje (lub czego) ocalenie chodzi. 


Nie wątpię, że dzisiaj przypadkowe spotkanie kapitana statku i żony właściciela jachtu, który osiadł na mieliźnie gdzieś na Malajach, rodzące się uczucie między nimi z tłem w postaci malowniczych widoczków (zachody słońca nad morzem, piaszczyste plaże z palmami, śniedzi tubylcy) i dla ożywienia akcji, bitwami tubylczych plemion, nad którymi wisi cień potęgi i sławy dzielnego kapitana mogłoby być wyzyskane "bestsellerowo", a po blogaskach przez jakieś dwa tygodnie, może miesiąc, rozbrzmiewałby chór zachwytów. Ale na szczęście powieść Conrada to zupełnie inna kategoria dzięki czemu książka żyje znacznie dłużej niż trwa kampania marketingowa aktualnego czytelniczego hitu.

Inna rzecz, że przedstawiając problemy dla gimbazy zupełnie abstrakcyjne, książka skazana jest na status reliktu, czyli klasyki z wszystkimi tego konsekwencjami. Conrad podejmuje swój słynny temat wierności sobie, wierności wobec własnych przekonań i złożonych przyrzeczeń a więc tematykę w dzisiejszym świecie passé i zupełnie abstrakcyjną. O takich ludziach, jak główny bohater "Ocalenia" mówi się, że są nieelastyczni, a wiadomo, że tacy kariery raczej nie zrobią.

To poczucie wierności jest tak przemożne, że Tom Lingard nie waha się postawić na szali życia swego i innych, by dotrzymać danego słowa i nie na razić na szwank swego honoru. Cóż za zaślepienie! Tak, zdecydowanie był to człowiek "głuchy na subtelne głosy świata i ślepy wobec tajemniczych jego przejawów, który zawsze był gotów zmierzyć się z konkretną rzeczywistością, bez względu na warunki jak najbardziej nieoczekiwane, przerażające lub groźne, ale jak dziecko był bezbronny wobec ukrytych porywów własnego serca". I ta bezbronność go zgubiła. Przecież to takie takie proste, odwrócić się plecami widząc czyjeś kłopoty, może w odruchu dobrego serca, zdobyć się na słowa żalu i jakieś tłumaczenie. Owszem, przyrzeczenie pomocy, to piękna rzecz ale po pierwszym uniesieniu, gdy tylko głowa ostygnie, czas się wycofać. Nie trzeba się nawet tłumaczyć bo i przed kim, nie będzie się przecież biały tłumaczył przed jakimiś kolorowymi dzikusami. A tu nie dość, że bohater Conrada zabrnął w awanturę, która wcale go nie dotyczyła, to jeszcze nierozsądnie zainwestował swoje uczucie w kobietę, którą miał pecha przypadkowo spotkać.

Nie przeczę, Edyta Travers, bratnia dusza Izabeli Archer z "Portretu damy" nie tylko na nim zrobiła wrażenie, a i dla niej to było coś, co pozwoliło jej na częściowe choćby wyzwolenie, ze świata w którym się dusiła i który ją pętał. Poznanie Toma było dla niej czymś ożywczym, owszem "została pozbawiona wszystkich swych pewników i rzucona w świat pełen niemożliwości", konwenans zderzył się z pierwotnością, wyższe sfery z kompletnie różnym światem, podobno prymitywnym (ale nie dałbym głowy patrząc na intrygi nie mniej skomplikowane niż w świecie angielskiej arystokracji) ale przecież tego w gruncie rzeczy pragnęła. Do niej, tak jak i do Lingarda, stosuje się przekonanie, że "obietnica, dana przez szlachetnie urodzonego człowieka, żyje równie długo jak ten, co ją wypowiedział". Wszakże złożyła kiedyś obietnicę swemu mężowi, na którym się, poniewczasie, poznała. Mogłaby pójść za głosem serca, przeżywa przecież chwile uniesień, Tom ją fascynuje i pociąga ale przecież ona też kiedyś dała słowo. Musi wybierać - nieciekawy mąż, którego "udrękę tępego umysłu lękającego się instynktownie niejasności nasuwających możliwość nowych odkryć" widać jak na dłoni, człowiek, którego "zdumiewająca głupota jego pychy pozostała nietknięta" mimo, że tkwił w samym środku burzy i  mężczyzna, który olśnił ją sobą, i z którego czystości duszy i miłości zdawała sobie sprawę. Ale gdy Tom uzasadniając swoje postępowanie, mówił - "muszę dbać o swoje dobre imię. Na tym polega wszystko", tak i ona również musiała dbać o swoje dobre imię.

To co dla jej męża jest dziwacznością, ekscentrycznością, powodem do zażenowania z powodu zachowania Edyty, to dla tych, którzy mają otwarte oczy, umysł i serce, jest ona kobietą, z gatunku tych, które "są tęczowymi blaskami na twardej i ciemnej powierzchni ziemi" dla których "ludzie się trudzą na ziemi i pod ziemią; dla nich artyści wszelkiego rodzaju przeżywają natchnienia". Tylko co z tego, gdy okazuje się, że "nie uznawała absolutnie żadnych uczuć na świecie, prócz własnych" niezależnie od tego, jakie to były uczucia. To jest jej wyraz "pojęcia wierności", którym doprowadza do klęski Toma i przez który staje w jednym szeregu z własnym mężem, tą nieciekawą figurą, na której wartości już dawno się poznała. Po prostu wie, że należy do innego świata, którego porządek regulowany jest przez konwenanse, świata pozorów i kłamstw, które przyjmowane są za dobrą monetę. Ci, którzy usiłują się wyrwać "gubią się w labiryncie" prawdziwego życia i "kończą na tym, że nienawidzą samych siebie i umierają w rozczarowaniu i rozpaczy." Lepiej, już być tam gdzie się jest i próbować zapomnieć.

Conrad w szczytowej formie.

sobota, 5 marca 2016

Szaleństwo Almayera, Joseph Conrad

Jak to miło mieć przekonanie, że wie się o czym pisze jeden z najwybitniejszych pisarzy na świecie. Taką szansę daje czytelnikowi "Szaleństwo Almayera". Nie ma tu tego niedopowiedzenia z "Jądra ciemności", które pozostawia pole do domysłów mniej lub bardziej trafnych, pozostawiając czytelnika ostatecznie i tak w stanie niepewności co słuszności własnych sądów. Gdyby Conrad wydał "Szaleństwo Almayera" współcześnie i zamiast na Malajach umieścił akcję powieści w Toskanii, Yorkshire albo chociaż na Mazurach, to miałby szansę na to by książka trafiła na listę bestsellerów. Oczywiście, pod warunkiem, że okroiłby ją z tych wszystkich dylematów swoich bohaterów. Tak, to mógłby być całkiem niezły romans, a tak co? Książka, która zmusza czytelnika do myślenia. Niewybaczalne!


Bo co tu mamy? małżeństwo z wyrachowania; z jego strony upokorzenie, nienawiść i żądza bogactwa, z jej strony upokorzenie, nienawiść i pogarda. A przecież, człowiek, który to małżeństwo zaplanował wyobrażał sobie, że tworzy wspaniały związek. Tak to jest jeśli żywi się przekonanie, że wie się wszystko najlepiej i uzurpuje sobie prawo do budowania szczęścia innych według własnych wyobrażeń. Ale przecież nie jest też tak, że Almayer i jego żona byli ubezwłasnowolnieni. To przecież do nich i tylko do nich należała ostateczna decyzja, którą podjęli unieszczęśliwiając się nawzajem. Dziwne, że tytułowy bohater widząc co stało się z jego małżeństwem, usiłuje powtórzyć to czego padł ofiarą, planując życie własnej córce. Ale jego nieszczęśliwy związek to przecież tylko drugoplanowy wątek damsko-męski. Oprócz tego jest też przecież nieodwzajemnione, zawiedzione uczucie i miłość, która zanim znajdzie szczęśliwy finał (wreszcie coś sensownego!) musi sprostać licznym przeszkodom. Ale nawet wszystkie razem te perypetie uczuciowe nie mają szans z tym, co u Conrada najważniejsze, postawą tytułowego bohatera traktującego swoje idee fixe jako coś oczywistego także dla innych i niemogącego pogodzić się z odkryciem, że jego marzenia nie okazują się marzeniami najbliższej mu osoby.

Okazuje się, że to, że sam poddał się woli innych, wcale nie oznacza, że inni będą poddawali się jego woli. Taki jest los miernot żyjących marzeniami i nieumiejących pokierować własnym życiem, a co dopiero mówić o czyimś. Co z tego, że wydawało się Almayerowi, "że cały świat do niego należy. Ale świat trzeba było wpierw zdobyć, a zdobycie to nie było tak łatwe, jak mu się zdawało". Ale to, że przegrywa rywalizację z innymi nie jest jeszcze ostateczną przyczyną jego klęski. Ciągle tkwi w nim marzenie, z którego nie rezygnuje. Ostateczny cios zadaje mu własne dziecko. Nic nie zdarza się dwa razy i Almayer odczuł to na własnej skórze. Marzenia jego córki nie okazały się jego marzeniami i w przeciwieństwie do niego i swojej matki miała siłę, jakiej im swego czasu zabrakło by przeciwstawić się planom, które stawały w poprzek jej szczęściu, tak jak ona je rozumiała.

U podłoża tego nieszczęścia leży rasizm. Pragnienie wyjazdu do Europy, można powiedzieć, że dziedziczne, Europy, która jest dla Almayera ziemią obiecaną, gdzie byłby wśród swoich i wyzwolił się z obecności dzikich i z myślą o realizacji tego pragnienia godzi się znieść poniżenie, jakim jest małżeństwo z Malajką. A musiało być to poniżenie niewyobrażalne bo przecież nie załamuje go świadomość, że opuściła go córka lecz fakt, że nad miraż Europy wybrała małżeństwo z "dzikim". Staje się wówczas w jego oczach nie ukochaną córką lecz Metyską, mieszańcem, a wiadomo, czego się można spodziewać po kolorowej.

O co więc tak właściwie chodzi Almayerowi? Czy chodzi mu o córkę, czy o siebie? W jego oczach, córka zawiodła związane z nią nadzieje więc tak na prawdę nie myśli o jej przyszłości lecz o tym jak on będzie ją urządzał. A tu okazuje się, że ona nie pozwala się traktować jak plastelina w jego rękach. Chce sama decydować o swojej przyszłości. Jak mogła mu to zrobić?! Nie mógł jej tego wybaczyć, nie taka słaba natura jak on.

To, co dzisiaj wydaje się mało pociągające, egzotyczny anturaż Malajów, wówczas gdy powieść Conrada ukazała się po raz pierwszy (1895 r.) było czymś atrakcyjnym dla czytelników i w powieści zostało wykorzystane znacznie poważniej niż tylko tło. Conrad bowiem, co w tamtym okresie wcale nie było takie oczywiste, postawił znak równości pomiędzy białymi i kolorowymi, dostrzegając w nich ludzi poddanych takim samym emocjom jak my, których świat uczuć nie różni się od świata uczuć białych, bo jak pisał w przedmowie to "tylko wobec okrutnie pogodnego nieba, w bezlitosnym blasku słońca oślepione oko nie dostrzega subtelnych szczegółów, widzi jedynie grube zarysy, podczas gdy barwy w niezmiennym świetle wydają się surowe i bez wyrazu. A jednak jest to ten sam obraz".

niedziela, 13 grudnia 2015

Smuga cienia, Joseph Conrad

"Smuga cienia" chodziła już za mną od dawna, jako że tytuł powieści Conrada "wybił się na niepodległość" kojarząc się z pasmem smutku a byłem ciekaw, czy i ewentualnie na ile, to co "funkcjonuje w obrocie" oderwało się, podobnie jak w przypadku "Nostromo" od źródła. W trakcie lektury zainteresował mnie jeszcze kontekst książki. Znamienna jest dedykacja dla syna, który na ochotnika zgłosił się do wojska i walczył we Francji (oczywiście w czasie I wojny światowej - to dla niezorientowanych) i podtytuł "Wyznanie". Światło rzuca na to przedmowa, w której Conrad chce powiedzieć, zachowując oczywiście proporcję wagi zdarzeń, że istnieje pewna analogia doświadczeń każdego młodego człowieka, który musi stawić czoła nie tylko namacalnemu niebezpieczeństwu ale także czemuś nieuchwytnemu i dopiero sprostanie takiemu wyzwaniu czyni z niego osobę dojrzałą.

 
Prawdę mówiąc, Conrad trochę przesadził trochę z tym "Wspomnieniem", bo ani jego poprzednik nie był tak demoniczny, ani stan załogi tak zły ani nawet żegluga nie była tak szybka to wynikło z książki, ale przecież w końcu to nie autobiografia choć przedmowa, o której wspomniałem zdaje się sugerować coś innego. Własne przeżycia zostały nie tyle opisane w powieści, co zostały przez Conrada twórczo wyzyskane i udramatyzowane, co może budzić "mieszane uczucia" biorąc pod uwagę dedykację dla Borysa.

W każdym razie, jakby nie patrzeć "Smuga cienia" jest opowieścią o młodym, dobrze zapowiadającym się człowieku, który zdecydował się zrezygnować z kariery w marynarce. Czekając na statek, którym mógłby zabrać się z Indochin do Europy, otrzymał niespodziewany awans na kapitana statku, którego poprzedni dowódca zmarł. Uszczęśliwiony propozycją, zmienia swoją decyzję i obejmuje dowództwo a w czasie swojego pierwszego rejsu musi stawić czoło przeciwnościom, których się nie spodziewał.
 
Tytułowe określenie pada w powieści tylko raz, na początku książki - "Postępujesz naprzód, a twoim śladem nieodstępnie i niepostrzeżenie posuwa się czas. Aż przychodzi chwila, w której spostrzegasz przed sobą smugę cienia ostrzegającą cię, że dzień pierwszej młodości dobiegł już do końca." Wydaje mi się jednak, że to coś więcej niż przejście z okresu młodzieńczego do dorosłości bo Conrad pisze, że "to, co ogarnia cię niewysłowionym urokiem, to właśnie zetknięcie się z powszechnym doświadczeniem, od którego oczekujesz jakichś szczególnych lub zupełnie osobistych wrażeń - odrobiny czegoś własnego". Chodzi tu więc o bardziej o jakieś "mistyczne poczucie związku z "dynastią"" (w tym przypadku kapitanów statków), dołożenie własnej cegiełki do doświadczenia poprzedników, których życie zbudowało etos zawodu. Ale zaryzykowałbym twierdzenie, że nawet takie wyjaśnienie nie oddaje istoty "Smugi cienia".

Owszem, to zestawienie naszego działania z doświadczeniem naszych poprzedników, którzy wywarli swoje piętno na tym z czym przyszło się nam borykać ale w konfrontacji z przeciwnościami i to nie każdymi, lecz także tymi którym nie można nadać materialnego kształtu. Główny bohater książki walczy przecież nie tylko z czymś co ma realny wymiar - epidemią panującą wśród załogi i przeciwnościami pogody ale także z pamięcią o poprzednim dowódcy. Progiem naszej dorosłości/dojrzałości nie jest więc stawienie czoła jako określonemu niebezpieczeństwu. Dopiero konfrontacja z piętnem pozostawionym przez innego, z fatum ciążącym nad załogą i statkiem stanowi ten Rubikon, a to coś znacznie gorszego niż namacalne przeciwności, którym można spojrzeć w twarz - to walka z cieniem, z czymś co istnieje tylko w wyobraźni człowieka, z czymś co jest nieuchwytne a czego istnienia nie da się jednak zaprzeczyć.

Co prawda główny bohater i jednocześnie narrator jest rzeczowy do bólu, całkowicie odrzuca zabobonną wiarę swego pierwszego oficera przekonanego o skuteczności klątwy rzuconej przez poprzedniego kapitana statku ale w gruncie rzeczy jest to odrzucenie werbalne. Głośno nie przyjmując jej do wiadomości, w gruncie rzeczy jest na najlepszej drodze do uwierzenia w nią. Wszak po zwycięstwie nad przeciwnościami losu wyraźnie mówi o pokonaniu złośliwego upiora, przełamaniu złego uroku i zdjęciu klątwy choć Conrad wyraźnie zastrzega, że "cokolwiek podlega władzy naszych zmysłów, musi być naturalne i, jakkolwiek wyjątkowe, nie może się różnić w swojej istocie od wszystkich innych przejawów widzialnego i dotykalnego świata, którego jesteśmy świadomą cząstką".

Mnie jednak bardziej niż główny bohater zaintrygowała tajemnicza postać jego poprzednika. Wiemy o niej tylko tyle co przekazał Burns, a nie wiadomo na ile można mu wierzyć, jedną fotografię i podejrzenie o zamianę chininy. Ale nawet z tych ułamków informacji wyłania się postać dramatyczna, znacznie ciekawsza niż narrator - człowiek rozdarty pomiędzy miłością o poczuciem obowiązku, który dla zdobycia względów ukochanej kobiety, ryzykuje zdrowie załogi a tęsknotę zabija narkotykami. W którym, w chwili impulsu zwycięża co prawda poczucie obowiązku unieszczęśliwiając go jednak i budząc w nim pragnienie zarówno samounicestwienia, jak i zagłady statku, który stanął pomiędzy nim a kobietą, którą kochał. To jednak tylko hipoteza, a o jej prawdopodobności musielibyście już sami się przekonać.

Co tu dużo mówić, prawdziwa Conradowska proza!

wtorek, 9 września 2014

Życie Josepha Conrada-Korzeniowskiego, Zdzisław Najder

Ciekawe ile osób zgadłoby, że "Korrcuiwski", "Korgemourki" i "Konkorzentowski" to ta sama osoba - Józef Teodor Konrad Korzeniowski? Spis radosnej twórczości w traktowaniu jego nazwiska przez cudzoziemców mógłby być zabawną lekturą - ale to nie jedyny pożytek płynący z biografii Conrada pióra Zdzisława Najdera. To dwa spore tomy, które trochę mogą są objętością zniechęcić czytelnika ale warto poświęcić im czas, bo to biografia w "starym, dobrym stylu", bez tego całego postmodernistycznego zadęcia, często jawnie sprzecznego ze zdrowym rozsądkiem. 


Może też i dlatego "Życie ..." czyta się bez trudu, choć trzeba to też uczciwie powiedzieć i bez specjalnego zachwytu. Ani Zdzisław Najder nie jest złotousty ani też nie są to Urbankowe historie opowiadające o życiu luminarzy polskiej poezji poprzez pryzmat anegdoty i skandalu, które czyta się łatwo i przyjemnie ale za to jest to solidna praca, pisana sine ira et studio, bez przyjętej z góry tezy i wyraźnej sympatii czy antypatii, tak że trudno nawet powiedzieć czy Najder swojego bohatera lubi czy nie.

W każdym razie mimo, że Korzeniowski "wielkim pisarzem był" nie jest to biografia pisana na kolanach a jednocześnie czytelnik nie jest epatowany wątkami sensacyjnymi, a nie wątpię, że dałoby się w ten sposób wyzyskać chociażby znajomość z "wujenką" - Marguerite Poradowską, jego dosyć niespodziewany ożenek z Jessie George, która mówiąc eufemistycznie nie była dla niego partnerem intelektualnym czy atak Orzeszkowej na pisarza. Zdzisław Najder nie znęca się też nad "podrasowaniem" przez niego własnej biografii, widząc w tym przede wszystkim "mechanizm psychiczny, który skłaniał Conrada do autobiograficznych fantazji; było to podciąganie przeszłości do poziomu tworzonej z wysiłkiem wizji sensu własnego życia".

"Życie ..." jest biografią w ścisłym tego słowa znaczeniu, w której czytelnikowi darowane są wypełniacze stron w rodzaju opisu epoki, z czego korzystają często autorzy, którzy nie mają za wiele do powiedzenia o bohaterze ich książki czy analiza dzieł Conrada. Książka oczywiście nie abstrahuje od nich. Traktuje jednak o nich prawie wyłącznie w kontekście życia Korzeniowskiego, mierząc się przy okazji z mitem ich autobiograficzności. W rezultacie z "Życia ... " wyłania się postać bardzo niejednoznaczna. Człowiek dla którego praca i obowiązek, na każdym etapie jego życia były wartością naczelną, czemu dawał wyraz nie tylko w twórczości ale także  w prywatnej korespondencji - "Kiedy się dobrze zrozumie, że człowiek sam przez się jest niczym i że jest wart ani mniej, ani więcej, tylko tyle, ile warta jest jego praca, uczciwie wykonana, w uczciwym celu i ściśle w granicach obowiązków społecznych - dopiero wówczas staje się panem własnego sumienia i ma się prawo do miana człowieka." 

Z takim podejściem zaskakująco kolidowało prawie permanentne życie Conrada ponad stan, które o ile uchodziło jeszcze w kawalerskim stanie i było finansowane przez wuja to po założeniu rodziny było źródłem nieustającej frustracji a wynikało z "trzech czynników: polskiego "zastaw się, a postaw się", osobistej nieumiejętności liczenia się z groszem oraz milczącej presji otoczenia, która kazała ludziom "z towarzystwa" naśladować w Anglii styl życia dostatniego mieszczaństwa - jeśli nie chciało się oficjalnie zlecieć w przepaść biedoty, "o której myśleć się nie da"." Wieczna pogoń za pieniędzmi sprawiała, że jego korespondencja w sprawach finansowych daleko różniła się od postawy jego bohaterów bo "prezentuje żenującą niekiedy mieszankę poczucia upokorzenia i urażonej dumy z przebiegłością, pokorą i chęcią uzyskania jak najprędzej jak największej sumy". A do tego dochodziło jego przewrażliwienie na punkcie własnej osoby i twórczości, stany depresyjne i zmiany nastrojów, co razem składa się na postać daleką od "pracownika morza", którego w swoim wyobrażeniu widzimy jako niezłomny monolit.

Jest jeszcze jeden szczegół, który z taką wizją człowieka koliduje - otóż Conrad mimo, że nie wypierał się swoich polskich korzeni, nigdy też specjalnie się z nimi nie afiszował. Żaden z bohaterów jego książek nie jest Polakiem - "bohatera Polaka z różnych powodów brać nie chciał; zmuszałoby to do rozdrapywania ran i przykrego obnażania się przed czytelnikami.", co brzmi znacznie bardziej przekonująco niż argument o nieatrakcyjność tematyki wschodnioeuropejskiej dla anglosaskich czytelników, zważywszy że w tym samym czasie Sienkiewicz ze swoją "zaściankową" tematyką był najpopularnieszym polskim pisarzem w Europie i Ameryce.

Z drugiej strony jeśli Conrad przedstawiał Rosjan, to w niekorzystnym świetle, bo Rosja dla niego to"współczesne wcielenie azjatyckiego, tataro-bizantyjskiego barbarzyństwa. Moskale nie stanowią narodu: są zbiorowiskiem, trzymanym w ryzach przez "hosudarstwo", system państwowy" a "państwo rosyjskie przedstawiał jako miażdżące poddanych monstrum, pozbawione zarówno historycznych uzasadnień jak i możliwości ewolucyjnego rozwoju." No i jak się okazuje jego diagnoza po upływie wieku ciągle pozostaje zaskakująco aktualna.

Zdaniem Zdzisława Najdera stosunek pisarza do Polski był wynikiem tego, że jak on sam pisał "patrzę na przyszłość z otchłani najczarniejszej przeszłości i widzę, że nie jest mi dozwolone nic prócz wierności sprawie zupełnie straconej, idei bez przyszłości". Jest to oczywiście jakieś wytłumaczenie ale i tak pozostaje jakieś poczucie niedosytu i żalu, że najwybitniejszy polski pisarz został nie pisarzem polskim lecz angielskim.

Raczej dla zainteresowanych Conradem. 

niedziela, 3 sierpnia 2014

Lord Jim, Joseph Conrad

Jaki chłopiec w dzieciństwie nie marzył o dokonaniu bohaterskich czynów? To nic, że z biegiem lat okazywało się, że nie było okazji uratować nikogo z topieli ani z pożaru, nie udało się odkryć skarbów ani wygrać bitwy, "a to, co zdobywamy ... ech, lepiej zamilczę o tym; ale któż z nas zdoła powstrzymać wobec młodzieńczych wspomnień?" Ale nie wybrałem powieści Conrada żeby snuć wspomnienia z własnej młodości lecz ze względu na 70 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego bo przecież jednym z elementów powstańczego etosu była Conradowska wierność zasadom, a kto jest jej lepszym przykładem jak nie tytułowy bohater "Lorda Jima"?


Zastanawiałem się na czym polega fenomen powieści Conrada - może na tym, że tak jak często w życiu szlachetność przegrywa z nikczemnością, a może na tym, że jest to opowieść o "jednym z nas", przedstawionym w - o, zgrozo! - ciągle żywym, tradycyjnym, konserwatywnym wymiarze, w którym postawa mężczyzny wymyka się możliwościom zrozumienia jej przez kobietę.

Nie dziwię się snuciu paraleli pomiędzy postawą powstańców a bohaterem "Lord Jima", wszak byli zbliżonym wieku, wychowani na tych samych wartościach, dla nich nie było abstrakcją stwierdzenie, że "każde źdźbło trawy ma swoje miejsce na ziemi, skąd czerpie życie i siły; i tak samo człowiek jest wrośnięty w kraj, z którego czerpie swą wiarę wespół z życiem", rozumieli wartość "staroświeckich imponderabiliów", które nie były dla nich tylko abstrakcyjnymi pojęciami -  "Ale honor, honor, proszę pana ... Honor! ... To, to jest rzeczywiste, to, to naprawdę istnieje! A co życie może być warte, jeśli ... - (...) - ... jeżeli honor jest stracony (...)" i co do których nie uznawali kompromisów - "cnota jest jedna na całym świecie i jedna jest tylko wiara, jeden należyty sposób kierowania życiem i umierania."

Dzisiaj Jim ze swoim romantyzmem pewnie miałby niewielkie szanse na zrozumienie, przez jednych skazany na wieczyste potępienie za chwilę nadmiernej troski o własne życie, a żadna "kara za bohaterskie rojenia jego imaginacji, pokuta za pożądanie chwały, której nie był w stanie udźwignąć" nie byłaby dla nich zapewne wystarczająca.  Dla drugich byłby prawdopodobnie nieszkodliwym dziwakiem pozbawionym trzeźwego, pragmatycznego spojrzenia na świat, i zupełnie nie doceniliby oni jego odwagi stanięcia twarzą w twarz z konsekwencjami własnego czynu, który w gruncie rzeczy tak na prawdę niewielu obchodził.

A przecież cała jego postawa wydaje się tak po ludzku jak najbardziej zrozumiała. Z pewnością nie jest chwalebne tchórzostwo i pozostawienie na pastwę losu, na pewną wydawałoby się śmierć setek ludzi, których powierzono jego opiece. I nie jest żadnym usprawiedliwieniem tego czynu ani to, że sami nie wiemy jak byśmy postąpili na jego miejscu ani tym bardziej to, że nie był w "pogotowiu". Ale czy poszukiwanie odkupienia hańby nie jest dostateczną pokutą?

Fakt, Jim jest egocentryczny, jeśli o to chodzi to nic się ani przed i ani po nie zmieniło. Tyle jednak, że o ile wcześniej "serce miał pełne szlachetnych porywów, a w myśli rozważał swą wyższość" i "myśli jego były przepełnione walecznymi czynami: kochał te swoje marzenia i sukcesy urojonych czynów", to po tym gdy uświadomił sobie jak to "niemiło się przekonać, że człowiek nie może urzeczywistnić swego marzenia, bo ma za mało sił albo mało zdolności" stał się tylko maruderem  tęskniącym "bez ustanku za swym utraconym skromnym miejscem w szeregach", w których nikt nie odczuwał jego braku i do których powrotu nikt go nie wzywał.

Jego życie stało się pasmem ciągłego udawadniania, że jest "jednym z nas", że należy do ludzi, "których istnienie opiera się po prostu na uczciwej wierze i instynktownej odwadze. Nie chodzi mi o odwagę wojskową ani odwagę cywilną, ani żaden specjalny rodzaj odwagi. Mam na myśli tę wrodzoną zdolność do spojrzenia pokusie prosto w oczy - gotowość bynajmniej nie intelektualną, lecz pozbawioną pozy odporność, być może, wyzbytą wdzięku, ale bezcenną - instynktowną i błogosławioną, nieugiętość wobec zewnętrznych i wewnętrznych trwóg, wobec potęgi przyrody, wobec kuszącego ludzkiego zepsucia - nieugiętość popartą przez wiarę, która nie ulega sile faktów, niedostępna jest dla zarazy przykładu, dla ponęt idei."

I udowodnił to, ale ta nieugiętość i wiara w to, że posiada się monopol na jedynie słuszne rozumienie ludzkiej natury stały się przyczyną kolejnej katastrofy, "surowej nauki, odwetu, przejawu jakiejś ciemnej i utajonej cechy ludzkiej natury, który niestety nie leży w nas tak głęboko pod powierzchnią, jakbyśmy radzi to sobie wyobrażać" tym razem o nieodwracalnych skutkach i z której chyba też nie wyciągnąłby właściwych wniosków. Cóż z tego, że poniósł tego, także nieodwracalne konsekwencje? Jego śmierć nie mogła naprawić skutków jego błędu, nie wróciła życia żadnej z ofiar i była marnym pocieszeniem dla ich bliskich, jednak paradoksalnie może dlatego "wydaje się większy i bardziej żałosny w osamotnieniu swego ducha".

niedziela, 26 maja 2013

Jądro ciemności, Joseph Conrad

Spóźniłem się na najciekawsze książki w Klubie Czytelniczym Czytanek Anki, a że na dodatek niedawno w czasie odwiedzin u Lirael zgadało się o tłumaczeniu Magdaleny Heydel więc postanowiłem przypomnieć sobie jej wersję opowiadania Conrada i odpowiedzieć, na pytania Anki, które wcześniej mnie ominęły, chociaż skrótowo bo każde z nich zasługuje na osobny post.


"1. Co dzisiaj tj. po ponad 100 latach od chwili ukazania się "Jądra ciemności" książka ta ma do zaoferowania czytelnikom? Lektura ponadczasowa czy relikt przeszłości? (...)

Wiadomo, że "Jądro ciemności" można odczytywać na dwa zasadnicze sposoby; pierwszy, dosłowny, jako "przygodową" ponurą historię bez happy end'u, drugi, jako rozważania na temat ciemnej strony ludzkiej natury. W tym pierwszym ujęciu wypada ono dosyć słabo i trudno się temu dziwić.  Nie ma w nim ani wartkiej akcji, ani scen mrożących krew w żyłach a wątku romansowego właściwie można się tylko domyślać, nie ma więc tego co zawsze wzmacnia atrakcyjność fabuły, tak że w konsekwencji nie ma co ukrywać - bywają ciekawsze opowiadania przygodowe i nawet Sienkiewicz ze swoim "W pustyni i w puszczy" w tej dziedzinie przebija opowiadanie Conrada.

To co stanowi o wartości "Jądra ciemności" i zapewniło mu trwałe miejsce wśród najwybitniejszych dzieł literatury światowej to możliwość jego "głębszego" odczytania jako rozważania o istocie ludzkiej natury. Opis stosunków panujących w Wolnym Państwie Kongo Leopolda II oprócz waloru historycznego ma wymiar ponadczasowy jako prawda o człowieku, w którym poczucie władzy, wyższości i bezkarności łamie wszelkie hamulce. Ta ponadczasowość nie jest tylko pustosłowiem bo wszakże i w naszej literaturze istnieją przykłady kiedy kultura i polor "cywilizacji" w pewnych okolicznościach ustępują poczuciu władzy (vide sędzia Antoni Kossecki jako kapo w "Popiele i diamencie"), nie mówiąc już o tym, że motyw idei jako usprawiedliwienia czynów można odnaleźć też w rozważaniach Arendt w "Eichmannie w Jerozolimie".

2. Czy Conrada można (były takie głosy) oskarżać o rasizm i seksizm?

Zarzut rasizmu zdumiewa - może nie w przypadku Achebe, który podniósł go jako pierwszy i określił Conrada mianem "cholernego rasisty", bo można ostatecznie zrozumieć Murzyna, który ma świadomość, że garstka białych, podbija olbrzymie terytorium zamieszkałe przez miliony czarnych w przeciągu zaledwie kilku lat a najpoważniejszą przeszkodą jaką spotykają na swojej drodze jest przyroda.

Trzeba wiele złej woli by w ogóle taki zarzut postawić Conradowi na tle "Jądra ciemności". Wszakże z obrazu odmalowanego w opowiadaniu nie da się dobrego słowa powiedzieć o białych, których Marlow spotyka w Afryce na swojej drodze. Wszakże nazywa on "kretynami" swoich białych kolegów gdy odpływając ze stacji Kurtza otwierają ogień do czarnych. Czy to możliwe by biały, główny bohater opowiadania napisanego przez rasistę "bicie w bębny" pomylił "z biciem własnego serca" a "głębokie, osobiste spojrzenie" umierającego Murzyna miał "w pamięci niczym dowód dalekiego pokrewieństwa, potwierdzonego w rozstrzygającym momencie." Jakoś nie mogę w tym dostrzec przejawów rasizmu.

Dostrzegam natomiast u Conrada potępienie poniżenia drugiego człowieka niezależnie do koloru skóry. Jeśli weźmie się pod uwagę jeszcze "Placówkę postępu", drugie z "kongijskich" opowiadań Conrada to jest to wyjątkowo jasne.

Jeszcze większym nieporozumieniem jest oskarżenie Conrada o seksizm.  Słaby to zarzut i pełen złej woli by nie powiedzieć wprost - głupi. Polemika z nim to trochę jak udowadnianie, że Conrad nie jest on wielbłądem, zwłaszcza że przejawem seksizmu miałoby by być w "Jądrze ciemności"  oszczędzenie kobiecie gorzkiej prawdy, która i tak już do niczego nie prowadzi oraz zwrócenie się o pomoc w ostateczności, gdy wszystkie inne sposoby zawiodły o pomoc do kobiety. Jeśli to jest seksizmem, to mam wrażenie, że z tego powodu na świecie gwałtownie wzrośnie ilość seksistów.
3. Czy potrzebny był zabieg "opowieści w opowieści": osią "Jądra ciemności" jest historia opowiedziana przez Marlowa, tymczasem tenże Marlow jest w rzeczywistości jedną z postaci, o których mówi narrator wszechwiedzący?

Zestawienie historii zdarzeń z przeszłości i relacji narratora nadaje głębszy wymiar opowiadaniu. Bez trudu można dostrzec, że motyw jądra ciemności nie jest zarezerwowany tylko dla odległej i tajemniczej dziczy Konga bo widzimy przecież oczami pasażerów "Nelli", że powietrze "jakby gęstniało w żałobny mrok, wiszący bez ruchu ponad największym, najpotężniejszym z miast ziemi."

Okazuje się więc dzięki temu zestawieniu opowieść Marlow'a - opowieść narratora, że jądro ciemności jest czymś ponadczasowym, czymś co nie jest związane z jakimś ściśle określonym czasem i miejscem na ziemi, i może się okazać, że jest ono całkiem blisko nas.   

4. Czy fakt, że Arlekin jest Rosjaninem, ma jakiekolwiek znaczenie?

To chyba najtrudniejsze pytanie i pewnie kompetentna odpowiedź na nie powinna być osadzona w kontekście stosunku Conrada do Rosji ale że jest to dla mnie terra incognita więc nie pozostaje mi nic innego jak oprzeć się tylko na samym "Jądrze ciemności".

Nie wydaje mi się by w opowiadaniu było coś przypadkowego, stąd i  nie bez kozery zapewne "arlekin", błazen z commedia dell'arte jest Rosjaninem. Być może w jego bałwochwalczym stosunku do Kurtza należy widzieć refleks stosunku Rosjan do władzy, do cara widzących w nim bożego pomazańca a nie człowieka z krwi i kości, z wszystkimi jego błędami i słabościami.  

5. Jak uzasadnić szacunek/lojalność (bo raczej nie fascynację) Marlowa wobec Kurtza?

Marlow kilkakrotnie wspomina o swojej lojalności wobec Kurtza ale moim zdaniem  jego stosunek do niego wychodzi daleko poza zwykłą lojalność, i określenie ich relacji tym pojęciem jest co najmniej nie pełne.

Już sama podróż w górę rzeki, w pewnym momencie wychodzi poza zwykłe służbowe zadanie i widać, że postać Kurtza zaczyna Marlow'a intrygować i pragnie go poznać a wreszcie zrozumieć. Nie zmienia tego świadomość metod działania Kurtza a chyba nawet paradoksalnie, to zainteresowanie pogłębia. Mimo konsternacji jaką budzą metody działania Kurtza widać mimowolny podziw Marlow'a, jakby nawet nutę zazdrości dla aktu samopoznania, którego apogeum dokonało się w chwili jego śmierci. Kurtz "był niezwykłym człowiekiem" a jego "zgroza!" "to był akt afirmacji, moralne zwycięstwo, za które zapłacił niezliczonymi porażkami, koszmarnym strachem, koszmarną satysfakcją. Ale to było zwycięstwo!"

Marlow, tak jak Kurtz wierzy w oczyszczającą moc idei, która może odkupić zło w jej imię dokonane i tak jak Kurtz uległ przeistoczeniu. Wszak dowiadujemy się, że snując swoją opowieść na jachcie "wyglądał niczym bożek" i był dla swoich słuchaczy "jedynie głosem" będąc tym samym odbiciem "boskości Kurtza" i tego, że Kurtz jemu samemu wcześniej przedstawiał się "jako głos". To trochę więcej, moim zdaniem, niż lojalność.

6. Czy reżyser ["Czasu Apokalipsy. Powrót"] sprzeniewierzył się pierwowzorowi literackiemu?"

Podobieństwo wielu motywów (przy wszystkich istniejących różnicach) opowiadania i filmu nie ulega żadnej wątpliwości. Zasadnicza różnica polega na celu wyprawy kapitana Willarda bo o ile Marlow miał uratować Kurtza, to Willard miał go zabić. Ale przeciwieństwo to jest tylko pozornie tak głębokie jak to się wydaje na pierwszy rzut oka.

Wszakże dyrektor stacji robi wszystko by opóźnić podróż licząc, że czas, choroba i w rezultacie śmierć usuną z jego drogi Kurtza, w którym widział zagrożenie dla swojej kariery nie jest to więc podróż "ratunkowa" jak można by przypuszczać. Co więcej szept "Leżę tu w ciemności i czekam na śmierć" Kurtza współgra z pragnieniem śmierci pułkownika, któremu wytchnienie przynosi czyn Willarda, tak że ja sprzeniewierzenia się Coppoli Conradowi nie zauważyłem.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Placówka postępu, Joseph Conrad

Zaskakujące jak niewiele zostało z afrykańskiego epizodu Conrada; "Dziennik kongijski", "Jądro ciemności" i stanowiąca jego zapowiedź "Placówka postępu" z cyklu "Opowieści niepokojące". Można w nie znaleźć kilka motywów, które potem zostały wykorzystane w "Jądrze ciemności": śmierć poprzedniego kierownika stacji - "artysty", parowiec przypominający "olbrzymie pudełko od sardynek z umieszczoną na wierzchu szopą o płaskim dachu", postać dyrektora, Murzynów niemających poczucia czasu, wreszcie mgłę i rzekę, która "zdawała się wypływać znikąd i nigdzie nie dążyć."


Do opisu dwóch głównych bohaterów tego krótkiego opowiadania doskonale pasują słowa Marlow'a "Widywałem szatana przemocy i szatana chciwości, i szatana pożądliwości; ale na Boga! byli to silni, jurni szatani o ognistych ślepiach, którzy rządzili i powodowali ludźmi (...) Lecz stojąc tam, na zboczu wzgórza, poczułem, że pod oślepiającym blaskiem słońca w tym kraju zapoznam się z rozlazłym, kłamliwym, bladookim diabłem, opiekunem drapieżnego i bezlitosnego szaleństwa".

"Placówka postępu" jest historią o miernotach, którzy w zwyczajnych okolicznościach byli zwykłymi ludźmi ale tu okazali się niewłaściwymi ludźmi na niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie - "stacja nad tą rzeką jest zupełnie bezużyteczna, a oni obaj świetnie się do tej stacji nadają." Wyrwani ze środowiska, w którym żyli i które znali, zostawieni samym sobie nie potrafią stawić czoła nikomu i niczemu, własnym słabościom, innymi ludziom, przyrodzie i wyzwaniom losu. "Obaj mężczyźni harmonizowali ze sobą doskonale, złączeni wspólną głupotą i lenistwem." Nie radzą sobie z niczym, ani z obowiązkami, ani z samymi sobą i nawet pragnienie wzbogacenia się, które przywiodło na stację nie jest w stanie tego zmienić. Ich wady pod wpływem okoliczności tylko się potęgują i sprawiają, że ich gnuśność, za sprawą strachu, chciwości i obłudy przeradza się w nikczemność a "pozostawieni sam na sam ze swoją słabością, stawali się co dzień podobniejsi do współwinowajców". Jednak poczucie winy przychodzi z innego powodu niż sprzedaż handlarzom niewolników pracowników stacji, którzy i tak byli przecież tylko "zwierzętami". Jest popełniona w chwili szaleństwa zbrodnia, jest swoista "iluminacja" - "poznał, że życie straszniejsze jest i trudniejsze niż śmierć. Zabił bezbronnego człowieka." i jest kara - śmierć.

"Placówka postępu" wbrew swemu sarkastycznemu tytułowi, nie jest budującym utworem, tu człowiek wychodzi z próby pokonany, a jej wynik jest zresztą z góry wiadomy. Słowo pokonany nie do końca jest właściwe bo nie ma tu żadnej walki, tylko grzęźnięcie w marazmie i otępiającej atmosferze poczucia samotności i beznadziejności. Nie ma w "Placówce postępu" nic z conradowskiego poczucia obowiązku i wierności zasadom, niczego co dawałoby czytelnikowi choć szczyptę optymizmu. Widać, nie podobało się Conradowi to co zobaczył w Kongo ...

czwartek, 11 października 2012

Czas apokalipsy - Jądro ciemności

Dyskusja wokół "Jądra ciemności", które było pierwszą z "czytanek" Anki już dawno się zakończyła,  kiedy ją odkryłem. Żałowałem, że nie brałem w niej udziału, ale gdy się toczyła do mojego debiutu w blogosferze pozostało jeszcze dziesięć miesięcy. Mnie zainteresowało pytanie dotyczące relacji filmu Coppoli i opowiadania Conrada i postanowiłem pobawić się w znaną chyba wszystkim grę znajdź dziesięć różnic, tyle że w wariancie a rebours - "znajdź dziesięć podobieństw". (Wszystkie cytaty w tłumaczeniu A. Zagórskiej w opracowaniu Z. Najdera pochodzą z J. Conrad-Korzeniowski, "Wybór opowiadań", Ossolineum 1972.)

1. Podróż kapitana Willarda w górę rzeki. "Żegluga w górę rzeki była jakby podróżą wstecz do najwcześniejszych początków świata, gdy po ziemi hulała roślinność, a królowały wielkie drzewa. Pusta rzeka, wielka cisza, nieprzebyty las. Powietrze ciepłe, gęste, ciężkie, leniwe. Nie było radości we wspaniałym słońcu. Wielki, opustoszałe przestrzenie wodnego szlaku biegły w mrok zacienionych perspektyw."


2. Pułkownik Kurtz, który jest celem obu podróży. To zarówno motyw głosu - "(...) Kurtz był już prawie tylko głosem" - który pojawił się w czasie spotkania u generała w postaci monologu o ślimaku pełznącym po ostrzu brzytwy. Referat, którego napisanie zleciło conradowskiemu Kurtzowi Międzynarodowe Towarzystwo Tępienia Dzikich Obyczajów z postsciptum "Wytępić wszystkie te bestie!A i łysa głowa pułkownika była odzwierciedleniem "dotknięcia dżungli", którego doświadczył bohater Conrada.



3. Kobieta. Jej milcząca postać pojawia się kilkukrotnie w czasie scen w siedzibie armii Kurtza - "(...) barbarzyńska, wspaniała kobieta nie drgnęła nawet i wyciągnęła za nami tragicznym ruchem nagie ramiona nad ponurą, iskrzącą się rzeką".


4. Fotoreporter - Rosjanin, syn archijereja z Tambowskiej guberni "Arlekin" - "Oto stał przede mną pełen zapału, odziany w tę pstrokaciznę, jakby zbiegł z trupy aktorów - postać z bajki."


5. Głowy na słupach miały swój odpowiednik w ciałach wiszących w ruinach świątyni, która stanowiła siedzibę armii Kurtza.w głowach na palach przed placówką Kurtza.


6. Śmierć dowódcy łodzi Chiefa Philipsa ma swój odpowiednik w śmierci sternika na statku Marlowa "(...) umarł nie wydawszy żadnego dźwięku, nie poruszywszy członkami, nie drgnął mu żaden muskuł. Tylko w ostatniej chwili, jakby w odpowiedzi na jakiś znak, którego nie mogliśmy widzieć, na jakiś szept, którego nie mogliśmy słyszeć, zmarszczył posępnie brwi, a to nadało jego czarnej śmiertelnej masce niewypowiedzianie ponury, chmurny i groźny wyraz. Połysk badawczego spojrzenia rozpłynął się szybko w martwej szklistości."


7. Również poprzedzający tę śmierć odstraszający atak tępych strzał miał pierwowzór w opowiadaniu - "kijki, drobne kijki zaczęły latać naokoło - aż gęsto było od nich w powietrzu; świstały  mi przed nosem, padały niżej, uderzały za mną o domek pilota."

8. Odstraszająca syrena łodzi, której włączenie doradził Willardowi fotoreporter jest z kolei analogią do parowego gwizdka, którego użycie podpowiedział Marlow'owi Rosjanin - "Wymacałem nad głową linkę od gwizdawki parowej i zacząłem ją szarpać, wysyłając śpiesznie skrzek za skrzekiem. Zgiełk gniewnych i wojowniczych  wrzasków ustał natychmiast (...)".

9. Uważny widzi oglądając film ma szansę zauważyć w jednej ze scen rozgrywających się w mroku świątynie stojące w kącie kły słoniowe - których zdobycie było spiritus movens opowiadania Conrada.

Jak widać do 10 szczegółów nie dojechałem, może ktoś będzie miał jakiś pomysł na uzupełnienie listy, pomijam przy tym ogólną wymowę filmu. Bo tak jak jest ona protestem przeciwko wojnie Amerykanów w Wietnamie tak u Conrada  (jako jedna z możliwych interpretacji) była ona protestem przeciwko Belgom w Kongu. Podobnie jak Amerykanie wojnę chcieli ono eksploatację kraju prowadzić wyłącznie na swoich prawach nie znosząc "konkurencji".  I jedni i drudzy uznali, że kraj nie dojrzał jeszcze do metod Kurtza. 

czwartek, 16 sierpnia 2012

Jądro ciemności, Joseph Conrad - notatki na marginesie

Trochę "odkurzone" refleksje na tematy związane z jedną z moich ulubionych książek - "Jądrem ciemności".  Jakiś czas temu ukazał się szumnie (jak na tłumaczenie) zapowiadany przekład autorstwa Magdaleny Heydel. Jak "wieść gminna niesie" jest to podobno najwierniejsza oryginałowi wersja - być może ale moim zdaniem większe wrażenie robi mroczna, duszna i obezwładniającej czytelnika atmosfera, którą emanuje tłumaczenie Anieli Zagórskiej w opracowaniu Zdzisława Najdera (wydanie "Ossolineum" z 1972 r. w "Wyborze opowiadań"). 


Naturalną koleją rzeczy sięgnąłem też do "znakomitego", zdaniem wydawcy, posłowia. Bardziej jednak pasowałoby do niego określenie dyskusyjne, zwłaszcza, że trafiają się w nim ewidentne błędy - jakimś dziwnym trafem Tłumaczka doliczyła się na przykład czterech dżentelmenów oczekujących na "Nellie" na przypływ, podczas gdy już od z pierwszych stron opowiadania wiadomo, że panów było pięciu: Dyrektor Kompanii, mecenas, księgowy, Marlow i narrator. Ale pomyłki każdemu mogą się zdarzyć - w końcu w posłowiu do tłumaczenia Jędrzeja Polaka, prof. Przemysław Czapliński ma wątpliwości, czy "miasto umarłych" to Bruksela czy Londyn, choć wszystkie znaki na ziemi i morzu wskazują na Brukselę.

Zdecydowanie na plus można Magdalenie Haydel zaliczyć przypomnienie interpretacji Chinue Achebe odczytującego "Jądro ciemności" jako utwór obrzydliwy i obraźliwy, promujący rasizm a także interpretacji N. Pelikan Straus zarzucającej opowiadaniu "brutalny seksizm". Dobrze wiedzieć, że są i takie pomysły a oryginalność takich interpretacji przywodzi na myśl "boy'owskie" spojrzenie na "Zemstę" Fredry - oczami robotników, którym nie zapłacono za ich pracę przy budowie muru. Na pewno przewrotne i prowokujące - ale to ślepy zaułek niczego w utworze Conrada nie wyjaśniający, a na ile podyktowany idee fixe autorów a na ile modą to już inna sprawa. Interpretowano swego czasu utwory poprzez pryzmat walki klasowej a dzisiaj zdarza się robić to poprzez pryzmat preferencji seksualnych autorów, a skoro tak, to można także i płci. Na szczęście, z czasem okazuje się, że mody przemijają i zwycięża zdrowy rozsądek.

Ciekawsze, żeby nie powiedzieć wprost - sensowniejsze, interpretacje dotyczące spraw bardziej przyziemnych. Do takich należy konstatacja Autorów posłowia do "Jądra ciemności" (P. Czaplińskiego do tłumaczenia J.Polaka i M.Haydel do tłumaczena własnego) doszukująca się inspiracji "Jądrem ciemności" jednego z najlepszych filmów Wernera Herzoga "Aguirre, gniew boży", chociaż już na początku filmu Herzog zdradza jego źródło. Jest nim mianowicie "Relación del nuevo descubrimiento del famoso río Grande que descubrió por muy gran ventura el capitán Francisco de Orellana" Gaspara de Carvajal (ok. 1500 - 1584), misjonarza, który brał udział w wyprawie Francisco de Orellnay, a która miała miejsce prawie 20 lat wcześniej przed wyprawą Lope de Aguirre (1542).

Każdy kto interesuje się twórczością Herzoga wie, że jego filmy powstają tam gdzie toczy się akcja, jeśli więc "Aguirre" miałby być zawoalowaną wariacją na temat opowiadania Conrada, to z godnie z tą zasadą, powstałby, jeśli nie na Kongo to przynajmniej byłaby nagrywany w Afryce. Wypada też zwrócić uwagę na jeszcze jeden film oparty na losach Aguirre a mianowicie "Eldorado" Carlosa Saury. Dziwnym trafem jeszcze nikomu, mimo że klimat tego filmu jest równie "duszny" co "Aguirre", nie przyszło do głowy ogłoszenia jego powinowactwa z "Jądrem ciemności", choć być może przyczyną jest prozaiczna nieznajomość filmu Saury. Źródłem "pomysłu" powiązania filmu Herzoga z opowiadaniem Conrada jest, jak się wydaje, szkic Paolo Sirianiego "Podróż Aguirre do jądra ciemności" opublikowanym w zbiorze "Werner Herzog" (Goethe-Institute, 1994) ale na próżno i w nim szukać przekonujących argumentów uzasadniających pokrewieństwo tych dwóch dzieł. Fakt, że film Herzoga wywarł wpływ na "Czas Apokalipsy" Copolli, którego konotacje z "Jądrem ciemności" są bezdyskusyjne wcale nie znaczy, że oba czerpały z tego samego źródła. Trzeba jednak dodać, że niewątpliwie sam tok narracji i atmosfera filmu może przywodzić na myśl atmosferę "Jądra ciemności" choć ciągle stąd jeszcze daleko do poszukiwania zależności pomiędzy nimi.

Czytając "Jądro ciemności" w tłumaczeniu M. Heydel nabrałem chętki na porównanie go z innymi, wcześniejszymi tłumaczeniami, ku mojemu zdziwieniu wszystkie one różnią się między sobą i to dosyć znacznie. O ile nie ma w tym nic dziwnego w odniesieniu do tłumaczenia Anieli Zagórskiej, które ma prawie 90 lat, to pozostałe tłumaczenia powstały współcześnie i ich zróżnicowania nie da się wytłumaczyć ewolucją języka. Ale żeby nie być gołosłownym - "Jądro ciemności" doczekało się sześciu a właściwie siedmiu tłumaczeń (tłumaczenie A. Zagórskiej ukazało się także w opracowaniu Zdzisława Najdera) - załączyłem próbki poniżej, przytaczając też by każdy miał punkt odniesienia zdanie oryginału.

"I saw on that ivory face the expression of somber pride, of ruthless power, of craven terror - of an intense and hopeless despair". J. Conrad, Harper Press, 2010, p. 90.

"Dostrzegłem kolejno na tym obliczu z kości słoniowej wyraz ponurej pychy, bezlitosnej siły, przeraźliwego strachu, głębokiej i beznadziejnej rozpaczy" - tłum. A. Zagórskiej w oprac. Z. Najdera, Ossolineum, 1972, s. 157-158.

"Widziałem na tej twarzy z kości słoniowej wyraz ponurej pychy, bezlitosnej siły, przelękłej zgrozy - gwałtownej i beznadziejnej rozpaczy" - tłum. B. Koc, LSW, 2008, s. 136.

"Na tej twarzy o barwie kości słoniowej ujrzałem wyraz ponurej dumy, bezwzględnej siły, przeraźliwego strachu - intesywnej i pozbawionej nadziei rozpaczy" - tłum. P. Jabłońskiej, Greg, 2010, s. 62.

"Na tym obliczu z kości słoniowej ujrzałem wyraz posępnej pychy, bezwzględnej wszechmocy, tchórzliwego strachu - wszechogarniącej i beznadziejnej rozpaczy" - tłum. J. Polaka, Vesper, 2009, s. 107.

"Na wyrzeźbionym w kości słoniowej obliczu malowała się kolejno ponura duma, bezwzględna potęga oraz nieprzytomny strach wynikający z głębokiej i beznadziejnej rozpaczy" - tłum. I. Sochy, Zielona Sowa, 2009, s. 73.

"Na twarzy koloru kości słoniowej zobaczyłem wyraz ponurej dumy, bezwzględnej siły, tchórzliwego przerażenia - wzmożonej, beznadziejnej rozpaczy" - tłum. M. Heydel, Znak, 2011, s. 91.

Które jest najlepsze, nie podejmuję się powiedzieć. To już sam Conrad musiałby osądzić, na ile to co chciał przekazać, udało się przetłumaczyć na jego rodzinny język. 

A skoro już mowa o Marlow'ie wspominającym oblicze Kurtza, to trudno nie zadać pytania kim tak właściwie był ten ostatni. Odpowiedź na nie daje nieoceniony w tym względzie Zdzisław Najder "Genezie postaci Kurtza poświęcono wiele uwagi. Jean-Aubry ze zwykłą dlań naiwnością wiąże go z rzeczywistym Kleinem. Jerry Allen dopatruje się analogii z głośnym w latach 1888-1890 członkiem wyprawy Stanleya, brytyjskim majorem E. M. Bartoletem; Norman Sherry wskazuje na podobieństwo do czołowego funkcjonariusza SA do Handlu z Górnym Kongo A. E. C. Hodisterem; Hannah Arendt dostrzega model Kurtza w Karlu Petersie, niemieckim łowcy przygód kolonialnych; Adam Hochschild ukazuje uderzające analogie z Belgiem Leonem Romem, kapitanem Force Publique, którego Conrad spotkał być może w Leopoldville w sierpniu 1890. Wszystkie te żródła wydają się możliwe, ale Conrad nie musiał koniecznie z nich czerpać. Wzoru dla Kurtza dostarczały z jednej strony tradycja literacka i filozoficzna, z drugiej zachowanie bardzo wielu Europejczyków w Afryce. Jako postać z określonym życiorysem jest ostatecznie tworem pisarza." (Z. Najder, Życie Josepha Conrada-Korzeniowskiego, tom I, Lublin 2006).

Innym wątkiem, który mnie zainteresował, to lektury Kurtza, co prawda w "Jądrze ciemności" na próżno ich szukać ale za to w "Czasie Apokalipsy", który jest dla mnie emanacja opowiadania Conrad, uważny widz ma szansę co nieco wypatrzeć. Da się bowiem zauważyć "Złotą gałąź" James'a G. Frazer'a, "Legendę o Graalu. Od starożytnego obrzędu do romasu średniowiecznego" Jessie L. Weston, jakąś książkę Johanna W. Goethe'go, być może "Fausta" oraz Biblię. Jakże to wymowne - książka, w której niespodziewanie można znaleźć zarówno u "dzikich" jak i "cywilizowanych" zastanawiająco podobne wierzenia, książka o poszukiwaniu celu najwyższego i czystego oraz zaprzedaniu duszy diabłu w zamian za poznanie sensu istnienia no i oczywiście Biblia. 

"Złota gałąź" doczekała się w Polsce kilku wydań m. in. w słynnej serii "ceramowskiej". Wydanie z 1962 r. ma "afrykańską" okładkę, na której znajduje się statuetka nkisi z plemienia Songye z terenu obecnej Demokratycznej Republiki Kongo oraz maska (a właściwie jej górna część) chiwara z plemienia Bamana (Mali).


Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że plemieniu Bamana nie poświęcono w książce nawet zdania a plemieniu Songye jeden niezbyt obszerny opis obrzędu związanego ze ścięciem drzewa. "Basongowie w Afryce Środkowej uważają, że gdy drzewo jest ścinane, zamieszkujący je duch może w gniewie spowodować śmierć wodza i jego rodziny. Dla zapobieżenia takiemu nieszczęściu zasięgają rady znachora, a gdy otrzymają zezwolenie, drwal składa najpierw drzewu ofiarę z kury i kozy, po czym natychmiast po pierwszym uderzeniu toporem przykłada usta do drzewa i wysysa soki. W ten sposób powstaje braterstwo z drzewem, tak jak dwoje ludzi zawiera braterstwo krwi przez wzajemne ssanie krwi. Potem może już bezkarnie przystąpić do powalenia swego brata-drzewa."

"Legenda o Graalu. Od starożytnego obrzędu do romansu średniowiecznego" Jessie L. Weston ukazała się w 1920 r. a jej polskie tłumaczenie w 1970 r. (drugie wydanie ukazało się w 1998 r.). Poszukiwacze sensancji zdecydowanie się rozczarują - to nie książka w rodzaju "Kodu Leonarda da Vinci" lecz próba poszukiwania źródeł idei Graala. Weston źródeł tych doszukuje się, jak wynika to już z podtytułu, nie w kulturze chrześcijańskiej ale w starożytnych kultach i nie kryje się ze źródłem inspiracji dla takich pomysłów wskazując bezpośrednio na "Złotą gałąź" Frazera.


Kiedyś książka Weston narobiła zamętu, dzisiaj to trochę przebrzmiała klasyka, a "kubeł zimnej wody" na nieco ekscentryczne koncepcje Weston m.in. wiążącej legendę o Graalu z kultem płodności wylał m.in. C.S. Lewis proponując by tajemniczego nie objaśniać jeszcze bardziej tajemniczym lecz by raczej poświęcić uwagę samym tekstom. Nie zmienia to jednak faktu, że książka warta jest przeczytania choćby dlatego, że była inspiracją dla T.S. Eliota do napisania "Ziemi jałowej", co sam przyznał i chyba to pierwszy (i jedyny) taki przypadek gdy książka naukowa stała u źródeł poematu. Każdy kto dotrwał do "listy płac" "Czasu Apokalipsy" i poświęcił jej chwilę uwagi wie, że wiersz czytany przez Kurtza to fragment 'Wydrążonych ludzi" T. S. Eliota. Jego poezje są tak na prawdę jedyną książką, co do której można mieć pewność, że były lekturą pułkownika.

"Jesteśmy próżnymi ludźmi
wypchane kukły
wsparte o siebie głowy wypełnione słomą
kiedy szepczemy
nasze suche głosy
są ciche i nieważne
jak wiatr pośród traw
jak kroki szczurów
w naszej zaschłej celi
kształty bez formy
cień bez koloru
zamarła siła
gesty bez ruchu"

To jeszcze jeden dowód powiązania filmu z "Jądrem ciemności" a właściwie rodzaj trybutu, jaki Copolla składa Conradowi, co nie wymaga specjalnych wywodów bo wiersz zaczyna się od motta "Pan Kurtz - on umrzeć" (z kolei drugie motto "A penny for the Old Guy" nawiązuje do Guya Fawkes'a). Wszystko się tu jakoś więc wiąże i przenika, na stoliku obok łóżka Kurtza leży przecież "Złota gałąź" Frazera, która była inspiracją dla "Legendy o Graalu ..." Jessie L. Weston (też zresztą tam leżącej). Nią z kolei inspirował się T. S. Eliot pisząc "Ziemię jałową", a skoro Eliot - to muszą być "Wydrążeni ludzie". Ufff ... - wygląda to prawie, jak w powieści szkatułkowej. Poszukiwania tych wzajemnych powiązań sprawiają, że na drugi plan trochę schodzi ich znaczenie - ale i na to jeszcze przyjdzie czas.


W filmie jest jeszcze jeden wiersz T. S. Eliota - "Pieśń miłosna J. Alfreda Prufrocka" - "Byłbym pazurem poszarpanym... rwącym powierzchnię cichych mórz." Mimo, że widz styka się z nim wcześniej to pozostaje trochę w cieniu "Wydrążonych ludzi" a właściwie nawet niezauważony, co ostatecznie przecież nie dziwi bo przecież fotoreporter (odpowiednik arlekina z "Jądra ciemności" - syna archijereja z guberni tambowskiej), który go wygłasza ma się do pułkownika tak jak "arlekin" do Kurtza. 

piątek, 3 sierpnia 2012

Dziennik kongijski, Joseph Conrad

Jako bałwochwalczy wielbiciel "Jądra ciemności" od dłuższego czasu szukałem "Dziennika kongijskiego" Conrada. Szczerze mówiąc nie jest to nawet jakiś wielki problem - rzecz w tym, że został on wydany tylko raz w ramach Dzieł (tom 25, "Ostatnie szkice"), a albo nikt nie chce sprzedać pojedynczego tomu albo jeśli już, to cena jest nieprzyzwoita. Wreszcie udało mi się go kupić za przyzwoitą cenę to znaczy w cenie kolorowego magazynu dla pań (albo panów). 


Jakie rozczarowanie ... niewiele albo zgoła nie ma tu niczego z klimatu jego opowiadań "kongijskich". To suche notatki, lakoniczne, po których znać trudy podróży a jednocześnie w drugiej ich części widać dowód solidnego marynarskiego rzemiosła.

"Dziennik ..." odnosi się do historii podróży w górę Konga. Podzielony jest na dwie części - pierwsza obejmuje okres od 13 czerwca do 1 sierpnia 1890 r. i podróż lądem z Matadi do Nselemba. Druga, to zupełnie nieinteresujące marynarskie zapiski przydatne jedynie dla pilota rzecznego, które co najwyżej mogą być dowodem na to jak trudna była żegluga Marlow'a po Kurtza prowadzone od 3 do ok. 20 sierpnia (ostatnia pewna data widoczna w zapiskach to 16 sierpnia ale po tym dniu podróż nadal trwała). Jedynie w części lądowej da się rozpoznać kilka epizodów i postaci z "Jądra ciemności". Jest zatem wzmianka o liście do Marguerite Poradowskiej - to ona była tą ciotką, która załatwiła Marlow'owi pracę w Société Anonyme Belge pour le Commerce du Haut-Congo, są wzmianki o zwłokach Murzynów - "widziałem znów martwe ciało leżące przy ścieżce w pozie pełnego zamyślenia spoczynku" - i nie jest to jedyna tego typu uwaga. A i bez trudu można rozpoznać pierwowzór incydentu ze zbyt grubym białym niesionym przez tragarzy. "Spodziewam się jutro dużego kłopotu z tragarzami. Kazałem ich wszystkich zwołać, i wygłosiłem przemowę, której nie zrozumieli. Obiecują zachowywać się dobrze. (...) Wielkie trudności z niesieniem Harou. Za ciężki. Kłopot!". I w zasadzie na tym koniec, warto jeszcze wspomnieć o spotkaniu o którym co prawda nie ma w "Jądrze ..." wzmianki ale za to jest w "Duchu króla Leopolda" A. Hochfelda. Conrad spotkał w Matadi Rogera Casementa dosyć kontrowersyjną postać, której należy jednak oddać sprawiedliwość ze względu na rolę jaką odegrała w ukróceniu praktyk stosowanych przez Belgów na terenie Kongo.