Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lagerlöf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lagerlöf. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 grudnia 2015

Gösta Berling, Selma Lagerlöf

"Gösta Berling" odpokutował u mnie już wystarczająco długo na półce i pewnie dalej by zbierał na niej kurz gdyby nie listy Karen Blixen, w których Karen skarżyła się, pisząc do matki, że jedna z ciotek porównuje ją z Marią, z powieści Selmy Lagerlöf, kobiety która opierała się miłości, a gdy w końcu dała się porwać uczuciu, było już za późno i wystawiła się tylko na drwiny. Książka Lagerlöf zbierałaby ten kurz, bo co tu dużo mówić, lektura "Gösty Berlinga" nie zatyka dechu w piersiach, bardzo oględnie rzecz ujmując.


To powieść wyłącznie dla tych, którzy gustują w niespiesznej lekturze, w sam raz na ponure, długie jesienne i zimowe wieczory, w hieratycznej prozie, która swoją stylistyką kojarzyć się może z literaturą średniowieczną (zresztą tytuł oryginału używa określenia saga). Nie ma co ukrywać, to ciężki orzech do zgryzienia i nie zmienia tego nawet fakt, że to książka o miłości. A przecież to taki dobry materiał na bestseller.

Tytułowy bohater przecież jest przystojniakiem, wrażliwcem i heartbreakerem. Wystarczy, że spojrzy na kobietę, porozmawia z nią, zatańczy, a ta już traci dla niego głowę. Z wzajemnością zresztą, jako że facet strasznie jest kochliwy. Aczkolwiek nie jest księciem z bajki, bo to obdartus i alkoholik - cóż, nikt nie jest doskonały - ale to wszystko przez to, że cierpi na weltschmerz. Zakrawa przez to trochę na protoplastę "swobodnego jeźdźca", ceniącego sobie wolność i niezależność, kierującego się głównie porywami serca, rozumem zaś, niestety, w znacznie mniejszym stopniu i stąd wszystkie nieszczęścia. A do tego jeszcze ta anachroniczna męska duma - policzek w twarz feminizmu. Doprawdy, irytujące. A jeszcze bardziej irytujące, że kobiety Lagerlöf  poświęcają swoją autonomię dla mężczyzn. Fe, któż tak dzisiaj robi. Na szczęście, są  i takie, które ratują honor rodzaju żeńskiego stawiając stanowczy opór męskiej dominacji, za co muszą zapłacić wysoką cenę. Wiadomo. Jednak, ku zadowoleniu czytelników, którzy dotrwali do finału, wszystko kończy się dobrze. Nawet śmierć jest błogosławiona.

Widać więc z tego, że owszem, książka Lagerlöf ma potencjał, w końcu skandynawskie kryminały biją rekordy popularności, więc może i skandynawski romans mógłby się sprzedać na tej fali, tyle że nie obyłoby się bez cięć. Coś trzeba byłoby zrobić z tymi wszystkimi opisami przyrody i umiejscowienia akcji na jakimś szwedzkim zadupiu. Literaturoznawcy usiłują to tłumaczyć miłością pisarki do ziemi ojczystej, ale przecież to takie nudne. Te wszystkie śniegi, lasy, jeziora i skały, które panują nad człowiekiem i determinują jego życie - nie tego nam dzisiaj trzeba. Wystarczyłoby gdyby Lagerlöf raz o tym wspomniała, a ona nie dość, że ciągle do tego wraca, to jeszcze się tym zachwyca. Jeśli już naprawdę akcja musi się tam toczyć, to można by wprowadzić jakieś smoki, potwory, facetów biegających w efektownych hełmach z rogami i kobitki z wyeksponowanymi atrybutami macierzyństwa i już byłby, jak się patrzy, konkurencja dla "Pieśni lodu i ognia". Tak, to byłby materiał na przebój, a tak co? - niewyzyskany potencjał.

Wyraźnie widać, że Lagerlöf pisała "Göstę Berlinga" będąc myślami w przeszłości, bo książka jest opowieścią o ludziach, z którymi rozminęła się w czasie, a o których pamięć była jeszcze żywa, tyle że u niej ich realny kształt został przykryty płaszczem legendy. Tak, to co przebija w jej książce, to tęsknota za minionym światem, żal że choć miejsca w których istniał pozostały, to jednak on sam minął bezpowrotnie, choć tak niewiele, wydawałoby się brakowało by go dotknąć. Świat ludzi gwałtownych w uczuciach ale jednocześnie szczerych, w których wszystko było jasne i występowało w czystej postaci, tak miłość jak i nienawiść. Cóż za naiwność. Dzisiaj to zupełnie co innego. No i jeszcze ta kwestia grzechu, winy i skruchy, co za staroświeckie pojęcia, nie mówiąc już o braku dosłowności i detaliczności w opisach okrucieństwa nie mówiąc już o zupełnym braku scen erotycznych. Z czym do ludzi?! Muszę sobie chyba jako odtrutkę zaserwować, któryś z bestsellerów...