Po trochę żenującej karykaturze próby dyskusji u Prowincjonalnej nauczycielki (nie po raz pierwszy przekonałem się, że człowiek ciągle się czegoś uczy) wziąłem sobie do serca jej skądinąd słuszną uwagę i postanowiłem sprawdzić "na własne oczy" ile jest warta książka Sławomira Cenckiewicza. Niestety, okazało się, że nie zawsze warto słuchać kobiet.
Jako osobie kształconej w starych, ale jednak nie tak odległych czasach, naukowiec kojarzył mi się z osobą, której poglądy wyrażane są rzetelnie, bezstronnie i sine ira et studio, tymczasem "Wałęsa. Człowiek z teczki" jest zaprzeczeniem tego wszystkiego. Chwilami jest to emocjonalnie zaangażowany pamflet, w dodatku niesmaczny, w którym emocje przysłaniają logikę i zdrowy rozsądek. Owszem, lubię książki "odbrązawiające" i "szargające świętości", pisane z pazurem ale równie ważne by trzymały one jednak poziom a tego, niestety, o książce Sławomira Cenckiewicza nie da się powiedzieć.
Jako osobie kształconej w starych, ale jednak nie tak odległych czasach, naukowiec kojarzył mi się z osobą, której poglądy wyrażane są rzetelnie, bezstronnie i sine ira et studio, tymczasem "Wałęsa. Człowiek z teczki" jest zaprzeczeniem tego wszystkiego. Chwilami jest to emocjonalnie zaangażowany pamflet, w dodatku niesmaczny, w którym emocje przysłaniają logikę i zdrowy rozsądek. Owszem, lubię książki "odbrązawiające" i "szargające świętości", pisane z pazurem ale równie ważne by trzymały one jednak poziom a tego, niestety, o książce Sławomira Cenckiewicza nie da się powiedzieć.
To książka, która w zasadniczej swej części ma udowadniać, w zamyśle Autora, że polityczna przeszłość Lecha Wałęsy składa się z dwóch okresów; współpracy z SB a następnie wodzenia przez władzę na pasku. Rozumiem, że ktoś może nie przepadać za byłym prezydentem. To także nie jest człowiek z mojej bajki. Chociażby sprawa nieślubnego dziecka i porzucenie jego matki, stosunek do Anny Walentynowicz, zaginięcie dokumentów z wypożyczonych przez niego akt, nie budują, łagodnie rzecz ujmując, zaufania. Nie pomagają w tym także cechy, a raczej przywary, charakteru.
Ale sympatia czy antypatia w rzeczowej ocenie biografii politycznej człowieka nie powinna odgrywać znaczenia - liczy się ocena faktów. A z tym w książce bywa różnie. Przywoływane są liczne dokumenty, których autorami są funkcjonariusze SB, z drugiej jednak strony powołanie ich autorów na świadków w procesie jest dla Autora farsą. O jednym z dokumentów pisze, że na temat jego treści "nie wiemy prawie nic" ale jak się okazuje i tak "daje nam wiele do myślenia", "stwarza również pole do uzasadnionych spekulacji" i "bez trudu możemy sobie wyobrazić".
Przyznaję, mam bujną fantazję ale do głowy nie przyszłoby mi snuć dywagacje na temat dokumentu, którego nie widziałem na oczy, no ale nie ma się co dziwić, przecież nie jestem historykiem. I chyba dobrze, bo źle byłoby ze mną gdyby wiarygodnym źródłem okazywały się dla mnie ... "Skandale" bo i od takich "źródeł" Sławomir Cenckiewicz nie stroni.
Niechęć do Wałęsy to zbyt słabe słowo na określenie tego co przeziera przez karty książki. Pytanie, które na wstępie stawia Autor "Czy nie ma już żadnej nadziei na to, że straciwszy szacunek i zaufanie, zechce przynajmniej, w nagrodę za swą spowiedź, żebrać u rodaków o ich litość dla tragicznego losu, który sam na siebie sprowadził i wciąż sprowadza?" jest wyłącznie stylistyczną figurą podobnie jak i odpowiedź, którą daje "Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nie wolno jednak orzekać końcowego wyroku o Wałęsie jako człowieku z martwą już duszą, z sumieniem zabalsamowanym przez specjalistów od kłamstwa i służb specjalnych, starcu bez przyszłości." bo już w następnym zdaniu okazuje się, że bohater jego książki to "niewolnik".
"Sceptycyzm" co do głównego bohatera rozciąga się także na jego rodzinę. Pozostanie tajemnicą Autora, jaki związek z uwikłaniem Lecha Wałęsy we współpracę z SB i władzami PRL-u ma fakt, że jego syn "gnając swym motorem okolicznymi drogami" nie zagląda na bezimienny grób swojego przyrodniego brata, który zmarł kilka lat przed jego narodzeniem i o którego istnieniu mógł nie mieć pojęcia. Albo to, że Danuta Wałęsa pasowała do męża "pochodzeniem i lumpenproletariacką mentalnością"?
Szczerze mówiąc nie wstrząsnęła mną także wiadomość, że Wałęsa w szkolnych latach "trzykrotnie stawał na radzie pedagogicznej za palenie papierosów w internacie" ale to pewnie dlatego, że sam w ramach sankcji, nie raz przyłapany na paleniu papierosów w szkolnej ubikacji, otrzymywałem "pióro i atrament" (czyli szczotkę i szmatę oraz wiadro z wodą) by ją wyszorować. Nie przekonuje mnie też "zaglądanie pod kołdrę" i babranie się w jego życiu osobistym - ocenę tego, moim zdaniem, należy zostawić najbliższym i tym, których to osobiście dotknęło.
Tego typu zabiegi sprawiają, że książka mimo, podobno, sensacyjnej zawartości po jakimś czasie robi się nużąca. Życiorys Wałęsy jest w niej płaski jak kartka papieru, to wyłącznie czarny charakter i wcielenie wszelkiego zła, o czym według Autora, wiadomo było publicznie od początku kariery politycznej Wałęsy. Mnie to nie przekonuje, podobnie jak filipiki pod adresem Wajdy i jego "Człowieka z nadziei", które obrażają inteligencję czytelników.
Sławomir Cenckiewicz przywołuje, w którymś miejscu zasadę "is fecit cui prodest" (co prawda w polskim tłumaczeniu - uczynił ten, komu to przyniosło korzyść) ale zapomina o innej równie ważnej "in dubio pro reo" (wątpliwości na korzyść oskarżonego), chociaż z drugiej strony nie ma się temu co dziwić, bo z książki wynika, że nie ma żadnych wątpliwości. Ja jednak, nauczony doświadczeniem życiowym, skłonny jestem uwierzyć Staremu Żydowi z Podkarpacia, który mówił że "Jeżeli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma co się szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co by powiedzieć o 75 procent racji? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procent? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak."
Ale sympatia czy antypatia w rzeczowej ocenie biografii politycznej człowieka nie powinna odgrywać znaczenia - liczy się ocena faktów. A z tym w książce bywa różnie. Przywoływane są liczne dokumenty, których autorami są funkcjonariusze SB, z drugiej jednak strony powołanie ich autorów na świadków w procesie jest dla Autora farsą. O jednym z dokumentów pisze, że na temat jego treści "nie wiemy prawie nic" ale jak się okazuje i tak "daje nam wiele do myślenia", "stwarza również pole do uzasadnionych spekulacji" i "bez trudu możemy sobie wyobrazić".
Przyznaję, mam bujną fantazję ale do głowy nie przyszłoby mi snuć dywagacje na temat dokumentu, którego nie widziałem na oczy, no ale nie ma się co dziwić, przecież nie jestem historykiem. I chyba dobrze, bo źle byłoby ze mną gdyby wiarygodnym źródłem okazywały się dla mnie ... "Skandale" bo i od takich "źródeł" Sławomir Cenckiewicz nie stroni.
Niechęć do Wałęsy to zbyt słabe słowo na określenie tego co przeziera przez karty książki. Pytanie, które na wstępie stawia Autor "Czy nie ma już żadnej nadziei na to, że straciwszy szacunek i zaufanie, zechce przynajmniej, w nagrodę za swą spowiedź, żebrać u rodaków o ich litość dla tragicznego losu, który sam na siebie sprowadził i wciąż sprowadza?" jest wyłącznie stylistyczną figurą podobnie jak i odpowiedź, którą daje "Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nie wolno jednak orzekać końcowego wyroku o Wałęsie jako człowieku z martwą już duszą, z sumieniem zabalsamowanym przez specjalistów od kłamstwa i służb specjalnych, starcu bez przyszłości." bo już w następnym zdaniu okazuje się, że bohater jego książki to "niewolnik".
"Sceptycyzm" co do głównego bohatera rozciąga się także na jego rodzinę. Pozostanie tajemnicą Autora, jaki związek z uwikłaniem Lecha Wałęsy we współpracę z SB i władzami PRL-u ma fakt, że jego syn "gnając swym motorem okolicznymi drogami" nie zagląda na bezimienny grób swojego przyrodniego brata, który zmarł kilka lat przed jego narodzeniem i o którego istnieniu mógł nie mieć pojęcia. Albo to, że Danuta Wałęsa pasowała do męża "pochodzeniem i lumpenproletariacką mentalnością"?
Szczerze mówiąc nie wstrząsnęła mną także wiadomość, że Wałęsa w szkolnych latach "trzykrotnie stawał na radzie pedagogicznej za palenie papierosów w internacie" ale to pewnie dlatego, że sam w ramach sankcji, nie raz przyłapany na paleniu papierosów w szkolnej ubikacji, otrzymywałem "pióro i atrament" (czyli szczotkę i szmatę oraz wiadro z wodą) by ją wyszorować. Nie przekonuje mnie też "zaglądanie pod kołdrę" i babranie się w jego życiu osobistym - ocenę tego, moim zdaniem, należy zostawić najbliższym i tym, których to osobiście dotknęło.
Tego typu zabiegi sprawiają, że książka mimo, podobno, sensacyjnej zawartości po jakimś czasie robi się nużąca. Życiorys Wałęsy jest w niej płaski jak kartka papieru, to wyłącznie czarny charakter i wcielenie wszelkiego zła, o czym według Autora, wiadomo było publicznie od początku kariery politycznej Wałęsy. Mnie to nie przekonuje, podobnie jak filipiki pod adresem Wajdy i jego "Człowieka z nadziei", które obrażają inteligencję czytelników.
Sławomir Cenckiewicz przywołuje, w którymś miejscu zasadę "is fecit cui prodest" (co prawda w polskim tłumaczeniu - uczynił ten, komu to przyniosło korzyść) ale zapomina o innej równie ważnej "in dubio pro reo" (wątpliwości na korzyść oskarżonego), chociaż z drugiej strony nie ma się temu co dziwić, bo z książki wynika, że nie ma żadnych wątpliwości. Ja jednak, nauczony doświadczeniem życiowym, skłonny jestem uwierzyć Staremu Żydowi z Podkarpacia, który mówił że "Jeżeli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma co się szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co by powiedzieć o 75 procent racji? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procent? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak."
