Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Współczesna proza światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Współczesna proza światowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 maja 2017

Lot nad kukułczym gniazdem, Ken Kesey

Nie wiem, czy to jakiś przedziwny zbieg okoliczności, ale nie trafiłem jeszcze na słabą książkę, której bohaterem jest chory psychicznie - "Ptasiek" Whartona, "K-Pax" Brewstera, "Obłęd" Krzysztonia z naszego podwórka i oczywiście "Lot nad kukułczym gniazdem". Książka z gatunku tych, o których mówi się - kultowa, choć swoje, na tym polu, zrobił pewnie też i film Milosa Formana.


Dziwna sprawa, ale książki Keseya w gruncie rzeczy nie odbiera się jako powieści o wariatach, żyjących w psychiatryku pod opieką personelu, który w gruncie rzeczy sam wymagałby opieki psychiatrycznej, wydawałoby się, że jest to jej najbardziej oczywiste odczytanie. To raczej parabola ukazująca stłamszenie wolności człowieka przez instytucje państwa. Zaskakujące, że to przykrawanie do obowiązującego wzorca odbywa się na własne żądanie ludzi, którym wmówiono niedostosowanie do obowiązujących norm. Okazuje się tymczasem, że to niedostosowanie jest wynikiem wrażliwości, wrażliwości na uczucia matki, żony czy też na społeczną dyskryminację. Jeśli ktoś dostrzega wady w społecznej maszynerii i nie godzi się z nimi to tym gorzej dla niego.

Dlatego też, "Lot nad kukułczym gniazdem" czyta się raczej jako książką o potrzebie wolności, o buncie, o niezgodzie na świat, w którym niewiele mamy do powiedzenia i który inni meblują nam mówiąc, że wiedzą lepiej od nas co jest dla nas dobre a co złe i odmawiają nam prawa dokonywania własnych wyborów. Jest gdzieś granica pozwolenia na taki porządek. Robimy to z różnych powodów, z obawy, pod namową, z niewiary we własne siły ale okazuje się, że nie jesteśmy gorsi od tych, którym wydaje się, że mają prawo decydowania o nas za nas. Że jeśli tylko chcemy możemy się z tych więzów, które w dużej mierze sami pomogliśmy sobie założyć wyzwolić. Jest gdzieś granica, trzeba tylko by ktoś nam pokazał, że da się ją przekroczyć, jeśli tylko naprawdę chcemy i zechcemy zadecydować sami o sobie.

Ci którzy decydują za nas, ze swoim poczuciem władzy sądzą, że są nieomylni, nie dlatego, że są inteligentniejsi od nas, mądrzejsi lecz tylko dlatego, że sądzą, iż mają nad nami władzę. W powieści Keseya władzę sprawuje, uzurpując ją sobie, siostra Ratched. Ta okoliczność sprawia, że książkę można doskonale "wyzyskać feministycznie", że tak powiem. Czyż uczynienie przez Keseya (mężczyznę) siostry oddziałowej (kobiety) postacią tłamszącej wolność, niszczącej osobowość pacjentów (mężczyzn) nie nadaje się do tego?! Nie wątpię, że krytyka ponowoczesna już się tym problemem zajęła, a jeśli nie to najwyższy czas ku temu by "zdekodować" ten przejaw męskiego szowinizmu niepotrafiącego się pogodzić z tym, że kobieta także może sprawować władzę.

Ale oczywiście nie dlatego "Lot nad kukułczym gniazdem" jest świetną powieścią. Jakoś jest tak, że w trakcie lektury "akcentu matriarchalnego" wcale nie odbiera się jako dominującego. Książka byłaby równie przejmująca gdyby na miejscu siostry Ratched znajdował się jakiś mężczyzna ogarnięty rządzą władzy. Zresztą siostra z oddziału furiatów i czarni (w czym zapewne krytyka postkolonialna znalazłaby dowód na na rasizm autora) pokazują, że zło u Keseya nie jest immanentną częścią kobiety lecz jest cechą ogólnoludzką, podobnie jak jest nią także dobro. 

poniedziałek, 28 września 2015

Lolita, Vladimir Nabokov

Pewnie jak u każdego normalnego ojca, nie występuje u mnie, nawet w minimalnym stopniu, tolerancja na aberracyjne zachowania wobec dzieci jakiejkolwiek płci ale nie zmienia to jednak faktu, że "Lolita" z jej apokryficznymi wyznaniami zboczeńca jest jedną z najlepszych powieści, jakie ostatnimi czasy zdarzyło mi się czytać. Nabokov dokonał w literaturze czegoś, co wydawało się niemożliwe - napisał świetną książkę, której główny bohater budzi odrazę, powieść tak sugestywnie napisaną, że czytelnikowi zdarza się zapomnieć, z czym w istocie rzeczy ma w "Lolicie" do czynienia, która przybiera pozór książki o miłości.


Co ciekawe, główny bohater i narrator, Humbert Humbert, jakby trochę kokieteryjnie przypomina czytelnikowi co jakiś czas kim jest w rzeczywistości, mówiąc wprost o swojej pedofilii ale też i rozciąga nad nią zasłonę dymną, którą miałaby być chociażby względność norm społecznych, historyczne przykłady podobnych zachowań czy wreszcie potęga jego uczucia. I tak dochodzimy do pytania, czy zboczeniec może kochać, czy miłość mężczyzny do dziecka może mieć ten sam wymiar co miłość mężczyzny do kobiety?

Tyle, że w przypadku "Lolity" nie ma się co oszukiwać, to nie jest miłość, to tylko niepohamowana żądza dorosłego człowieka do dziecka, które gdy tylko skończy piętnaście lat stanie się dla niego nieatrakcyjne. Przecież ani przez moment Humbert Humbert nie zachwyca się głębią intelektu Dolores Haze czy cechami jej charakteru - wręcz przeciwnie, widzi w niej pustą smarkulę ze wszystkimi przywarami jej wieku i która stanowi dla niego jedynie obiekt pożądania, któremu nie potrafi i nie chce się oprzeć. Ma też świadomość występności własnego czynu ale męki strachu przemieszane z zazdrością jego pożądanie jeszcze bardziej rozpalają. Tu nie ma troski o małą Haze, jako o dziecko, dorastającą dziewczynkę, osobę - jedyny problem jaki spędza sen z oczu jej ojczyma, to jak korzystać z jej wdzięków nie pakując się jednocześnie do więzienia. Wszystko w jego postępowaniu podporządkowane jest zaspokojeniu żądzy, łącznie z ożenkiem z matką dziewczynki, który stanowi tylko przepustkę dla realizacji jego pragnienia.

Cokolwiek byśmy nie powiedzieli o "młodszej nastolatce", jej charakterze i zachowaniu, to przecież w żaden sposób zachowanie Dolores nie usprawiedliwia Humberta Humberta, bo przecież nie w tym kierunku są przekazywane wzorce. W niczym nie tłumaczy go ani to, że nie był "pierwszy", ani to że dziecko wykorzystywało jego "słabość" oferując seks za pieniądze (które zresztą jej później ukradł), w swoim wygrywaniu jego pożądania w niczym nie ustępując dorosłej kobiecie.

Zwłaszcza ten ostatni motyw, to element ochronnej otoczki, którą wokół swego bohatera roztacza Nabokov. Tyle tylko, że nie na wiele się do zdaje, może także dlatego, że obmyślane przez Humberta Humberta modus operandi przypomina trochę "casus Polański" a tu gdzie wychodzi się poza sferę artystycznych wizji, trawestując Wyspiańskiego, rzeczywistość skrzeczy. Nie pomagają literackie odniesienia, łącznie z wędrówką po Stanach (co to może przypominać?), poszukiwania Lolity zwieńczone rozliczeniem finansowym mającym świadczyć o uczciwości Humberta Humberta (przecież nikt nie oskarżał go o to, że jest złodziejem) czy wreszcie krwawa zemsta, nawiasem mówiąc, warto zadać sobie pytanie, czym powoduje się zabijając swojego "następcę" i czy tak naprawdę jest jakaś znacząca różnica pomiędzy nim a Quilty'm? Wydaje mi się, że Nabokov był świadom słabości tej "zasłony dymnej" i dlatego też wolał uśmiercić swego bohatera, litując się w ten sposób nad nim, przed rozprawą sądową, która zignorowałaby jego "tajnie duszy" pokazując tylko to co pozostawało widoczne na zewnątrz. 

czwartek, 9 lipca 2015

Billy Bathgate, E.L. Doctorow

Moja znajomość z prozą Doctorowa datuje się od czasów liceum i lektury "Witajcie w Ciężkich Czasach". Kontynuowałem ją z różną intensywnością przez późniejsze lata i z różnym powodzeniem, większym w przypadku "Ragtime'u", "Billy'ego Bathgate'a""Wystawy światowej" i "Rezerwuaru",  mniejszym w przypadku "Księgi Daniela", "Jeziora Nurów" czy "Miasta Bożego"

Do trzech pierwszych mam szczególny sentyment, niezależnie od tego, że były lekturami czasów młodości a te zwykle mile się wspomina, choć powraca się do nich z różnym skutkiem - były wydane w PIW-owskiej serii "Współczesna proza światowa", która obok Klubu Interesującej Książki była literackim oknem na świat. Sporo tam było literatury z tzw. demoludów, która stanowiła równowagę dla pisarzy z Zachodu, którzy przeszli do historii literatury światowej i nadawali jej ton - Bellow, Cortazar, Eco, Grass, Heller, Kesey, Marquez, Nabokov, Vian, Vonnegut czy White, itd., itd., itd. Doctorow to może nie ta kategoria ale z pewnością pierwsza liga.


W pierwszej lidze mieści się też "Billy Bathgate", na którego podstawie został też nakręcony film pod tym samym tytułem i pewnie dlatego książka książka kojarzy mi się z "Dawno temu w Ameryce" (a i "Hoodlum gangster" za sprawą postaci, które występują zarówno w powieści jak i w filmie, zresztą nie najwyższych lotów mimo pierwszorzędnej obsady) ale także z "Manhattan Transfer" Dos Passosa. Jest to bowiem zarazem opowieść o inteligentnym i wrażliwym chłopcu, który odrzuca perspektywę, którą wieszczy swoim kolegom - "Przypisuję was na zawsze do wynajętych pokoi, wrzeszczących bachorów i nie rozgarniętych żon, skazuję na powolną śmierć w nieprawdopodobnym zniewoleniu, na drobne przestępstwa i nędzne zarobki, na oglądanie rzędu cel w bloku więziennym do końca waszych dni" na rzecz przynależności do świata gangów i jednocześnie portret Nowego Jorku lat 30-tych ubiegłego wieku.

Powieść Doctorowa w porównaniu z tym, do czego jesteśmy przyzwyczajeni przez polskich autorów, którzy wzięli za bohaterów swoich książek, chłopców w okresie dorastania znacząco się różni, co wynika zapewne w dużej części z tego, że adresowana jest do dorosłego czytelnika w przeciwieństwie do powieści Żeromskiego, Parandowskiego czy Nowakowskiego. Tam mamy chłopców tkwiących w dzieciństwie z problemami klasycznymi dla "rytuału przejścia", tu przedwczesną dorosłość i próbę odnalezienia się "w rozległym, ziejącym pustką świecie dorosłości, gdzie króluje przerażenie." Wejście w ten świat oznacza konieczność sprostania jego wymaganiom bez żadnej taryfy ulgowej, z obowiązkami dorosłego, bez praw dziecka i zgodę na utylitarne traktowanie, gdzie ocenia się go tylko z punktu widzenia przydatności w rozgrywkach świata dorosłych.

Ale to nie są dla Billy'ego wady, on akceptuje te prawidła - "cała sprawa polega na tym, że gdy już należysz, to nie lękasz się gwałtownej śmierci, w jej obliczu zwijasz się tak, jak nigdy by nie zdołał zwykły śmiertelnik", wszak alternatywa jest tak niepociągająca... Zresztą chce podbić świat - "żywił przekonanie, że nie powinien odczuwać wdzięczności za to co go spotyka, tylko brać, co dają, bo to mu się należy" i chociaż już wie, co wcale nie jest takie oczywiste w jego wieku, że "wszystko ma swoją cenę, i ponieważ nie wyrównałby rachunku nawet płacąc życiem, postanowił wykorzystać dany mu czas".

Chroni go inteligencja i wrażliwość, której wyznacznikiem jest miłość do dwóch kobiet jego życia: cierpiącej na zaburzenia psychiczne matki i kochanki gangsterów. To co sam mówi o swoim przyjacielu, patologicznym zbieraczu śmieci w jakimś sensie odnosi się do niego samego - "Kochać to, co zepsute, obdarte, uszkodzone. Kochać to, co nie działa. Kochać to, co pogięte, wyszczerbione i zdekompletowane. Kochać to co śmierdzi i nikomu by się nie chciało tego oczyścić z brudu, żeby ustalić, czym właściwie jest. Kochać to co ma nieokreślony kształt, niewiadomy cel i nieodgadniętą funkcję. Kochać i nie porzucić." Bo obie kobiety mają "feler" - matka jest chora psychicznie, a z kolei Drew Preston - nierozważnie dobiera sobie towarzyszy pozamałżeńskich przygód, mówiąc bardzo oględnie. Billy, obie te kobiety kocha i nie porzuca, co więcej, naraża życie by ocalić Drew (jedną z ciekawszych postaci książki), kobietę która "ma zbyt niezależny charakter i żyje samotnie wśród własnych tajemnic; taka już jest, wyłącznie sama decyduje i sama ze sobą rozmawia, bez względu na to, jak ponętnie blisko znajduje się w danej chwili." Ale wydaje mi się, że to tylko pozorna wolność, w gruncie rzeczy bowiem jest ograniczona przez mężczyzn nadających ramy jej życiu, choć decyzja co do tego czym i jak je wypełni pozostawiona jest już jej samej.

Świetna książka, polecam. 

środa, 1 lipca 2015

Imię róży, Umberto Eco

Jakiś czas temu trafiłem na recenzję "Psa Baskerville'ów", co prawda jej autorka dała upust fantazji dopisując do powieści Conan Doyle'a rzeczy, których w niej ze świecą szukać ale dla mnie ten tekst był niczym Proustowska magdalenka zamoczona w herbacie bo skojarzył mi się z innego rodzaju bohaterem z Baskerville. Chodzi oczywiście o Wilhelma z Baskerville, opiekuna i nauczyciela Adsa z Melku, narratora i głównego bohatera "Imienia róży", jednej z najlepszej powieści kryminalnych. Pamiętam wrażenie, jakie zrobiła ona na mnie wówczas, gdy zetknąłem się z nią lata temu, jak tylko ukazało się jej polskie tłumaczenie. Należała do tych książek, które wywołują efekt "wow"! Znacznie chłodniej odebrałem ją po latach, postanowiłem więc ponownie sprawdzić, jak to z nią jest naprawdę - do trzech razy sztuka.


Nie ma co ukrywać, to nie książka dla "paidikoi, ephebikoi, gynaikeiosi", jakby powiedział mentor Adsa. Za "historią kradzieży i odwetu rozgrywającą się wśród niezbyt cnotliwych mnichów" i "wokół zakazanej księgi" jakież kryje się bogactwo tematów wątków. O ich ważności można oczywiście dyskutować. Pierwszy - kryminalny, spopularyzowany przez film o tym samym tytule co powieść (ale różniący się od niej znacznie), jest najbardziej oczywisty. Średniowieczny Sherlock Holmes, franciszkański zakonnik przy pomocy swego doktora Watsona, benedyktyńskiego nowicjusza rozwiązują zagadkę śmierci jednego, potem dwóch, trzech i kolejnych śmierci zakonników, żyjących w opactwie, które "jest jakby pomniejszonym kosmosem" i którego życie nadaje powieści rytm widoczny nawet w samym podziale na rozdziały.

Poprzez przyczynę zbrodni dochodzimy do drugiego motywu, sprawiającego, że "Imię róży" ze względu na temat można postawić obok "Auto da fe" czy "Zbrodni Sylwestra Bonnard" a z młodszych powieści, także "Klubu Dumas", w którym "biblioteka jest wielkim labiryntem, znakiem labiryntu świata. Wchodzisz i nie wiesz, czy wyjdziesz", stanowi centrum wszechświata, gdzie jak przystało na powieść detektywistyczną "księgi nie po to są, by w nie wierzyć, lecz by poddawać je badaniu. Mając przed sobą księgę, nie powinniśmy zadawać sobie pytania, co ona zawiera, ale co chce powiedzieć".

Z kolei, motyw "książkologiczny" łączy się z trzecim - filozoficzno-religijnym, w szerokim tego słowa znaczeniu obejmującym, zarówno historię filozofii okresu średniowiecza - wymowny jest tu ukłon w stronę Etienne Gilsona autora m.in. "Historii filozofii chrześcijańskiej w wiekach średnich" i bezpośrednie odwołanie się do postaci i poglądów św. Tomasza z Akwinu, Williama Ockhama czy Rogera Bacona,  historię ruchów religijnych z ruchami odnowy Kościoła i nurtami heretyckimi wreszcie aluzje do zawodowych zainteresowań samego Eco.

Te ostatnie sprawiają, że gdy czyta się semiotyczne (zresztą nie tylko) wynurzenia Wilhelma z Baskerville, rozsiane po powieści, jak choćby te, w których mówi - "Nigdy nie powątpiewałem w prawdziwość znaków (...) są jedyną rzeczą, jaką człowiek rozporządza, by miarkować się w świecie. Tym, czego nie pojąłem, była relacja między znakami." albo "Nie zawsze ślad ma ten sam kształt, co ciało, które go odcisnęło, i nie zawsze powstaje z nacisku ciała. Czasem odtwarza wyobrażenie, jakie ciało pozostawiło w naszym umyśle, i jest to wtenczas ślad idei. Idea jest znakiem rzeczy, a obraz jest znakiem idei, znakiem znaku. Ale z obrazu odtwarzam, jeśli nie ciało samo to ideę, jaką ktoś inny o nim miał." czy "Dobrem dla księgi jest by była czytana. Księga uczyniona jest ze znaków, które mówią o innych znakach, te zaś z kolei mówią o rzeczach. Bez oka, które je czyta, księga kryje znaki, które nie wytwarzają pojęć, a więc jest niema" można odnieść wrażenie, że za postacią Wilhelma kryje się sam Umberto Eco, choć nie wiem czy Wilhelm tego przypuszczenia nie uznałby za zbyt wątłą przesłankę.

Jest też "Imię róży" powieścią historyczną, osnutą wokół sporu pomiędzy papiestwem a cesarstwem z tłem w postaci ruchów religijnych. Czas akcji, jeden tydzień roku 1327 jest w gruncie rzeczy granicą bardzo płynną bo akcja odwołuje się wielokrotnie to wydarzeń, które miały miejsce zarówno przed jak i po tym okresie. Jednak to co mnie najbardziej pociąga w tej książce to historia głównego bohatera odkrywającego świat i ludzką naturę. To tym odkryciom połączonych z chwilami melancholiczną tęsknotą za bezpowrotnie minioną przeszłością i świadomością własnej niedoskonałości poświęcone są najpiękniejsze strony książki, gdy Adso pisze z równym przejęciem i żarem o życiu i śmierci za wiarę na stosie i miłości do nieznanej nawet z imienia dziewczyny, która stała się źródłem tęsknoty niewygasłej przez całe jego życie - "Dzisiaj, starzec, znałbym tysiące sposób, by uciec od tych powabów (i zastanawiam się, na ile powinienem być z tego dumny, teraz, gdy wolny jestem od pokus południowego demona; lecz bynajmniej nie wolny od innych, tak że zastanawiam się, czy to, co teraz czynię, nie jest występną uległością wobec ziemskiej namiętności wspomnienia, owej głupiej pokusy ucieczki przed płynącym czasem i przed śmiercią)".

Eco prezentuje stoicki pogląd na naturę człowieka, świadom jest jego słabości, co widoczne jest w lakoniczniej a przecież poruszającej refleksji Hubertyna - "Może zgrzeszyłem - szepnął. - Na pewno zgrzeszyłem. Cóż innego mógł uczynić grzesznik?" i Wilhelma - "Były zastępy takich, którzy zastanawiali się, czy Chrystus się śmiał. Sprawa nie interesuje mnie zbytnio. Sądzę, że nie śmiał się nigdy, gdyż był wszechwiedzący, jak winien być Syn Boży, więc wiedział, co uczynimy, my chrześcijanie". Wywiera to na powieści niepowtarzalne piętno refleksyjności ale są też strony, przy których lekturze trudno się nie uśmiechnąć, choć pewnie na niektóre czytelniczki (bo raczej nie czytelników) mogą działać jak czerwona płachta na byka. To uwagi na temat kobiety, która jest "naczyniem diabła", przez którą "diabeł przenika do serc mężów" i która "chwyta drogą duszę mężczyzny i najmocniejszych doprowadza do zniszczenia". Miłośniczkom romansów też zapewne nie bardzo się spodoba miłość rozumiana "jako dręczące rojenie natury melancholijnej, które rodzi się wskutek ustawicznego rozmyślania o licu, gestach i obyczajach osoby przeciwnej płci", choć na szczęście jest na to lekarstwo, -wg Awicenny - "połączenie dwojga kochanków węzłem małżeńskim, i choroba minie."

sobota, 13 września 2014

Blaszany bębenek, Günter Grass

To chyba była pierwsza obrazoburcza książka, którą czytałem. Nawet w swej ocenzurowanej wersji. Gdy ją czytałem prawie trzydzieści lat temu, główny bohater jako Jezus, obrońca gdańskiej Poczty Polskiej okazujący się tchórzem, Gdańsk będący niemieckim miastem czy rosyjscy "wyzwoliciele"  palący miasto, zabijający bezbronnych i gwałcący kobiety, to było coś naprawdę zaskakującego i wobec czego nie przechodziło się obojętnie.

Teraz, po ponownej lekturze po latach, bardziej rzucił mi się w oczy rozliczeniowy (dla niemieckiego czytelnika) charakter książki z jednej strony, z drugiej zaś zakotwiczenie w "małej ojczyźnie". To ten drugi motyw zapoczątkował widoczną od kilku lat u nas modę na powieści eksploatujące powrót do przeszłości.


Został on przecież wykorzystany przez Paweł Huelle w "Weiserze Dawidku" a potem, już w mocno naciągany sposób w "Hanemannie" Stefana Chwina, a po tych pierwszych próbach, dzisiaj jest to już zabieg spowszedniały i skomercjalizowany do bólu w swoich kolejnych mutacjach rozciągających się na co raz to inne miasta. Ale co może wiedzieć o atmosferze przedwojennego miasta ktoś, kto nigdy jej nie czuł a zna co najwyżej z książek i starych pocztówek?

U Grassa nie ma tej magicznej atmosfery "Dzieci Jerominów" Ernsta Wiecherta, nie ma tego co nazywa się genius loci a przynajmniej nie w takim znaczeniu, w jakim kojarzą się nam powroty do krainy dzieciństwa. Gdańsk to miejsce bardzo realne, kojarzące się przede wszystkim z ludźmi ale także ze scenami pozbawionymi jakiejkolwiek poezji, by przypomnieć tylko słynną scenę poławiania węgorzy, czy nie mniej obrzydliwą jaką było przygotowanie przez dzieci z podwórka "zupy", którą nakarmiono Oskara.

No właśnie, o co Grassowi chodzi z tym Oskarem? - przecież "Blaszany bębenek" nie jest tylko groteskową historią o złośliwym, egocentrycznym, zboczonym pokurczu. To ktoś, kto w świecie, w którym "nie ma już indywidualistów, bo indywidualność zaginęła, bo człowiek jest samotny, bez prawa do indywidualnej samotności i tworzy bezimienną i abohaterską masę" chce zachować swoją odrębność, prawo do bycia tym kim on chce być a nie tym kim ma zostać za sprawą decyzji innych. "Dlatego na znak protestu bębnił na zwyczajnej dziecięcej zabawce." Dlatego też zostaje prowodyrem bandy "Wyciskaczy", którzy podobnie jak on chcą zachować swoją niezależność, głosząc - "Nie mamy nic wspólnego z żadnymi partiami, walczymy przeciwko naszym rodzicom i wszystkim innym dorosłym; obojętnie, za czym są albo przeciw czemu" - choć w gruncie rzeczy jest to tylko głupi, szczeniacki bunt.

Jak sam o sobie powiada "ja, Oskar, symbolizuję zniweczony obraz człowieka oskarżycielsko, prowokacyjnie, ponadczasowo". Sam też przyznaje się do uczestnictwa w śmierci tych, z którymi w jakiś sposób był związany. Cmentarze zawsze go pociągały. "Są wypielęgnowane, jednoznaczne, logiczne, męskie, żywe. Na cmentarzach można nabrać otuchy i podjąć decyzje, dopiero na cmentarzach życie nabiera konturów - nie mam tu na myśli obramowań grobów - i, jeśli kto chce, sensu". Nic więc dziwnego, że z czasem budził wśród ludzi podświadomy lęk a jednocześnie jego gra na bębenku z upływem lat zdobywała sobie coraz to nowych słuchaczy tyle że wyłącznie wśród dorosłych. Dlaczego? Bo to oni tylko rozumieli wagę pytań "Skąd przychodzisz? Dokąd idziesz? Kim jesteś? Jak się nazywasz? Czego chcesz?", których nie zadają sobie jeszcze nastolatkowie. To oni pozbawieni swoich korzeni rozumieli co to znaczy "przygarnięty, odtrącony, usunięty, wciągnięty, wypędzony, zrozumiany".

Ale to rozumienie wśród nowych słuchaczy nie jest dla niego żadną satysfakcją. On tęskni "za utraconymi proporcjami trzylatka", za przeszłością, do której nie można już wrócić i której nie można też odwrócić. Tęskni za utraconym czasem bo przecież czuł "się współwinny wraz z tymi wszystkimi, którzy myśleli sobie: załatwmy sprawę teraz, a będziemy ją mieli z głowy i później, jak znów wszystko się odwróci ku lepszemu, nasze sumienie będzie czyste". Stąd pewnie ta atawistyczna chęć powrotu do "czterech spódnic babki Koljaiczkowej" z Bysewa, do wieku niewinności, do czasów, gdy wszystko mogło jeszcze inaczej się potoczyć. Ale ani powrót nie jest możliwy ani oczyszczenie niemieckiego sumienia nie jest takie łatwe skoro ciągle jeszcze żyją ci, dla których "rozkaz nie został odwołany" (to musiało być znaczące zjawisko, bo motyw ten pojawia się w innej znanej powieści rozliczeniowej - "Lekcja niemieckiego" Siegfrieda Lenza).

Dla nas jednak znacznie ciekawsze niż niemieckie poczucie winy, jeśli w ogóle można mówić o winie w kategoriach zbiorowych, są dla nas polskie motywy w "Blaszanym bębenku" (ciekawostka - z książki wynika, że Matka Boska Częstochowska i Czarna Madonna to dwa różne przedstawienia, co można chyba zaliczyć na konto autora, choć zrazy królewieckie to już raczej potknięcie tłumacza) czasami dla niektórych czytelników mogące być ciężkostrawne jak choćby wspomniany wcześniej, motyw tchórzliwego obrońcy Poczty Polskiej albo odrębności Kaszubów, których "nie można przenieść nigdzie, oni zawsze muszą być tutaj i nadstawiać głowy, żeby inni mogli uderzyć, bo my za mało polscy jesteśmy i za mało niemieccy, bo jak ktoś jest Kaszubą, nie wystarcza to ani Niemcom, ani Polakom".

Polecam.

środa, 2 października 2013

Wodnikowe Wzgórze, Richard Adams

Na "Wodnikowe Wzgórze" trafiłem zupełnie przypadkowo, jeszcze w czasach gdy na książki autentycznie się "polowało" a czarna, lakierowana obwoluta z kółeczkiem "Współczesnej literatury światowej" była gwarancją rozrywki na poziomie, czasami mniej, czasami bardziej udanej. Powieść Adamsa należy zdecydowanie do tej drugiej grupy.


Zabierałem ją do pociągu "z pewną taką nieśmiałością" bo podróż długa (PKP jak powszechnie wiadomo gwarantuje coraz dłuższe podróże) a powroty do lektur sprzed lat, jak wielokrotnie już się przekonałem, niosą ze sobą spore ryzyko więc prawdopodobieństwo sam na sam z nietrafioną lekturą było spore. Na szczęście moje obawy zupełnie się nie potwierdziły. Czar "Wodnikowego Wzgórza" ciągle trwa i widać, że króliki mają dobrą passę w literaturze bo to i u Potter, Milne'a i Carrolla, wszystkie one są na swój sposób urokliwe.

Historia wędrówki królików w poszukiwaniu swego miejsca na ziemi, podobnie jak powieść Carrolla choć pisana z myślą o dzieciach, bawi dorosłych. Motyw wędrówki i doświadczonych w jej czasie przygód przywodzi zresztą na myśl jeszcze jedną bajkę dla czytelników w wieku od lat 9 do 99, a mianowicie "Hobbita czyli tam i z powrotem". O ile jednak u Tolkiena jest to świat wymyślony od A do Z, to w "Wodnikowym wzgórzu" mamy do czynienia z realiami, które są każdemu znane, i nie ma tu znaczenia, że akcja rozgrywa się w okolicy angielskiego miasteczka Newbury (Berkshire) a nie w Polsce.

W świecie stworzonym przez Adamsa króliki mają ludzkie cechy i mimo wielokrotnych zastrzeżeń poczynionych w powieści zachowują się jak ludzie. Zdarza się, że niektóre z nich budują swój świat według najgorszych ludzkich wzorców opierając się na przemocy i strachu, albo w zamian za komfort, gotowe są poświęcić życie innych i swoje. Na szczęście jednak główni bohaterowie są uosobieniem pragnienia życia w wolności i przyjaźni. Świat zwierząt wcale nie jest mniej skomplikowany niż nasz (mają nawet własną mitologię kojarzącą mi się może za sprawą miana jej głównej postaci - El-ahrera z "Baśniami z tysiąca i jednej nocy", jednocześnie jednak opowieści o nim rozbijają tok narracji i jakoś nie przypadły mi do gustu) w dodatku narażony na niebezpieczeństwa wobec, których są bezradne i bezbronne. Z całą ostrością widać to w scenie niszczenia królikarni podczas przygotowania terenu pod budowę osiedla, czy rozwikłaniu zagadki "szczęśliwego życia" królikarni Pierwiosnka przywodzącą na myśl cytat z T. Casey Brennan'a "Biedne zwierzęta!! Jak zazdrośnie bronią swoich nieszczęsnych ciał, które dla nas są jedynie kolacją, a dla nich całym życiem". Na szczęście wszystko kończy się dobrze.

Świetna książka, chwilami zmuszająca czytelnika do refleksji ale jednak pogodna, z gatunku tych, od których nie można się oderwać i które czyta się jednym tchem.

sobota, 29 grudnia 2012

Kobieta z wydm, Abe Kobo

W ramach świątecznego remanentu powróciłem po prawie 30 latach do "Kobiety z wydm" Abe Kobo. W redakcyjnej notce przeczytałem, że to japoński Kafka i rzeczywiście skojarzenia z "Zamkiem" nasuwają się same - tyle, że o ile tam bohater usiłuje się dostać do środka tak tu usiłuje wydostać się na zewnątrz, a śnieg został zastąpiony piaskiem.


"Kobieta z wydm" to jedna z tych książek, które wymagają lektury w ciszy i spokoju rewanżując się za to czytelnikowi atmosferą, spod której trudno się wyzwolić jeszcze jakiś czas po zamknięciu książki. Pozornie niewiele się tu nie dzieje. Przypadkowy mężczyzna zostaje uwięziony i zmuszony do pomagania samotnej kobiecie w ochronie jej domu przed zasypującym go piaskiem. Cel, jakim w trakcie tego uwięzienia staje się dla niego wolność, okazuje się wcale nie tak istotny, gdy tylko pojawia się możliwość wolnego wyboru. To co stanowiło jeszcze przed chwilą więzienie, z którego starał się za wszelką cenę wydostać przestało nim być, gdy od mężczyzny zależy decyzja o pozostaniu w nim.  Co więcej, w momencie gdy pojawia się możliwość wolnego wyboru, jego świat zostaje przewartościowany i staje się jak wstęga Mӧbiusa (nazwisko to nieprzypadkowo pada w powieści) - jednopłaszczyznowy. To co było złem okazuje się już nim nie być a jego dotychczasowe miejsce wcale nie musi być zajęte przez coś innego. Mnie jednak bardziej zaintrygował motyw samotności i to samotności nie kobiety lecz mężczyzny. Bo o ile ona ze swoją syzyfową pracą wykonywaną nie tyle nawet dla własnego dobra (a na pewno nie tylko), ile w interesie zbiorowości, do której należy jest częścią wspólnoty, to zgłoszenie przez matkę zaginięcia mężczyzny po ponad sześciu latach jest tak samo wymowne jak sam fakt zaginięcia. Okazuje się, że życie, w którym czuł się wolny pozbawione było znaczenia i sensu. Jego namiastka - poszukiwanie chrząszczy, po to by zapewnić przetrwanie pamięci o samym sobie w nazwie owada zapisanej w atlasie, do którego zajrzą zapewne tylko entomolodzy jest rozpaczliwą próbą zaznaczenia własnej obecności na świecie. To uwięzienie, praca i życie z nieznaną kobietą  nagle nadaje jego życiu sens - okazuje się, że jest potrzebny i jest istotną częścią zbiorowości. Równie interesujący wydaje się też motyw piasku, wielokrotnie podkreślany jego mikroskopijny rozmiar a jednocześnie niszczący wpływ nie tylko na rzeczy ale także i na ludzi. Mam wrażenie, że zmaganie z nim stanowi metaforę ludzkiego losu, na który składają się niewielkie, codzienne wydarzenia, które odkładają się jednak swoim ciężarem na człowieku. Jego życie jest kształtowane  niekoniecznie przez przełomowe wydarzenia będące często sprawą przypadku ale przede wszystkim przez niezauważalną w swojej powszedniości nieefektowną prozę życia. Bez dwóch zdań - świetna książka.

niedziela, 7 października 2012

Jesień w Pekinie, Boris Vian

Poczytując sobie klasykę oświecenia, w przerwie pomiędzy "Kandydem" i "Kubusiem Fatalistą" (będzie jeszcze o nich przy innej okazji) przeprosiłem się Borisem Vianem, który od lat zbierał kurz na półce. Jego "Piana złudzeń" znalazła się na 10 miejscu na liście 100 książek XX wieku ogłoszonej przez Le Monde. Ale to jakieś nieporozumienie bo to miejsce, moim zdaniem, należy się "Jesieni w Pekinie". Podobno gdy Herling-Grudziński chciał się pośmiać sięgał po "Marksizm a zagadnienia językoznawstwa" Stalina, to rzeczywiście dobry wybór ale ja wolę jednak "Jesień...". Uchodzi ona za przejaw surrealizmu w literaturze, a że podchodzę raczej podejrzliwie do rozmaitych -izmów więc i do niej podchodziłem z dużą dozą ostrożności. O ile  bowiem w malarstwie surrealizm, oczywiście tych najwyższych lotów, ma ustaloną markę, to w literaturze, przynajmniej jeśli chodzi o mnie, jakoś nie budzi zaufania. 


Powieść Viana to zaufanie odbudowuje (albo buduje) - "Anna stwierdził, że walizka jest bardzo ciężka: zadał sobie pytanie, czy słusznie wypchał ją artykułami drugiej potrzeby. Nie udzielił sobie odpowiedzi przez najszczerszą złą wolę i za karę pośliznął się na ostatnim stopniu świeżo wywoskowanych schodów. Noga pojechała mu do przodu, a wraz z nią ruchem towarzyszącym, prawa ręka, wskutek czego walizka wyleciała jak z prozy i rozbiła szybę nadświetla. Anna podniósł się szybko, jednym skokiem znalazł się na ulicy i złapał spadającą walizkę. Ugiął się pod ciężarem, naprężył i przy tym wysiłku wyrwała mu się z kołnierzyka promienna metalowa spinka, kupiona przed pięcioma laty na kiermaszu aktów strzelistych. Krawat rozluźnił mu się natychmiast o parę centymetrów i cały ceremoniał wychodzenia trzeba było powtórzyć od nowa. Anna podniósł walizkę, ze straszliwym wysiłkiem cisnął ją z powrotem przez nadświetle, pobiegł tyłem żeby ją złapać, i wstecznym biegiem wjechał na schody ostatnich dziesięć stopni pod górę. Westchnął z ulgą czując, że krawat zaciska się z powrotem a spinka łaskocze mu znów jabłko Adama. Tym razem wyszedł z domu bez przeszkód i skręcił posłusznie wraz z chodnikiem."

Już pierwsze zdania książki mogą wpędzić w nieomalże bałwochwalczy zachwyt kogoś kto gustuje w dowcipie, jaki prezentuje Monty Python, dla jego amatorów jest to lektura obowiązkowa. Vian ani na chwilę nie obniża lotów - opary absurdu i czarny humor cały czas towarzyszą czytelnikowi. Co zaskakujące ten absurd wykazuje częstokroć zaskakujące właściwości aplikacyjne - "W jakim pan jest wieku?- Nie mogę określić dokładnie - powiedział Amadeusz. Początku nie pamiętam. Mogę co najwyżej podać panu informacje z drugiej ręki, których nie jestem pewien. Więc wolę nie." - wszak to gotowy respons w odniesieniu do pytań zadawanych zwłaszcza czytelniczkom w "pewnym wieku"?!

Ten rodzaj gry prowadzonej w powieści sprawia jednak, że książka wcale nie jest taka łatwa w odbiorze, jakby się to pozornie wydawało. Zaryzykowałbym nawet, że jest to książka do wielokrotnego czytania i to niekoniecznie zawsze od początku. Pokłady surrealizmu w jednorazowej pełnej dawce zatracają swój "sens" o ile w ogóle to słowo w stosunku do "Jesieni w Pekinie" może paść bo nawet tytuł ma się nijak do zawartości i na próżno szukać ich wzajemnego związku.

Utarło się uważać ją za powieść o budowie kolei na pustyni w Egzopotamii. Ale to bardzo powierzchowne spostrzeżenie, owszem jest to powieść i o tym ale nie tylko. Równie ważny jest motyw prowadzonych wykopalisk, a więc zderzenie przyszłości (związanej z osiągnięciami techniki uosobionej przez budowę kolei) i przeszłości (w postaci poszukiwań i odkryć tego co minęło) oraz przewijające się motywy miłości (zarówno hetero- jak i homoseksualnej) i śmierci.

Momentami ma się wrażenie, że treść sama w sobie pełni drugorzędną rolę i jest pretekstem dla popisów absurdalnego humoru Viana. Budowa linii kolejowej (przypomina trochę interesy handlowe, jakie później na Sycylii będzie prowadził Milo Minderbinder z "Paragrafu 22" J. Hellera a autobusy linii 975, którą Amadeusz Dode dotarł o "dwa szmaty drogi" od pustyni kojarzą się  z ... autobusem dla zagubionych czarodziejów z cyklu powieści o Harrym Potterze J. K. Rowling). "- Będziemy budować tu kolej - odparł Amadeusz. - Napisałem w tej sprawie do mojej firmy. Wpadłem na ten pomysł dziś rano. 
- Ale tu nie ma żadnych podróżnych - zauważył Atanagoras.
- Uważa pan, że podróżni są koniecznie potrzebna kolei do szczęścia?
- No, nie - odparł Atanagoras. - Oczywiście, że nie.
- Tabor nie będzie się zużywał - wyjaśnił Amadeusz. - Przy ustalaniu kosztów eksploatacji nie będzie więc trzeba w ogóle brać pod uwagę amortyzacji sprzętu. Rozumie pan co to znaczy?
- Dobrze, ale pan uwzględnia tylko rozchód, a gdzie przychód? - zwrócił uwagę Atanagoras.
- Co się pan tan znasz na interesach!"

Nawet dla średnio zorientowanych w literaturze, czytelne są odniesienia do Romea i Julii, a strefa cienia budzi skojarzenia z Alicją po drugiej stronie lustra. Ale oprócz tego, że książka jest świetną zabawą konwencją i językiem, czego nie sposób przecenić, to jest także powieścią obrazoburczą, dla której nie ma nic świętego. Dostaje się w niej wszystkiemu, z czym kojarzy się tradycyjne społeczeństwo; Kościołowi, biurokracji, kulturze, kobietom, homoseksualistom - do wyboru, do koloru. W tym paśmie "wyśmiań i wyszydzeń" pojawiają się jednak czasami niepokojąco serio brzmiące spostrzeżenia jak to, że "(...) na ogół nikt nic nie wie. A ci, co powinni wiedzieć, to znaczy ci, co manipulują ideami, pichcą je i serwują potem w takiej postaci, iż przekonani są, że to ich własna myśl, nie odnawiają nigdy zapasów tego, z czego pichcą, tak że w rezultacie to, co mówią i jak mówią, wyprzedza zawsze o jakieś dwadzieścia lat sam przedmiot ich wywodów. Skutek jest taki, że nie można dowiedzieć się od nich niczego, bo im wystarczają same słowa", które sprowadzają czytelnika na ziemię i nasuwające refleksję, że może "Jesień w Pekinie" to coś więcej niż tylko świetna rozrywka dla wymagających.

sobota, 28 kwietnia 2012

"Henderson, król deszczu", Saul Bellow

Na "Hendersona, króla deszczu" natrafiłem jeszcze w latach licealnych (1983), kiedy codzienne polowanie na książki w nieistniejącej już księgarni po lekcjach miały charakter rytuału. Gwarancją jakości była piwowska seria 'Współczesna proza światowa". O autorze i książce nie miałem żadnego pojęcia. Wówczas książkę wchłonąłem. Powróciłem do niej po latach, gdy już wiedziałem, że Saul Bellow dostał nagrodę Nobla (1976) za "humanistyczne zrozumienie i subtelną analizę współczesnej kultury zawartej w jego twórczości", za samą książkę nagrodę Pulitzera (1960) a tytułowy bohater Eugene Henderson ma wiele cech wspólnych z autorem (w sferze biograficznej m.in. "niezbyt uporządkowane życie osobiste" mówiąc oględnie, służba w piechocie morskiej, podróż po Francji) co zresztą Bellow sam deklarował.


Mimo, że problemy Hendersona wydają się bliższe - cóż, bagaż doświadczeń życiowych - to jednak, książka wyraźnie mi "nie szła", przynajmniej do czasu. To historia o wydawałoby się człowieku sukcesu w średnim wieku, bogatym zarówno jeśli chodzi o pieniądze jak i doświadczenia życiowe, który miota się nie potrafiąc znaleźć sensu życia, zatruwając je za to wszystkim dookoła. Pod wpływem impulsu wyjeżdża do Afryki. Nie udało mi się umiejscowić miejsca akcji w realnym świecie - choć wydaje mi się, ze mogła się ona rozgrywać gdzieś w południowym Sudanie, może Ugandzie. Opisy tamtejszej sztuki, gdzie "strojono też i bielono wapnem bożki i fetysze, składano im ofiary. Starucha z włosami zaplecionymi w małe sztywne warkoczyki chlusnęła jakimś żółtawym jadłem na jeden z tych posążków i teraz wywijała mu nad głową dopiero co zarżniętym kurczakiem" nie przybliżyły mnie do wyjaśnienia tej zagadki. Nie ważne - w każdym razie oderwanie od cywilizacji, powrót do natury mają Hendersonowi pomóc w odnalezieniu sensu życia. Stara się zrozumieć samego siebie ale jego starania i chęć by zrobić coś dobrego dla mieszkańców oddalonej od cywilizacji wioski, do której trafił za sprawą swojego przewodnika, przemieniają się w klęskę. Ze wstydem i świadomością szkody jaką wyrządził trafia do kolejnej, gdzie zostaje królem deszczu - Sungo. Jej wódz - król zostaje jego przyjacielem i wtajemnicza go w swój pogląd na świat; "(...) pryszcz na nosie kobiety może być jej własną ideą ucieleśnioną dzięki przeistoczeniu na solenny rozkaz jej psyche; sięgając głębiej, sam nos, chociaż dziedziczny, częściowo jest też jej własną ideą". To jedna z wielu nauk króla, który wierzy w przeistoczenie we lwa i tę wiarę wraz z cechami przynależnymi królewskiemu zwierzęciu usiłuje zaszczepić Hendersonowi, co nie jest łatwe zważywszy na fakt, że ten w swoim dawnym życiu czuł więź ze ... świniami. Śmierć króla i czas spędzony w świecie, w którym liczą się podstawowe wartości nie idzie jednak na marne.

Mimo, że Bellow'em nie przepadam a i lepsze od "Hendersona", moim zdaniem, są "Herzog" oraz "Przypadki Augiego Marcha" to jednak po jego przeczytaniu trudno nie zgodzić się z uzasadnieniem Akademii Szwedzkiej.