Nie wiem, czy to jakiś przedziwny zbieg okoliczności, ale nie trafiłem jeszcze na słabą książkę, której bohaterem jest chory psychicznie - "Ptasiek" Whartona, "K-Pax" Brewstera, "Obłęd" Krzysztonia z naszego podwórka i oczywiście "Lot nad kukułczym gniazdem". Książka z gatunku tych, o których mówi się - kultowa, choć swoje, na tym polu, zrobił pewnie też i film Milosa Formana.
Dziwna sprawa, ale książki Keseya w gruncie rzeczy nie odbiera się jako powieści o wariatach, żyjących w psychiatryku pod opieką personelu, który w gruncie rzeczy sam wymagałby opieki psychiatrycznej, wydawałoby się, że jest to jej najbardziej oczywiste odczytanie. To raczej parabola ukazująca stłamszenie wolności człowieka przez instytucje państwa. Zaskakujące, że to przykrawanie do obowiązującego wzorca odbywa się na własne żądanie ludzi, którym wmówiono niedostosowanie do obowiązujących norm. Okazuje się tymczasem, że to niedostosowanie jest wynikiem wrażliwości, wrażliwości na uczucia matki, żony czy też na społeczną dyskryminację. Jeśli ktoś dostrzega wady w społecznej maszynerii i nie godzi się z nimi to tym gorzej dla niego.
Dlatego też, "Lot nad kukułczym gniazdem" czyta się raczej jako książką o potrzebie wolności, o buncie, o niezgodzie na świat, w którym niewiele mamy do powiedzenia i który inni meblują nam mówiąc, że wiedzą lepiej od nas co jest dla nas dobre a co złe i odmawiają nam prawa dokonywania własnych wyborów. Jest gdzieś granica pozwolenia na taki porządek. Robimy to z różnych powodów, z obawy, pod namową, z niewiary we własne siły ale okazuje się, że nie jesteśmy gorsi od tych, którym wydaje się, że mają prawo decydowania o nas za nas. Że jeśli tylko chcemy możemy się z tych więzów, które w dużej mierze sami pomogliśmy sobie założyć wyzwolić. Jest gdzieś granica, trzeba tylko by ktoś nam pokazał, że da się ją przekroczyć, jeśli tylko naprawdę chcemy i zechcemy zadecydować sami o sobie.
Ci którzy decydują za nas, ze swoim poczuciem władzy sądzą, że są nieomylni, nie dlatego, że są inteligentniejsi od nas, mądrzejsi lecz tylko dlatego, że sądzą, iż mają nad nami władzę. W powieści Keseya władzę sprawuje, uzurpując ją sobie, siostra Ratched. Ta okoliczność sprawia, że książkę można doskonale "wyzyskać feministycznie", że tak powiem. Czyż uczynienie przez Keseya (mężczyznę) siostry oddziałowej (kobiety) postacią tłamszącej wolność, niszczącej osobowość pacjentów (mężczyzn) nie nadaje się do tego?! Nie wątpię, że krytyka ponowoczesna już się tym problemem zajęła, a jeśli nie to najwyższy czas ku temu by "zdekodować" ten przejaw męskiego szowinizmu niepotrafiącego się pogodzić z tym, że kobieta także może sprawować władzę.
Ale oczywiście nie dlatego "Lot nad kukułczym gniazdem" jest świetną powieścią. Jakoś jest tak, że w trakcie lektury "akcentu matriarchalnego" wcale nie odbiera się jako dominującego. Książka byłaby równie przejmująca gdyby na miejscu siostry Ratched znajdował się jakiś mężczyzna ogarnięty rządzą władzy. Zresztą siostra z oddziału furiatów i czarni (w czym zapewne krytyka postkolonialna znalazłaby dowód na na rasizm autora) pokazują, że zło u Keseya nie jest immanentną częścią kobiety lecz jest cechą ogólnoludzką, podobnie jak jest nią także dobro.
Dziwna sprawa, ale książki Keseya w gruncie rzeczy nie odbiera się jako powieści o wariatach, żyjących w psychiatryku pod opieką personelu, który w gruncie rzeczy sam wymagałby opieki psychiatrycznej, wydawałoby się, że jest to jej najbardziej oczywiste odczytanie. To raczej parabola ukazująca stłamszenie wolności człowieka przez instytucje państwa. Zaskakujące, że to przykrawanie do obowiązującego wzorca odbywa się na własne żądanie ludzi, którym wmówiono niedostosowanie do obowiązujących norm. Okazuje się tymczasem, że to niedostosowanie jest wynikiem wrażliwości, wrażliwości na uczucia matki, żony czy też na społeczną dyskryminację. Jeśli ktoś dostrzega wady w społecznej maszynerii i nie godzi się z nimi to tym gorzej dla niego.
Dlatego też, "Lot nad kukułczym gniazdem" czyta się raczej jako książką o potrzebie wolności, o buncie, o niezgodzie na świat, w którym niewiele mamy do powiedzenia i który inni meblują nam mówiąc, że wiedzą lepiej od nas co jest dla nas dobre a co złe i odmawiają nam prawa dokonywania własnych wyborów. Jest gdzieś granica pozwolenia na taki porządek. Robimy to z różnych powodów, z obawy, pod namową, z niewiary we własne siły ale okazuje się, że nie jesteśmy gorsi od tych, którym wydaje się, że mają prawo decydowania o nas za nas. Że jeśli tylko chcemy możemy się z tych więzów, które w dużej mierze sami pomogliśmy sobie założyć wyzwolić. Jest gdzieś granica, trzeba tylko by ktoś nam pokazał, że da się ją przekroczyć, jeśli tylko naprawdę chcemy i zechcemy zadecydować sami o sobie.
Ci którzy decydują za nas, ze swoim poczuciem władzy sądzą, że są nieomylni, nie dlatego, że są inteligentniejsi od nas, mądrzejsi lecz tylko dlatego, że sądzą, iż mają nad nami władzę. W powieści Keseya władzę sprawuje, uzurpując ją sobie, siostra Ratched. Ta okoliczność sprawia, że książkę można doskonale "wyzyskać feministycznie", że tak powiem. Czyż uczynienie przez Keseya (mężczyznę) siostry oddziałowej (kobiety) postacią tłamszącej wolność, niszczącej osobowość pacjentów (mężczyzn) nie nadaje się do tego?! Nie wątpię, że krytyka ponowoczesna już się tym problemem zajęła, a jeśli nie to najwyższy czas ku temu by "zdekodować" ten przejaw męskiego szowinizmu niepotrafiącego się pogodzić z tym, że kobieta także może sprawować władzę.
Ale oczywiście nie dlatego "Lot nad kukułczym gniazdem" jest świetną powieścią. Jakoś jest tak, że w trakcie lektury "akcentu matriarchalnego" wcale nie odbiera się jako dominującego. Książka byłaby równie przejmująca gdyby na miejscu siostry Ratched znajdował się jakiś mężczyzna ogarnięty rządzą władzy. Zresztą siostra z oddziału furiatów i czarni (w czym zapewne krytyka postkolonialna znalazłaby dowód na na rasizm autora) pokazują, że zło u Keseya nie jest immanentną częścią kobiety lecz jest cechą ogólnoludzką, podobnie jak jest nią także dobro.






