Nie pomny na ostrzeżenia Beznadziejnie Zacofanego w Lekturze postanowiłem wrócić do klasyki literatury przygodowej - "Robinsona Kruzoe" (i to na dodatek ze wstępem Jana Kotta, w którym nie obyło się bez odwołań do Lenina i Marksa) a właściwie nie tyle wrócić co wreszcie poznać ją w wersji kanonicznej, bo to z czym miałem do czynienia jako dziecko okazało się być przykrojoną ad usum delphini przeróbką Stanisława Stampf'la, konkurencyjną wobec wcześniejszej wersji Władysława Ludwika Anczyca i tak zresztą chyba nie najgorszą skoro z tekstu liczącego ok. 600 stron Stampf'l zszedł do prawie 400 a Anczyc do niecałych 300 stron, podczas gdy najbardziej skondensowany wariant nie przekracza 150 stron (pikanterii dodaje fakt, że został on wydany przez Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, które wyszły na przeciw oczekiwaniom uczniów, niemających jak wiadomo czasu by czytać lektury ale jego autor nie miał chyba czyste sumienia bo wolał pozostać ukryty pod pseudonimem Emer). Skróty te są zapewne w dużej mierze spowodowane tym, że przeróbki dotyczą tylko pierwszej części powieści, na którą w oryginale składają się dwie części. Akcja pierwszej toczy się głównie na bezludnej wyspie u ujścia Orinoko, zaś druga opowiada o dalszych dziejach wyspy po opuszczeniu jej przez Robinsona i odwiedzinach jej a następnie o podróży do Brazylii, Madagaskar, morza Dalekiego Wschodu, Chiny, Mongolię i Syberię.
W każdym razie to co czytałem w dzieciństwie i to co zalewa rynek także obecnie nie jest powieścią Defoe. W większości to przeróbki, które mają się do oryginału mniej więcej tak jak wydanie "Braci Karamazow" w edycji wydawnictwa MG do oryginału. Owszem dzieci mogą na ich podstawie poznać przygody tytułowego bohatera, choć nie dam głowy że wszystkie, bo odstępstwa od oryginału posuwają się do tego, że Piętaszek zostaje uśmiercony opuszczając wraz z Robinsonem wyspę, podczas gdy u Defoe w dobrym zdrowiu wraz z Kruzoe dociera do Londynu a ginie dopiero 7 lat później, gdy odwiedza wraz z nim wyspę podczas drugiej podróży Robinsona.
Z Piętaszkiem to w ogóle ciekawa sprawa. Jak wiadomo swe imię zawdzięczał temu, że z rąk kanibali został uratowany w piątek. Tyle, że jak wynika z powieści, Robinson wiele lat wcześniej zanim zetknął się z chłopakiem stracił rozeznanie co do dni tygodnia, trochę więc to dziwne, że po ponad dwudziestu latach z okładem znowu dokładnie wie jaki akurat jest dzień tygodnia. Ale lapsusów jest znacznie więcej, raz bowiem Kruzoe obawia się 20-30 tubylców, innym razem zmierzenie się z dwudziestoma to żaden problem, że nie wspomnę już o tygrysach w Afryce czy Indianach na Madagaskarze.
Ale po lekturze wersji kanonicznej nie dziwię się, że "Przygody Robinsona Kruzoe" podlegają przeróbkom, bo nie są one książką li tylko przygodową a już na pewno nie są książką dla dzieci. Kiedy okręt Kruzoe płynący po niewolników rozbija się, on ma już 27 lat a gdy wraca do Anglii 55, zaś w ponowną podróż trwającą 11 lat udaje się jako starszy pan w wieku 62 lat. Mało które dziecko zainteresowane byłoby podróżniczymi przygodami seniora. To zupełnie inna kategoria niż na przykład "Wyspa skarbów" Stevensona. Defoe zapewne mocno by się zdziwił gdyby dowiedział się jak jest dzisiaj odbierany i marną pociechą chyba była by dla niego wiadomość, że jest w dobrym towarzystwie bo podobny los spotkał "Podróże Guliwera" Swifta.
Jego powieść poza warstwą przygodową okazuje się całkiem niespodziewanie, bo początek absolutnie tego nie zapowiada, opowieścią o oparciu jakim jest Bóg w życiu człowieka, o potrzebie władzy i dobrobytu, wreszcie, co raczej nie było zamierzeniem Defoe, o strachu przed Innym. Kole też dzisiaj w oczy swoją niepoprawnością polityczną: rasizmem, seksizmem, przekonaniem o wyższości protestantyzmu nad katolicyzmem a Brytyjczyków nad innymi nacjami.
To co nie mniej zaskakuje, to w gruncie rzeczy zadowolenie Robinsona z jego pobytu na wyspie. Ludzie nie są mu do niczego potrzebni, może poza brakiem "przedmiotu władzy", kolejne lata mijają w ekspresowym tempie a jego życie staje się coraz to wygodniejsze, tak w końcu w zasadzie jedyną jego troską staje się... niemożność ważenia piwa. W stosunku do innych dominują dwa uczucia - strach i potrzeba władzy. Obwarowuje swoją siedzibę, mimo że na wyspie przez lata nie widział żywego ducha, a kiedy po latach samotności znajduje odcisk stopy pierwszym jego odczuciem jest strach. Nie ciekawość czy nadzieja na spotkanie z człowiekiem lecz strach. Kiedy powstaje szansa ocalenia z sąsiedniej wyspy rozbitków z hiszpańskiego statku, najważniejszy okazuje się dla niego "traktat", który ma zapewnić poszanowanie jego władzy na wyspie. Kiedy ratuje Piętaszka, to tylko po to, by ten został jego, nie bójmy się tego słowa, niewolnikiem. Ale to nic szokującego, jeśli się zważy, że Robinson był na najlepszej drodze do zostania handlarzem niewolników. "W moich oczach - pisze - dzicy byli tylko niewolnikami używanymi do roboty, a gdyby jej zabrakło, bylibyśmy ich wysłali na sprzedaż do innych krajów; jeżeliby w interesie naszym było się ich pozbyć, z radością wysłalibyśmy ich gdziekolwiek bądź, bez względu na to, że swej ojczyzny nigdy już nie zobaczą." Cóż za wyznanie w ustach człowieka, który troszczy się o ewangelizację swoich pobratymców, których wcześniej własnowolnie skazał na pobyt na wyspie, którą opuścił i martwi się tym, że żyją oni w grzechu z tubylkami.
Patrząc na Robinsona Kruzoe z dzisiejszego punktu widzenia, można powiedzieć, że Daniel Defoe stworzył antypatyczną, chwilami śmieszną, chwilami irytującą postać, antypatycznego typa, który owszem zachowuje dozgonną wdzięczność za wyświadczone mu niegdyś przysługi ale też uzurpuje sobie prawo nie tylko do mieszania się w życie innych ale i do decydowania o nim. Lepiej takiego unikać.
Z Piętaszkiem to w ogóle ciekawa sprawa. Jak wiadomo swe imię zawdzięczał temu, że z rąk kanibali został uratowany w piątek. Tyle, że jak wynika z powieści, Robinson wiele lat wcześniej zanim zetknął się z chłopakiem stracił rozeznanie co do dni tygodnia, trochę więc to dziwne, że po ponad dwudziestu latach z okładem znowu dokładnie wie jaki akurat jest dzień tygodnia. Ale lapsusów jest znacznie więcej, raz bowiem Kruzoe obawia się 20-30 tubylców, innym razem zmierzenie się z dwudziestoma to żaden problem, że nie wspomnę już o tygrysach w Afryce czy Indianach na Madagaskarze.
Ale po lekturze wersji kanonicznej nie dziwię się, że "Przygody Robinsona Kruzoe" podlegają przeróbkom, bo nie są one książką li tylko przygodową a już na pewno nie są książką dla dzieci. Kiedy okręt Kruzoe płynący po niewolników rozbija się, on ma już 27 lat a gdy wraca do Anglii 55, zaś w ponowną podróż trwającą 11 lat udaje się jako starszy pan w wieku 62 lat. Mało które dziecko zainteresowane byłoby podróżniczymi przygodami seniora. To zupełnie inna kategoria niż na przykład "Wyspa skarbów" Stevensona. Defoe zapewne mocno by się zdziwił gdyby dowiedział się jak jest dzisiaj odbierany i marną pociechą chyba była by dla niego wiadomość, że jest w dobrym towarzystwie bo podobny los spotkał "Podróże Guliwera" Swifta.
Jego powieść poza warstwą przygodową okazuje się całkiem niespodziewanie, bo początek absolutnie tego nie zapowiada, opowieścią o oparciu jakim jest Bóg w życiu człowieka, o potrzebie władzy i dobrobytu, wreszcie, co raczej nie było zamierzeniem Defoe, o strachu przed Innym. Kole też dzisiaj w oczy swoją niepoprawnością polityczną: rasizmem, seksizmem, przekonaniem o wyższości protestantyzmu nad katolicyzmem a Brytyjczyków nad innymi nacjami.
To co nie mniej zaskakuje, to w gruncie rzeczy zadowolenie Robinsona z jego pobytu na wyspie. Ludzie nie są mu do niczego potrzebni, może poza brakiem "przedmiotu władzy", kolejne lata mijają w ekspresowym tempie a jego życie staje się coraz to wygodniejsze, tak w końcu w zasadzie jedyną jego troską staje się... niemożność ważenia piwa. W stosunku do innych dominują dwa uczucia - strach i potrzeba władzy. Obwarowuje swoją siedzibę, mimo że na wyspie przez lata nie widział żywego ducha, a kiedy po latach samotności znajduje odcisk stopy pierwszym jego odczuciem jest strach. Nie ciekawość czy nadzieja na spotkanie z człowiekiem lecz strach. Kiedy powstaje szansa ocalenia z sąsiedniej wyspy rozbitków z hiszpańskiego statku, najważniejszy okazuje się dla niego "traktat", który ma zapewnić poszanowanie jego władzy na wyspie. Kiedy ratuje Piętaszka, to tylko po to, by ten został jego, nie bójmy się tego słowa, niewolnikiem. Ale to nic szokującego, jeśli się zważy, że Robinson był na najlepszej drodze do zostania handlarzem niewolników. "W moich oczach - pisze - dzicy byli tylko niewolnikami używanymi do roboty, a gdyby jej zabrakło, bylibyśmy ich wysłali na sprzedaż do innych krajów; jeżeliby w interesie naszym było się ich pozbyć, z radością wysłalibyśmy ich gdziekolwiek bądź, bez względu na to, że swej ojczyzny nigdy już nie zobaczą." Cóż za wyznanie w ustach człowieka, który troszczy się o ewangelizację swoich pobratymców, których wcześniej własnowolnie skazał na pobyt na wyspie, którą opuścił i martwi się tym, że żyją oni w grzechu z tubylkami.
Patrząc na Robinsona Kruzoe z dzisiejszego punktu widzenia, można powiedzieć, że Daniel Defoe stworzył antypatyczną, chwilami śmieszną, chwilami irytującą postać, antypatycznego typa, który owszem zachowuje dozgonną wdzięczność za wyświadczone mu niegdyś przysługi ale też uzurpuje sobie prawo nie tylko do mieszania się w życie innych ale i do decydowania o nim. Lepiej takiego unikać.

