Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nałkowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nałkowska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 stycznia 2017

Zagłada w "Medalionach" Zofii Nałkowskiej. Tekst i konteksty, pod red. Tomasza Żukowskiego

Plon seminarium "Wobec Zagłady - w stronę demitologizacji kategorii opisu. Kategoria "obojętni świadkowie"" zebrany w zbiorze "Zagłada w "Medalionach" Zofii Nałkowskiej" to bardzo pouczająca lektura. Składają się nań m.in. teksty Katarzyny Chmielewskiej, Maryli Hopfinger i Tomasza Żukowskiego poświęcone "odczytaniu" książki Nałkowskiej. W sumie wydawało by się, że to nic nadzwyczajnego, jeszcze pozycja krytycznoliteracka, której poza garstką specjalistów, studentów polonistyki, autorów, ich przyjaciół i rodzin nikt nie przeczyta. Moim jednak zdaniem, "Zagłada w "Medalionach"..." zasługuje na poświęcenie jej uwagi, jako przykładowi specyficznej maniery, w której rzetelność wobec tekstu literackiego przegrywa z góry przyjętym założeniem.

Niby wiadomo, że tekst odrywa się od autora i każdy czytelnik ma prawo do własnej interpretacji, z której to zasady nie są, oczywiście, nie są wyłączeni Autorzy "Zagłady w "Medalionach"..." ale od tekstów mających być w założeniu naukowymi oczekiwać można przedstawienia problemu sine ira et studio a nie podporządkowania przyjętej a priori tezie, nie mówiąc już o tym, że wypadałoby oczyścić choćby historycznoliterackie przedpole. Tymczasem teksty sprawiają wrażenie jakby były pisane na temat "nieszczęśliwi Żydzi i okrutni Polacy" i z uporem godnym lepszej sprawy starają się przedstawić to jako jedynie słuszne odczytanie "Medalionów". Aż dziwne, że w swoim inkwizytorskim zapale, Autorzy koncentrując się na "Kobiecie cmentarnej" i "Przy torze kolejowym" pominęli "Dwojrę Zieloną" i epizod, w którym bohaterka wyrywa sobie złote zęby, które sprzedaje robotnikom by za otrzymane pieniądze kupić chleb, a przecież motyw polskich robotników kupujących od Żydówki złote zęby idealnie wpisuje się w założenie o polskim antysemityzmie.


Żeby uniknąć nieporozumień, nie kwestionuję istnienia antysemityzmu w okupowanej Polsce, rzecz jednak w tym, że to nie on jest przedmiotem "Medalionów" a już z pewności nie w takim wymiarze jak to się przedstawia. Autorzy "Zagłady w "Medalionach"..." robią wszystko by udokumentować tezę przeciwną, posługując się dyskusyjnymi, oględnie rzecz ujmując, chwytami. Na przykład, tylko marginalnie wspominają nowelę "Człowiek jest mocny" ale nie ma się co dziwić, bo przecież zupełnie nie pasuje do założenia. Skoro Polacy byli antysemitami, to jak to możliwe, by Żydowi pomógł bezimienny polski chłop, nie mówiąc już o tym, że wypadałoby postawić pytanie, jakim cudem uciekinier z obozu zagłady przetrwał wojnę, bo gdzieś przecież musiał się ukrywać. Ale odpowiedzi na te pytania kompletnie nie pasowałyby Autorom, ponieważ by postawić "kropkę nad i" wypadałoby przyznać, że Mordechajowi Podchlebnikowi pomagał nie tylko Michał Radoszewski (wspomniany jako w "Człowiek jest mocny") nieznany polski chłop ale także inni Polacy (fakt, że nie bezinteresownie), a gdy Podchlebnik dotarł do gminy żydowskiej, do której należał (Grabów) i opowiedział czego był świadkiem w Chełmnie, Żydzi zagrozili, że... wydadzą go Niemcom (sic!).

Zacietrzewienie w udowadnianiu tezy o antysemityzmie Polaków posunięte jest w "Zagładzie w "Medalionach"..." do tego stopnia, że za utwór związany z Zagładą uznany został "Profesor Spanner" choć nie ma w nim słowa o Żydach a zeznający świadek wyraźnie mówi o ofiarach, że "przeważnie to były trupy polskie. Ale raz byli i wojskowi niemieccy, ścięci w więzieniu podczas uroczystości. A raz przywieźli cztery czy pięć trupów i nazwisko było rosyjskie". Jednak tekst Nałkowskiej sobie a Autorzy sobie. Dotyczy to zresztą także i "Dna", które fragmentarycznie omawiane jest także w kontekście Zagłady. Oczywiście papier jest cierpliwy i przyjmie wszystko, zwłaszcza jeśli "podleje" się to Adornem, Derridą i Horkheimerem, moim zdaniem jednak, zamiast powoływać się na modne autorytety lepiej byłoby przeczytać "Medaliony" ze zrozumieniem.

Ale to wszystko nic w zestawieniu z wykorzystanymi, jako kluczowymi dla udowodnienia antysemityzmu Polaków, nowelami "Kobieta cmentarna" i "Przy torze kolejowym". I na pierwszy rzut oka można powiedzieć, racja, przecież antysemityzm kobiety z Powązek jest wprost deklarowany więc o czym tu jeszcze można mówić. A jednak. Czy przez ten "wyssany z mlekiem matki" antysemityzm traktowany jako dogmat nie przebija się zwykłe ludzkie współczucie? Czy przez skorupę abstrakcyjnej niechęci nie przebija się żal i litość nad cierpieniem i śmiercią konkretnych ludzi, czy to naprawdę jest niewidoczne? Przecież można powiedzieć, że antysemityzm kobiety cmentarnej lokuje się (co prawda nie dokładnie w tym samym miejscu ale jednak) po tej samej stronie co "antysemityzm" Zofii Kossak, która ryzykowała własne życie pomagając Żydom. W zderzeniu z rzeczywistością, u kobiety cmentarnej pojęcie Żyd zostaje przesłonięte przez słowo człowiek - nie bez kozery w jej opowieści, o tym czego była świadkiem, ani razu nie pada w odniesieniu do ofiar słowo Żyd. Jednak możliwości takiej interpretacji w "Zagładzie w "Medalionach"..." próżno szukać, co się dziwić, przecież nie pasuje do założonej tezy.

Nie lepiej jest z "Przy torze kolejowym". Czego tam nie ma, a to dowiadujemy się, że "wrogiem (...) nie okazują się - co zaskakujące - Niemcy", a jeśli nie oni to wiadomo kto - Polacy. A to że "rozpoznali, osaczyli, pilnowali ofiary i wzajemne dyscyplinując się grupy uniemożliwili ucieczkę" rannej Żydówce itp. itd. Raz wysuwane są pretensje do "małomiasteczkowego franta", że uniemożliwił rannej kobiecie samobójstwo innym razem, że spełnił jej prośbę zabijając ją. Nawiasem mówiąc, zdumiewające jest, że w tych "ponowoczesnych czasach", kiedy prawa obywatelskie zdobywa sobie eutanazja, zadanie śmierci na żądanie przedstawia się w kategoriach zarzutu.

To prawda, "Przy torze kolejowym" dotyka polskiego antysemityzmu - ale nie w takim wymiarze jak to sugerują Autorzy. Jest w postawie gapiów strach przed donosicielstwem, i to nie bezpodstawny, w końcu ktoś doniósł o rannej kobiecie policjantom. Ale strach przed innymi Polakami, strach przed represjami nie są jeszcze dowodem antysemityzmu. Nie każdy zdobywa się na bohaterstwo. Równie dobrze, można by zapytać, dlaczego dwaj towarzyszący kobiecie w ucieczce mężczyźni zostawili ją i nie zabrali ze sobą do lasu, kiedy jeszcze było można? Jednak niewygodnych dla siebie pytań Autorzy nie stawiają, wygodniej jest historię coup de grâce przedstawić jako opowieść o polskim antysemityzmie.

I tak można by jeszcze i jeszcze, tylko w sumie po co? Tomasz Żukowski wspomina, że wokół "Medalionów" toczy się "kulturowa gra" - i z tym wypada się w pełni zgodzić, tom "Zagłada w "Medalionach"...", który redagował, jest tego wyraźnym przykładem. 

wtorek, 23 czerwca 2015

Granica, Zofia Nałkowska

Helena Mniszkówna z tej historii zrobiłaby zapewne "wyciskacz łez" na miarę "Trędowatej" bo "rzecz cała ułożyła się ściśle według wiadomego schematu: dziewczyna wiejska i panna z mieszczańskiej kamienicy, narzeczona i kochanka, miłość idealna i zmysły", a tak, Nałkowska napisała naprawdę porządną psychologizującą powieść obyczajową. Może i nie stworzyła arcydzieła ale z pewnością dała sobie radę znacznie lepiej niż na przykład Sienkiewicz w "Wirach" (w obu powieściach można dostrzec podobieństwo motywu żon tolerujących zdrady swoich mężów, którzy wykorzystujących swoje uprzywilejowanie społeczne). Bez dwóch zdań potrafiła znaleźć się we współczesności i poradzić sobie z tym, z czym Sienkiewicz tak nieporadnie sobie poczynał - życiem kobiety.


"Granica" jest powieścią o Rubikonie, który jeśli się przekracza to nawet nie zdając sobie z tego sprawy, a jeśli nawet, to usiłuje się zignorować, a co najmniej pomniejszyć znaczenie tego czynu, zniekształcić w samousprawiedliwieniu nadając mu inne znaczenie niż to czym był w rzeczywistości. I wcale nie "chodzi o to, że musi coś przecież istnieć. Jakaś granica, za którą nie wolno przejść, za którą przestaje się być sobą" bo postacie Nałkowskiej cały czas są przecież sobą, tyle że ich wybory powodują skutki, z którymi się nie liczą w chwili ich dokonania. Ich życie spuentowane jest w kojarzącym się z naturalizmem Dygasińskiego, życiu podwórzowego Burka (Fitka) będącym parabolą ludzkiego losu, losu ludzi upośledzonych społecznie; kobiet i biedoty.

Kto w tym trójkącie, trochę jednak nietypowym, bo nie ma w nim zdradzonej żony a jest zdradzona narzeczona, on i ta trzecia, jest ofiarą? Najprostsza odpowiedź - Justyna, ale przecież jeśli chwilę się nad tym zastanowić, to wypadałoby zapytać, dlaczego? Mamy przecież do czynienia z dorosłą kobietą, świadomą tego co robi, może naiwną ze swoimi nadziejami ale chyba też nie aż tak bardzo, bo przecież zdaje sobie sprawę z tego czego chcą od niej wiejscy "epuzerzy", nad których przedłożyła Zenona, która odpowiedzialność za własny czyn, przerzuca na niego. Fakt, popchnął ją do tego czynu ale przecież w ostatecznym rozrachunku tylko do niej należała decyzja i może właśnie dlatego nie potrafi się z jej konsekwencjami uporać, usiłując własną winę przerzucić także na Zenona.

A może ofiarą jest Zenon, ta prowincjonalna lady Makbet ścigana przez Erynie, zbyt słaby i zbyt wrażliwy by oderwać się od zdarzenia z przeszłości, który dla jego ojca zapewne stanowiłby nic nieznaczący incydent? To co uchodziło bezkarnie ojcu, w przypadku syna kończy się tragedią. Cóż za paradoks, gardził ojcem - a jednak okazuje się nie lepszy od niego. Robi dokładnie to samo, co prawda tylko raz, a odpokutować za winy ojca i swoją. Okazał się w gruncie rzeczy słabszy od słabeusza, jakim był ojciec - poczucie winy ciągnie się przecież za nim aż do końca życia. Ale ta wrażliwość, jeśli rzeczywiście była, była szczególnego rodzaju. Widać w niej przede wszystkim potrzebę oczyszczenia samego siebie, wyrzucenie z siebie tego co go dręczy bez względu na skutki. To jego "ale musisz to zrozumieć, ty właśnie musisz, to nie jest jak zawsze, że to nie jest takie pospolite, że tam ona, a tutaj ty. Tak często bywa, ja wiem, ale to tylko pozór jest taki... A dno jest inne" gdy usiłuje ciężar zrzucić na barki narzeczonej a później żony jest rozbrajające i irytujące zarazem. Bo tu nie ma innego dna, cóż po intencji, gdy w czynach okazuje się taki jak inni.

Wreszcie Elżbieta, która zaakceptowała "normę" - obowiązek kobiety wobec męża, tkwienie przy nim mimo bólu jaki jej zadaje i robienie dobrej miny do złej gry. Ale przecież ona także nie była w sytuacji bez wyjścia sama dokonała wyboru. Zresztą jaką ma w "Granicy" alternatywę? Jedyna jaka przed nią się rysuje to alternatywa jej matki ale to przecież zamiana jednego mężczyzny na innych. Pod tym względem powieść Nałkowskiej to policzek w twarz dla feministek, bo kobiety u niej nie żyją samodzielnie, zawsze gdzieś, choćby incydentalnie jako punkt odniesienia pokazuje się mężczyzna.