Chwała wydawnictwu Prószyński i S-ka, że podjął się "orki na ugorze" wydając twórczość najwybitniejszego, obok Conrada, angielskiego powieściopisarza przełomu XIX i XX wieku Henry'ego Jamesa (złośliwi nie omieszkają zauważyć, że pierwszy z nich był Polakiem, a drugi Amerykaninem). O ile Conrad jest rozpoznawalny, choć jednocześnie został "zesłany" za sprawą szkolnych lektur na półkę z klasyką (czytaj: nudą), to drugi znany raczej tylko tym, którzy interesują się literaturą par excellance. To zaskakujące, bo przecież jego utwory biją rekordy popularności jako podstawy scenariuszy filmowych by przypomnieć chociażby "Portret damy", "Miłość i śmierć w Wenecji", "Plac Waszyngtona", "W kleszczach lęku" czy "Bostończyków", co przecież o czymś świadczy.
I rzeczywiście, twórczość Jamesa to klasa. Jeśli jeszcze porównuje się ją z powieściami obyczajowymi Sienkiewicza, zmarłego podobnie jak on w 1916 roku, to widać przepaść dzielącą literaturę polską od światowej, ciekawie też mogłoby wypaść porównanie Prusa i Jamesa, zwłaszcza że "Emancypantki" i "Bostończycy" dotykają zbliżonej problematyki, choć w przypadku Prusa jest ona zarysowana znacznie grubszą, karykaturalną kreską. Ale moim zdaniem to nie stosunek Jamesa do ruchu emancypacyjnego, do którego podchodził, mówiąc oględnie, sceptycznie, jest w "Bostończykach" najważniejszy.
Owszem trudno tej kwestii nie zauważyć, stanowi ona bowiem tło dla zasadniczego problemu. James przedstawia emancypantki jako zbiorowisko dziwaczek - dla jednych wyzwolenie kobiet jest ideą, która pozwala zapełnić pustkę w życiu, dla innych jest czymś co pozwala zrealizować osobiste ambicje i równie dobrze mogłoby być zastąpione czym innym, byleby tylko dawało to widoki na popularność. Zasadniczym, by nie powiedzieć jedynym, efektem działalności pań walczących o równouprawnienie swojej płci są zebrania, z których nic nie wynika ale które za to dają wrażanie aktywności, a tam gdzie działalność kobiet niesie za sobą wymierne efekty niewiele ma to wspólnego z emancypacją bardziej natomiast jest przejawem indywidualnej wrażliwości.
Moim zdaniem, "Bostończycy" są jednak przede wszystkim powieścią o walce o rząd dusz, której przedmiotem jest młoda dziewczyna Verena Tarrant, o której względy z jednej strony ubiega się mizoandryczna, zamożna entuzjastka Olive Chancellor nie tyle chyba nawet emancypacji co matriarchatu, z drugiej zaś strony, prawnik z Południa, Basil Ransom, konserwatysta jak na zubożałego posiadacza ziemskiego z Mississippi przystało. W tle są rodzice dziewczyny, dla których dar elokwencji córki i fascynacja jej osobą przez Olive jest towarem na sprzedaż i przepustką do realizacji ich własnych marzeń oraz siostra mentorki usiłująca wyjść za mąż za Basila, która podobnie jak i inne panie, wbrew temu co same twierdzą, udowadnia, że kobiety wcale nie są tylko bierną, uciemiężoną przez mężczyzn płcią i to do nich należy inicjatywa w kształtowaniu własnego życia.
Powieść Henry'ego Jamesa jest amerykańską wersją "Ślubów panieńskich", jednak wcale nie o komediowym zabarwieniu, choć powieść nie jest pozbawiona dowcipu doprawionego szczyptą sarkazmu. Jakoś nieśmiesznie wygląda próba urobienia naiwnej i ciekawej świata dziewczyny, przypominającej trochę Pansy Osmond z "Portretu damy", przez mizoandryczkę wykorzystującą swoją pozycję społeczną by poddać dziewczynę praniu mózgu i zrobić z niej tubę poglądów, które jej zaszczepia. To już nie jest dziwactwo kogoś, kto pustkę w życiu zapełniła sobie realizacją idee fixe, to już jednostka chorobowa. Co gorsza, choć na pierwszy rzut oka Olive wydaje się w tym swoim ideologicznym zacietrzewieniu bezinteresowna, co mogłoby w jakimś stopniu "odkupić" jej histeryczny fanatyzm, to z czasem zaczyna nabierać się co do tego wątpliwości, czy czasami za fasadą oddania się sprawie kobiecej nie kryje się coś bardziej osobistego, miłość połączona z pragnieniem rozgłosu?
A co z obiektem starań - Vereną, czy jej poddanie się Olive nie wynika w gruncie rzeczy z oportunizmu i głupoty, czy dziewczyna nie jest typem "słodkiej idiotki", pragnącej zdobyć przepustkę do lepszego świata i tylko przypadek sprawia, że głosi hasła emancypacji? Trudno oprzeć się wrażeniu, że w gruncie rzeczy mogłaby być głosicielką każdej idei, o ile tylko jej mentorka dysponowała odpowiednimi argumentami i to nie tylko merytorycznymi, które wypełniłyby pustą głowę Vereny.
Nikt u Jamesa nie jest jednowymiarowy i na tym polega m. in. zaleta jego powieści, bo dzięki temu stosunek do bohaterów "Bostończyków" ewoluuje. Nawet postacie, które budzą sympatię nie są pozbawione wad, może z wyjątkiem panny Birdseye i doktor Prance i nawet Basilowi, głównemu bohaterowi, daleko jest do ideału. Można zrozumieć jego "rezerwę" w stosunku do emancypacji kobiet biorąc pod uwagę komunały, które na ten temat wysłuchiwał. Nie zmienia to jednak faktu, że staje się w irytujący, gdy w stosunku do Vereny i poglądów, które ona głosi potrafi zdobyć się jedynie na szyderstwo. Jak na człowieka zakochanego, który umie tylko "wyśmiać i wyszydzić" opinie dziewczyny, którą kocha, niewiele w tym z postawy dżentelmena z Południa. No i rzecz podstawowa - dlaczego kocha Verenę? Skoro głoszone przez nią poglądy uważa za głupie, pozostaje jej uroda - i nie jest to żadna tajemnica ale tym samym, oznacza to, że kocha tak na prawdę lalkę, której osobowość nie ma znaczenia, a właściwie ma o tyle, o ile da się ona urobić według jego oczekiwań. W gruncie rzeczy więc trafił swój na swego, bo przecież i Verena nie kocha Basila za jego bogate wnętrze. Cóż - nie wiadomo, czy będę mieli mądre dzieci, ale na pewno będą one piękne...
I rzeczywiście, twórczość Jamesa to klasa. Jeśli jeszcze porównuje się ją z powieściami obyczajowymi Sienkiewicza, zmarłego podobnie jak on w 1916 roku, to widać przepaść dzielącą literaturę polską od światowej, ciekawie też mogłoby wypaść porównanie Prusa i Jamesa, zwłaszcza że "Emancypantki" i "Bostończycy" dotykają zbliżonej problematyki, choć w przypadku Prusa jest ona zarysowana znacznie grubszą, karykaturalną kreską. Ale moim zdaniem to nie stosunek Jamesa do ruchu emancypacyjnego, do którego podchodził, mówiąc oględnie, sceptycznie, jest w "Bostończykach" najważniejszy.
Owszem trudno tej kwestii nie zauważyć, stanowi ona bowiem tło dla zasadniczego problemu. James przedstawia emancypantki jako zbiorowisko dziwaczek - dla jednych wyzwolenie kobiet jest ideą, która pozwala zapełnić pustkę w życiu, dla innych jest czymś co pozwala zrealizować osobiste ambicje i równie dobrze mogłoby być zastąpione czym innym, byleby tylko dawało to widoki na popularność. Zasadniczym, by nie powiedzieć jedynym, efektem działalności pań walczących o równouprawnienie swojej płci są zebrania, z których nic nie wynika ale które za to dają wrażanie aktywności, a tam gdzie działalność kobiet niesie za sobą wymierne efekty niewiele ma to wspólnego z emancypacją bardziej natomiast jest przejawem indywidualnej wrażliwości.
Moim zdaniem, "Bostończycy" są jednak przede wszystkim powieścią o walce o rząd dusz, której przedmiotem jest młoda dziewczyna Verena Tarrant, o której względy z jednej strony ubiega się mizoandryczna, zamożna entuzjastka Olive Chancellor nie tyle chyba nawet emancypacji co matriarchatu, z drugiej zaś strony, prawnik z Południa, Basil Ransom, konserwatysta jak na zubożałego posiadacza ziemskiego z Mississippi przystało. W tle są rodzice dziewczyny, dla których dar elokwencji córki i fascynacja jej osobą przez Olive jest towarem na sprzedaż i przepustką do realizacji ich własnych marzeń oraz siostra mentorki usiłująca wyjść za mąż za Basila, która podobnie jak i inne panie, wbrew temu co same twierdzą, udowadnia, że kobiety wcale nie są tylko bierną, uciemiężoną przez mężczyzn płcią i to do nich należy inicjatywa w kształtowaniu własnego życia.
Powieść Henry'ego Jamesa jest amerykańską wersją "Ślubów panieńskich", jednak wcale nie o komediowym zabarwieniu, choć powieść nie jest pozbawiona dowcipu doprawionego szczyptą sarkazmu. Jakoś nieśmiesznie wygląda próba urobienia naiwnej i ciekawej świata dziewczyny, przypominającej trochę Pansy Osmond z "Portretu damy", przez mizoandryczkę wykorzystującą swoją pozycję społeczną by poddać dziewczynę praniu mózgu i zrobić z niej tubę poglądów, które jej zaszczepia. To już nie jest dziwactwo kogoś, kto pustkę w życiu zapełniła sobie realizacją idee fixe, to już jednostka chorobowa. Co gorsza, choć na pierwszy rzut oka Olive wydaje się w tym swoim ideologicznym zacietrzewieniu bezinteresowna, co mogłoby w jakimś stopniu "odkupić" jej histeryczny fanatyzm, to z czasem zaczyna nabierać się co do tego wątpliwości, czy czasami za fasadą oddania się sprawie kobiecej nie kryje się coś bardziej osobistego, miłość połączona z pragnieniem rozgłosu?
A co z obiektem starań - Vereną, czy jej poddanie się Olive nie wynika w gruncie rzeczy z oportunizmu i głupoty, czy dziewczyna nie jest typem "słodkiej idiotki", pragnącej zdobyć przepustkę do lepszego świata i tylko przypadek sprawia, że głosi hasła emancypacji? Trudno oprzeć się wrażeniu, że w gruncie rzeczy mogłaby być głosicielką każdej idei, o ile tylko jej mentorka dysponowała odpowiednimi argumentami i to nie tylko merytorycznymi, które wypełniłyby pustą głowę Vereny.
Nikt u Jamesa nie jest jednowymiarowy i na tym polega m. in. zaleta jego powieści, bo dzięki temu stosunek do bohaterów "Bostończyków" ewoluuje. Nawet postacie, które budzą sympatię nie są pozbawione wad, może z wyjątkiem panny Birdseye i doktor Prance i nawet Basilowi, głównemu bohaterowi, daleko jest do ideału. Można zrozumieć jego "rezerwę" w stosunku do emancypacji kobiet biorąc pod uwagę komunały, które na ten temat wysłuchiwał. Nie zmienia to jednak faktu, że staje się w irytujący, gdy w stosunku do Vereny i poglądów, które ona głosi potrafi zdobyć się jedynie na szyderstwo. Jak na człowieka zakochanego, który umie tylko "wyśmiać i wyszydzić" opinie dziewczyny, którą kocha, niewiele w tym z postawy dżentelmena z Południa. No i rzecz podstawowa - dlaczego kocha Verenę? Skoro głoszone przez nią poglądy uważa za głupie, pozostaje jej uroda - i nie jest to żadna tajemnica ale tym samym, oznacza to, że kocha tak na prawdę lalkę, której osobowość nie ma znaczenia, a właściwie ma o tyle, o ile da się ona urobić według jego oczekiwań. W gruncie rzeczy więc trafił swój na swego, bo przecież i Verena nie kocha Basila za jego bogate wnętrze. Cóż - nie wiadomo, czy będę mieli mądre dzieci, ale na pewno będą one piękne...

