poniedziałek, 2 września 2013

Rewizor, Mikołaj Gogol

Niedawno u Lirael przy okazji "Dramatu na polowaniu" Czechowa zgadało się, że ze świecą szukać na książkowych blogach dramatów. Żeby więc nie wyjść tylko na takiego, który tylko marudzi, zgodnie z zapowiedzią przypomniałem sobie, z przyjemnością, "Rewizora".

Z bardzo mieszanymi uczuciami podchodzę do prób uwspółcześniania klasyki dramatu. Świadczą co prawda dobrze o pewności siebie reżysera, bo trzeba mieć sporo odwagi by tego typu operacji dokonywać na sztukach na przykład Szekspira czy Moliera. To trochę tak jakby namalować Mona Lisę w "wyjściowym dresie" na tle blokowiska - owszem można - tylko po co? 


Także w przypadku komedii Gogola czytelnik nie potrzebuje "postmodernistycznej twórczej reinterpretacji". Chociażby dialog Horodniczego i Ammosa Fiodorowicza na temat sądowego asesora, który jest to; "owszem, człowiek z olejem w głowie ... ale tak od niego jedzie, jakby przed chwilą wyszedł z gorzelni ..." a są przecież są środki na to, "jak on sam twierdzi, zapach przyrodzony. Należy mu poradzić, aby jadł cebulę lub czosnek czy co innego ... (...) - Nie, tego się pozbyć nie można! Powiada, że mamka, kiedy był niemowlęciem, upuściła go na ziemię i od tego czasu zalatuje od niego trochę wódką ... " całkiem współczesne kojarzy mi się z przedstawicielami "elit" różnej maści, przyłapanymi "po pijaku" i tłumaczących się zażytymi lekarstwami albo zjedzonymi jabłkami.

"Rewizor" mimo tylu lat, które upłynęły od jego powstania ma to do siebie, że to co Gogol wziął w nim na cel ma zaskakująco uniwersalny wydźwięk niezależny od miejsca i czasów. Nieśmiertelne i aktualne pozostają jego obserwacje życia biurokracji; uniżoność wobec przełożonych - "Tak mnie już wychowano, że gdy ze mną mówi człowiek wyższy rangą choćby o jeden stopień, tracę przytomność, a język więźnie mi jak w smole ..." i lizusostwo -  "nawet kiedy człowiek spać się kładzie, myśli tylko o jednym: "Boże, jak to zrobić, aby władza dostrzegła moją gorliwość i była zadowolona!", o czym można się przekonać mając styczność z administracją lub jakąś większą zhierarchizowaną firmą.

"Argumentacja" za pomocą łapówek, cokolwiek byśmy o niej nie myśleli, nadal nie jest niczym nadzwyczajnym byleby tylko przybierała "cywilizowane" formy, tak jak to proponuje Horodniczy "W praworządnym państwie załatwia się te sprawy inaczej. Całym szwadronem nie można!" i nawet w tej "dziedzinie" przestrzegała hierarchii - "Ostrożnie, bracie! Nie według rangi bierzesz!".   

Tak więc gogolowska komedia omyłek, a w zasadzie omyłki - ale za to jakiej, nie pozostała tylko historyczną satyrą na carską biurokrację. Nie trzeba w niej specjalnie szukać by znaleźć jeszcze jeden rys, który ciągle świetnie się miewa w naszych czasach - to kompleks prowincji wobec stolicy, widoczny nie tylko na gruncie "urzędowym" ale i towarzyskim. Okazuje się zatem, że ponad półtora wiekowa "staroć", która ze swym "Pędzi sobie teraz, sypie trójką koni, dzwoneczki mu dzwonią! Po całym świecie rozniesie tę historię" pobrzmiewa w zakończeniu "Martwych dusz" wcale nie potrzebuje odkurzenia.

I już na marginesie ... Trafiło mi się wydanie z serii Biblioteki Narodowej (z 1966 r.) ze wstępem i komentarzem Andrzeja Walickiego. Otwierałem szeroko oczy ze zdumienia dowiadując się, że jeśli chodzi o interpretację "Rewizora", to spór o jego realizm jest sporem "pomiędzy dwiema klasowymi ocenami" ówczesnej Rosji, nie obyło się przy tym bez wsparcia cytatami z Lenina i "współczesnego badacza marksistowskiego A. Słonimskiego". Doprawdy, takich banialuk nie powstydziłby się sam Chlestakow. 

Walicki tłumaczy czytelnikom, że "słońce wschodzi na wschodzie a zachodzi na zachodzie", wyjaśniając na czym polega komizm poszczególnych scen, jak choćby w odniesieniu do tej najsłynniejszej, w której Horodniczy mówi "Nie przeczę, owszem, Aleksander Macedoński był niewątpliwym bohaterem, lecz po cóż łamać krzesła? ...". Mniej pojętni mogą doznać iluminacji dowiadując się, że "komizm polega tu na naiwnej powadze, z jaką wypowiada horodniczy owo: nie przeczę, owszem, tak jakby wielkość Aleksandra Macedońskiego mogła istotnie służyć jako powód do łamania krzeseł." A takich "głębokich przemyśleń" jest znaczenie więcej, niestety. Ale nawet i tu da się znaleźć "wartość dodaną", jak w komentarzu, w którym Walicki objaśnia, iż "replika sędziego doskonale charakteryzuje stan sądownictwa w carskiej Rosji. Przed reformą sądownictwa, dokonaną przez Aleksandra II w 1864 r., załatwienie najprostszej sprawy sądowej mogło się przeciągnąć na kilka lat". Czy nie brzmi to jakoś znajomo? 

I niech ktoś powie, że Gogol stracił na aktualności ... 

piątek, 30 sierpnia 2013

Toast vel Prawo i pięść, Józef Hen

Pierwsze wydanie "Toastu" (okładka poniżej zresztą z "błędem" - pistolet na niej to luger a główny bohater strzelał z walthera) Józefa Hena ukazało się w 1964 r. nakładem Wydawnictwa Literackiego, ale światło dzienne - jak twierdzi Janusz M. Lewandowski - tak naprawdę ujrzał on jeszcze w 1963 r. w miesięczniku "Dialog" (nr 10) jako scenariusz filmowy. Film nakręcony na jego podstawie miał premierę 14 września 1964 roku, a zanim ukazała się książka powieść ukazywała się wcześniej w odcinkach w "Sztandarze Młodych" w 1964 r. (nr 177-241).

Dwa kolejne wydania powieści ukazały się w 1967 i 1974 r., a po renesansie filmu, który doczekał się nawet w 2008 r. pomnika w filmowym Graustadt/Siwowie czyli w Toruniu, ukazały się dwa (w 1997 i 2012 r.), już pod zmienionym tytułem "Prawo i pięść" (cóż, jak wiadomo, pieniądz rządzi światem).

Powieść doczekała się tłumaczenia na holenderski/niderlandzki (1981), niemiecki (wyd. w 1974 i 1980) oraz rosyjski (wyd. 1978 i 1990) a także adaptacji radiowej (1967) i wersji scenicznej jako "Prawo i pięść", sztuka w 3 odsłonach, która ukazała się drukiem jako wkładka do "Kultura i Ty" nr 123 w 1970 r. a której prapremiera odbyła się w 1980 r. w Teatrze Ziemi Pomorskiej w Grudziądzu. Jak na słabą powieść ale za to dobry film, trzeba przyznać - całkiem nieźle.




To jeden z tych, chyba stosunkowo nielicznych przypadków, w których pierwowzór "książkowy" choć ściśle rzecz biorąc trudno o nim w tym przypadku mówić, musiał uznać przewagę nakręconego na jego podstawie filmu. Już Alicja wiedziała, że "co za pożytek z książek bez obrazków i rozmów" ale Józefowi Henowi ta wiedza na niewiele się zdała, mimo że "Toast" składa się prawie z samych "rozmów" i momentami czyta się go prawie jak scenariusz filmowy (biorąc pod uwagę koleje powstawania powieści nic w tym dziwnego).


Jest trochę różnic pomiędzy książką i filmem. Główny bohater "Toastu" to nie Andrzej a Henryk Koenig, w książce nie ma epizodu rozgrywającego się na bocznicy kolejowej związanego z próbą gwałtu, kobiety przyłączają się do bandy Mieleckiego na drodze do miasteczka, Schaeffer jest fryzjerem a nie maitre d'hotel Tivoli. Koenig zostaje przyłapany przez Mieleckiego na poczcie, tuż potem jak skończył rozmowę z posterunkiem milicji.

Jednak najistotniejsza różnica związana jest w sylwetką Rubina Cukiermana ślusarza, który w filmie w ogóle nie występuje a który jako pierwszy "odkrywa" miasteczko, dawniej posiadającego warsztat kanalizacyjno-wodociągowy przy Nowolipiu 53 w Warszawie. Pod tym adresem w młodości mieszkał Józef Hen, zresztą nawiązań do autobiografii jest jeszcze kilka; prawdziwe nazwisko Hena to bowiem Cukier a imię jego siostry - Mirka nosiła córka książkowego Cukiermana. Ojciec Hena miał na imię Rubin i zginął w Buchenwaldzie - obozie, który przeżył Koenig.

Cukierman sam, nieoglądając się na nikogo stara się przywrócić miasteczko do życia uruchamiając wodociągi i ginie zastrzelony przez Mieleckiego, w tym samym mieszkaniu należącym do rodziny Steinhagenów, które wcześniej Koenig odwiedza z Anną w poszukiwaniu czegoś do ubrania.


fotografie z planu filmowego pochodzą ze strony www.fototeka.fn.org.pl

W książce trochę bardziej skomplikowane są relacje pomiędzy samymi kobietami (wyczuwa się pomiędzy nimi konflikt i niechęć do podporządkowania, przynajmniej w okresie zanim spotkały mężczyzn), jak i kobietami oraz mężczyznami (w powieści sprawiają wrażenie znacznie "swobodniejszych"). Okazuje się, że Anna by przeżyć w obozie oddawała się mężczyznom a chęć "ucieczki" do lasu Koeniga podyktowana jest jego przeżyciami obozowymi. Przed wyjazdem bezskutecznie namawia on Cześka do przejścia na swoją stronę, okazuje się, że to Czesiek a nie Wijas był wspólnikiem Mieleckiego w zamordowaniu Smółki.

Inny przebieg ma epizod związany ze strażą w hotelu, w noc poprzedzającą wyjazd z miasteczka. Na warcie stoi bowiem tylko Schaeffer oraz Cukierman i pilnują oni bezpieczeństwa śpiących, a nie tego by nikt nie opuszczał hotelu. Wreszcie Koenig usiłuje zatrzymać wyjeżdżające samochody na drodze za miastem, dopiero potem walka przenosi się do miasteczka. Nie ma scen rozgrywających się w piwnicach winiarni i na ironię zakrawa scena, w której ekipa milicjantów, która przyjeżdża na odsiecz już po skończonej walce w pewnej chwili traktuje Koeniga jak złodzieja.

Na czym polega fenomen "Prawa i pięści"? Jeśli chodzi o książkę, to nie ma co ukrywać, nie jest to literatura wysokich lotów, nie ma tu "treści intelektualnie nośnych", owszem da się ją przeczytać ale to nie jest nic takiego, co zapadałoby w pamięci, choć ma kilka niezłych momentów. Jednak po przeczytaniu ostatniego zdania nie odkłada się jej z żalem, że to już koniec.

Za to film ... nie mam wątpliwości, że to on "wyciągnął" powieść Hena. Wartka akcja, świetni aktorzy, choć inteligent Holoubek grający "silnego człowieka" zwłaszcza w scenie bójki na bocznicy kolejowej jest "średnio" przekonujący (ale nie czepiajmy się), no i te plenery: Toruń, grający rolę małego miasteczka, gdzieś na "Ziemiach Wyzyskanych" i trochę Ciechocinka.

Zagadką pozostaje dla mnie widok "Siwowa" w finałowej scenie, w której Koenig wraz z milicjantem odjeżdżają mijając osadników - moje przypuszczenia nieśmiało idą w kierunku któregoś z miast Dolnego Śląska, może Kotliny Kłodzkiej - być może jest to Kłodzko. Nie bez znaczenia jest też fakt, że film jest czarno-biały, to dzięki temu "Graustadt" wygląda tak przekonująco i do dzisiaj jego atmosfery ciągle jeszcze można doświadczyć chodząc ulicami Nowego Miasta w Toruniu.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Egipcjanin Sinuhe, Mika Waltari

O książce usłyszałem po raz pierwszy, jakieś trzydzieści lat temu, od swojego szkolnego przyjaciela, który ekscytował się opisem rozwiązłości jednej z bohaterek, która zdradzając znienawidzonego męża oddawała się pod jego nieobecność przypadkowym mężczyznom w zamian za kamienie, z których zbudowała pawilon mieszkalny, a pikanterii dodawał szczegół, że każdy mężczyzna przynosił tylko jeden kamień. Nie dziwię się więc, że "Egipcjanina Sinuhe" w szkolnej bibliotece nie było.


Dla mnie okazał się jednak rozczarowaniem proporcjonalnym do objętości książki. Ma ona co prawda swój klimat, a to za sprawą konwencji apokryfu, który swoim hieratycznym stylem ma nawiązywać do kultury starożytnego Egiptu. Ale z drugiej strony sprawia on, że narracja jest spowolniona i mało porywająca, owszem zdarzają się poruszające fragmenty, jak wówczas gdy tytułowy bohater tęskni za bezpowrotnie utraconą ukochaną i zakończenie powieści robi wrażenie ale to raczej wyjątki. Sam bohater jest zresztą nie tyle "staroegipski" co zaskakująco ponadczasowy, co zresztą zostaje podkreślone w finale - "jestem człowiekiem i jako człowiek żyłem w każdym człowieku, który istniał przede mną, i jako człowiek żyć będę w każdym człowieku, który przyjdzie po mnie",  a jego losy ukazane są w konwencji przypominającej powieści z gatunku "Dole i niedole ...", "Historia życia ...", "Historia przygód ..." czy "Wspomnienia ...".

Waltari spożytkował  też zresztą wielokrotnie już wcześniej eksploatowany w literaturze motyw pana i sługi, w którym ten drugi stąpa twardo po ziemi i który towarzyszy swemu chlebodawcy w wędrówkach, z opisów chwilami przypominających trochę "Złotą gałąź" Frasera i z których można by ułożyć bedeker po starożytnych kulturach (nawiasem, nomen omen, mówiąc nie obyło się bez niewielkiej wpadki bo papier, o którym wspomina Sinuhe nie był jeszcze znany w czasach Echnatona, w których rozgrywa się akcja powieści).

Jednak kanwą powieści są nie podróże i wojny lecz jest nią konflikt religijny, epizod w dziejach Egiptu związany z próbą zastąpienia Atonem kultu Amona. To obraz rozczarowująco nieskomplikowany: niezrozumiany przez innych faraon, który chce dobrze vs. zdeprawowani kapłani wykorzystujący ciemnotę ludu w obronie własnej pozycji. Z jednej strony jest bóg, który "nie ma żadnych posągów i wszyscy ludzie są równi przed jego obliczem, i każdy człowiek (...) ma swoją wartość przed bogiem faraona" z drugiej zaś pragnienie "żeby każdy człowiek bezpiecznie mógł wykonywać swój zawód i wierzyć w to, w co sam chce wierzyć (...) gdzie zadanie każdego określone jest z góry i aż do końca życia, i gdzie żaden czczy niepokój nie zżera ludzkich serc". Z góry wiadomo jak się takie konfrontacje kończą. Tak jak życie głównego bohatera, usiłującego przejść przez nie prosto i uczciwie, kierującego się szlachetnymi uczuciami a mimo to, a może właśnie przez to tracącego najdroższe sobie osoby i osamotnionego.

Chyba jednak wolę "Faraon" Prusa ...

środa, 14 sierpnia 2013

Lew Tołstoj. Biografia. Wiktor Szkłowski

Niedawno przy okazji postu na temat "Anny Kareniny" wspominałem o biografii jej autora. Trafiła mi się tylko jedna - wydana przez W.A.B. Co tu dużo mówić wydawnictwo zdecydowało się na ryzykowny krok - wydało bowiem pozycję par excellance radziecką i która w Polsce, wydana była, wbrew temu co twierdzi wydawca, że to pierwsze wydanie, przynajmniej dwukrotnie; w 1982 i 1967 roku a oryginał ujrzał światło dzienne w 1963 r.
Pojawiła się zatem podstawowa wątpliwość, co do wartości pozycji, która miała za sobą pełne namaszczenie ówczesnych decydentów "od kultury" i to w dodatku tych zza wschodniej granicy, ale że pieniądze już wydałem więc doszedłem do wniosku, że skoro powiedziałem A należy powiedzieć również B.

Cóż ... , biografię kończyłem z tak zwanymi mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, wypada oddać autorowi sprawiedliwość - to zaskakująco sprawnie napisana książka. Na pewno nie jest nudna, zwłaszcza rozdziały poświęcone schyłkowi życia Tołstoja i opis jego stosunków rodzinnych czyta się nieomal z zapartym tchem. Z drugiej jednak strony, zawiera ona wszystkie te mankamenty jakich się obawiałem, a które nie są zaskoczeniem, tym bardziej, że tłumaczką była sama Romana Granas, bo tak jak u Mrożka żyrafa nie mogła istnieć jeśli nie wspominali o niej Marks, Engels ani ich "wielcy kontynuatorzy" tak i biografia Tołstoja powstała za czasów ZSRR nie mogłaby istnieć bez Lenina, nie obyło się zresztą również i bez jego poprzedników. Dzisiaj tego typu zabiegi w najlepszym wypadku śmieszą, ale jak na mój gust tych obligatoryjnych wtrętów, uwzględniając nawet specyfikę ówczesnych lat, jest zdecydowanie za dużo. Odniosłem też wrażenie, że w ideologicznym zapale Szkłowski chwilami usiłował wypromować na następcę Tołstoja ... Gorkiego, usiłując wyeksponować znajomość obu pisarzy.

Drugi poważny mankament to "brązownictwo" - co jakiś czas, pojawia się w biografii wzmianka o genialności Tołstoja, na czym jednak jego genialność miałaby polegać - nie wiadomo. Owszem to świetny pisarz z ekscentrycznymi pomysłami, głoszonymi m. in. w "Annie Kareninie" przypominającymi zawracanie Wisły kijem ale stąd do genialności jeszcze bardzo daleka droga. Nie ma co się chyba jednak specjalnie dziwić bo wiadomo "Tołstoj wielkim pisarzem był".

W tym klimacie "brązownictwa" trafiają się rzeczy, które sprawiały że szeroko otwierałem ze zdumienia oczy w trakcie lektury. Moją uwagę zwróciły dwie kwestie. Pierwszą z nich można chyba zaliczyć do formy "leczenia" europejskich kompleksów.  Jeśli ktoś sądził, że to Polska stanowiła "antemurale christianitas" a  za jej wschodnimi granicami rozpościerała się, kultura z europejskością niewiele mająca wspólnego choć do niej pretendująca, chwilami z powodzeniem, to jest w błędzie, bowiem według Szkłowskiego ośrodkiem, który stanowił centrum wymiany kultury europejskiej i azjatyckiej był uniwersytet w ... Kazaniu. Druga kwestia dotyczy twórczości Tołstoja, Szkłowski dokonuje zdumiewającego zabiegu, z jednej strony wyraźnie widać w jego książce, że bohaterowie utworów Tołstoja mieli cechy postaci z którymi pisarz się stykał z drugiej zaś Szkłowski, powtarza z uporem godnym lepszej sprawy, że były to twory od początku do końca oryginalne.

Te mankamenty książki Szkłowskiego niewątpliwie mogą drażnić i podważają jej wartość nie mniej jednak nie da się zaprzeczyć, że jeśli przymknie się na nie oczy, to pozostaje czytelnikowi niezła biografia, trzymająca się tematu, przedstawiająca życie i twórczość dziwaka, który nie za bardzo umiał znaleźć język z własną rodziną, potępiającego "miłość cielesną" a którego żona 15 (słownie: piętnaście) razy była w ciąży, upatrującego w kolejach żelaznych przyczyn klęsk ekonomicznych Rosji, "geniusza", który nie potrafił dojść do ładu i składu z najbliższymi, który popularnością przebijał w Rosji wszystkich pozostałych twórców pióra, którego poglądy omalże nie doprowadziły do założenia związku wyznaniowego i które szybko i brutalnie zweryfikowało życie.

W ostatecznym rozrachunku można więc przeczytać biografię Szkłowskiego z nadzieją, że jednak nie jest to ostatnie słowo na temat Tołstoja, jego życia i twórczości.

sobota, 3 sierpnia 2013

Anna Karenina, Lew Tołstoj

Ufff ... , wreszcie skończyłem. Męczyłem się z "Anną Kareniną" nadspodziewanie długo, zważywszy że Lew Tołstoj "wielkim pisarzem jest" a książka generalnie napisana jest tak jak przystało na mistrza. No, ale może to przez te upały ... może też zrobiłem błąd, że wcześniej przeczytałem "Sonatę Kreutzerowską" a komentarze do postu sprawiły, że powieść czytałem z pewną podejrzliwością.

A to jest w gruncie rzeczy prosta, by nie powiedzieć banalna historia, którą najlepiej streszcza rozmowa tytułowej bohaterki z bratem - "wyszłaś za mąż za człowieka starszego od siebie o lat dwadzieścia. Wyszłaś za mąż bez miłości lub też o miłości nic nie wiedząc. Dajmy na to, że to był błąd. (...) Później - powiedzmy nieszczęściem - pokochałaś kogoś, kto nie był twoim mężem. (...) I mąż twój uznał to i przebaczył. (...) Obecnie kwesta polega na tym: czy możesz żyć w dalszym ciągu ze swoim mężem? Czy tego pragniesz?" Cóż, okazało się, że Anna nie potrafiła żyć nie tylko z własnym mężem ale i kochankiem.

I to w sumie tyle. Można by więc powiedzieć - cóż za romansidło!, ale o ile można przyczepiać się do różnych rzeczy, począwszy od tytułu bo powieść równie dobrze mogłaby się nazywać "Konstanty Lewin" ponieważ to jemu Tołstoj poświęca najwięcej uwagi, poprzez "czarną dziurę" w relacjach Wrońskiego i Anny, która opierając się ogarniającej miłości nagle jej uległa, jakby gdzieś poza stronicami powieści, rozdwojenie jaźni Wrońskiego, który najpierw ogląda swoją klacz i dostrzega liczne niedoskonałości a kilka stron dalej zachwyca się jej pięknością, "wynalazki" (nie wiem na ile tłumaczki, Kazimiery Iłłakowiczówny a na ile samego Tołstoja) w rodzaju "nieznajomej przyjaciółki" (ktoś z Was ma taką?), kelnerów którzy "uwijali się z potrawami i winem nieznacznie (...)", kończąc na zagadce dlaczego trup u Tołstoja oddycha, i  co Kitty Szczerbicka i Konstanty Lewin wkładali sobie na palce na znak zaślubin, pierścionki czy obrączki, to jednak nie da się odpowiedzialnie postawić Tołstojowi zarzutu, że jest autorem knota, jakby to kiedyś powiedziano "dla kucharek".

Jego bohaterowie żyją i nawet dzisiaj po blisko 150 latach budzą emocje. Konstanty, podobno autobiograficzna postać, domowy despota uważający, że cały świat ma być stworzony na jego obraz i podobieństwo, z intelektualnymi pretensjami a niepotrafiący zrozumieć na kogo oddaje swój głos w wyborach, hipokryta - niewierzący a biorący ślub w cerkwi i uczestniczący w nabożeństwach. Kitty, pierwsza naiwna, której celem życiowym jest zamążpójście, należąca do tego gatunku kobiet, które gdy mężczyzna poświęci im trochę życzliwej uwagi zaczynają już w wyobraźni meblować mieszkanie, w którym widzą się z nim po ślubie. Stiwa i Dolly - dziwkarz, hulaka i utracjusz ożeniony z uległą, stłamszoną kobieciną, której główną troską jest to, że nie zawsze ma co do garnka włożyć (księżna!), od czasu do czasu buntującą się przeciwko upokorzeniu, jakie znosi z uporem godnym lepszej sprawy. Itd. itp. itd. Długo by jeszcze wymieniać, a każda z postaci jest na swój sposób interesująca, niezależnie od tego czy budzi sympatię czy antypatię czytelnika.

No i oczywiście sama Anna Karenina, "kobieta upadła" która porzuciła męża i dziecko miotająca się poniewczasie pomiędzy miłością do syna i kochanka (dzisiaj mówi się chyba - partner, a w przypadku ludzi z marginesu - konkubent) poddana ciśnieniu społecznego odium, które spadło jednak wyłącznie na nią ze strony kobiet bo Wroński całkiem nieźle się bawi w towarzystwie (zdradzającemu żonę na lewo i prawo Obłońskiemu też nikt wymówek nie czyni), która ostatecznie nie wytrzymała napięcia i wyimaginowanych obaw.

Nawiasem mówiąc, czy jej śmierć "na kolei" albo wyścigi nie przypominają nam czegoś znajomego, no i z innych bliższych nam spraw, lekką konsternację mogą budzić wywody na temat "zruszczenia Polski", które kojarzyć się mogą z ... późniejszymi praktykami Lebensbornu. Trzeba jednak wziąć poprawkę, że teorie społeczne, filozoficzne i gospodarcze snute przez Tołstoja są, eufemistycznie mówiąc, dosyć oryginalne a często po prostu głupie, jak na przykład pogląd o ... szkodliwości kolei dla rozwoju Rosji. Ale paradoksalnie sprawiają one, że książkę czyta się z jeszcze większą ciekawością i oczekiwaniem, co też Lew Nikołajewicz dalej wymyśli ...

Lektura obowiązkowa, gwarantująca, że nudno nie będzie.

środa, 31 lipca 2013

Stroma ściana, Eugenia Ginzburg

"W syberyjskich lasach" jest "żywym" dowodem na to, że nawet grafomańskie knoty mogą mieć czasami wartość dodaną. To właśnie dzięki książce Tesson'a oraz zawartemu w niej zestawowi lektur dowiedziałem się o istnieniu wspomnień Eugenii Ginzburg. I pewnie wiedza ta zaginęłaby w zakamarkach pamięci, gdyby nie to, że książka sama wpadła mi w ręce podczas niedawnej wizyty w księgarni.

Zabierałem się do niej "z pewną taką nieśmiałością" bo za literaturą łagrową jakoś nie przepadam, owszem kojarzę Czapskiego, Herling-Grudzińskiego, Sołżenicyna czy Szałamowa - wiadomo, kanon, ale sięga do nich niechętnie, jak do każdej rzeczy, która nic miłego z sobą nie niesie.  


Ale skoro miałem już ją w rękach to nie wypadało się wycofać a i chciałem się przekonać, co czyta Tesson, że tak pisze. Początkowo obawiałem się, że potwierdzą się moje najgorsze obawy bo "Stroma ściana" chwilami może przywodzić na myśl wspomnienia "ciotek rewolucji", które wbrew wszystkim i wszystkiemu łącznie z własnym doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem wierzą w uzdrawiającą moc Partii. Na szczęście szybko okazuje się, że to tylko zapis tymczasowego stanu autorki, która padła ofiarą tzw. wielkiej czystki w 1937 r., w której "rewolucja pożerała własne dzieci". To zwykle budzi pytania o przyczynienie się ofiary do własnej katastrofy a Ginzburg to nie ktoś zupełnie niewinny lecz osoba uczestnicząca wraz z mężem w budowaniu tego systemu i członek miejscowego, kazańskiego establishmentu.

Co prawda niespecjalnie rozwodzi się nad swoją działalnością sprzed uwięzienia i zsyłki, jej wspomnienia w tej materii, w sumie sprowadzają się do tego, że była nauczycielką akademicką i redaktorką czasopisma, co brzmi dosyć niewinnie, ale nie ulega wątpliwości, że zanim przekonała się czym jest komunizm w rzeczywistości była jego fanatyczną wyznawczynią, dla której wyrzucenie z partii jest autentycznym dramatem (stawiano jej zresztą z tego powodu zarzut - w jej mniemaniu niesprawiedliwy - wytykając że terror komunistyczny dostrzegła dopiero wówczas gdy sama padła jego ofiarą). Jakże odkrywczo brzmiały dla niej proste słowa "wszystko to minie, a życie jest jedno", których znaczenia wówczas jeszcze nie rozumiała a które pobrzmiewają jak memento.

Na tle literatury łagrowej, przynajmniej tej którą znam, "Stroma ściana" jest czymś oryginalnym, bo pokazuje świat łagrów z punktu widzenia kobiety "stamtąd". Dla tych, którzy znają wspomnienia Czapskiego czy powieść Herlinga-Grudzińskiego może nie będzie to lektura porażająca, choć na takie miano zasługuje rozdział poświęcony obozowi do nowonarodzonych dzieci czy "oryginalny" sposób pochówku w jednym z łagrów. Ale Ginzburg nie szafuje naturalistycznymi obrazami okrucieństwa i zdziczenia, ma się wrażenie, że specjalnie je omija, niekiedy tylko o nich napomykając i przypisując je kryminalistom, stanowiącym odrębną warstwę więźniów, a których darzy co najmniej niechęcią. Nie ma martyrologicznych tonów i chwilami odnosi się wrażenie, że przeżyła ona łagry, jakby to powiedzieć - "przypadkowo" - nie dzięki własnej sile i woli życia lecz pomocy ludzi, których spotkała przypadkowo na swojej drodze, czasami bezinteresownej czasami nie. Widać też, że końcowe partie książki są wyraźnie słabsze, dostrzec można w nich jakby "happy end'owe zacięcie", co budzi, oględnie rzecz ujmując, mieszane uczucia.

By jednak nie było nieporozumień, to bardzo dobrze napisana książka, którą czyta się nieomal z "zapartym tchem" jeśli w ogóle można tak się wyrazić o tego typu literaturze, tak że nie dziwię się Tesson'owi, że miał ją na swojej liście i widać, że miał znacznie lepszy gust jako czytelnik niż jako autor.   

poniedziałek, 29 lipca 2013

Niewiarygodne przygody Marka Piegusa, Edmund Niziurski

W ramach wakacyjnego rozleniwienia i powtórek z dzieciństwa przyszła kolej na chyba najgłośniejszą książkę Edmunda Niziurskiego. Ale najgłośniejsza czy najbardziej znana nie znaczy, niestety, najlepsza, by nie powiedzieć wprost, że to książka rozczarowująca i nie zmienia tego nawet sentyment do lektury sprzed lat.
 

Przygody tytułowego bohatera sprawiają wrażanie nie tyle niesamowitych ile raczej głupawych, no i kończą się po kilku początkowych rozdziałach, książka mówi bowiem nie tyle o przygodach Marka Piegusa co o jego poszukiwaniach, w których on sam nie odgrywa żadnej aktywnej roli. Równie dobrze powieść mogłaby nosić tytuł "Niewiarygodne przygody szukających Marka Piegusa" i moim zdaniem byłby on bardziej adekwatny do treści. Książce nie pomagają też, delikatnie mówiąc, "formalne eksperymenty" związane z prowadzeniem narracji i odautorskimi komentarzami a la "wujek dobra rada", na szczęście dosyć szybko i one mają swój koniec, co powieści wychodzi tylko na lepsze.

Pechowy szóstoklasista, szajka złodziei, detektyw amator, harcerze na tropie i milicjanci w odwodzie, to postacie książki, z którymi czytelnik wita się i żegna jakby przez zapomnienie Autora w trakcie lektury. Początkowo główne skrzypce gra Marek wraz ze szkolnym kolegą i lokatorem, potem niejaki Hippollit Kwass i wreszcie harcerz Teodor. Trochę tak to wszystko bez ładu i składu. No i jeszcze to rozczarowanie - fiasko poszukiwań kościoła św. Bazylego i płaskorzeźby św. Jacka ukrywającej przejście do podziemi i kryjówki bandy, nie mówiąc już o tym, że lwy w warszawskim zoo znajdują się na wybiegu a nie w klatce, nie da się więc odnaleźć tej, w której zamknięty był Alek i Cedur. Znak firmowy powieści Niziurskiego - humor, też taki sobie, tylko z rzadka przypominający ten z jego najlepszych powieści, ale jest w książce i pewien pozytyw.

Otóż dla mnie "Niewiarygodne przygody Marka Piegusa" to przede wszystkim wprawka i zapowiedź "Klubu włóczykijów", a obie powieści łączą niektóre postacie (m.in. Wieńczysław Nieszczególny i Teodor) oraz zbliżone motywy, na przykład odpowiednikiem wyjścia z podziemi w łaźni miejskiej (kto dziś jeszcze pamięta taki przybytek użyteczności publicznej) w "Klubie włóczykijów" jest wyjście w kolegiacie pułtuskiej.

I choćby ze względu na powinowactwo tych dwóch książek warto jednak "Niewiarygodne przygody" przeczytać, specjalnie zresztą czasu nie marnując, bo co by nie mówić, jak to u Niziurskiego, akcja wartko się toczy, wszelako niczego nadzwyczajnego nie ma co oczekiwać. No, może poza wiedzą, że "skumbrie w tomacie" mogą odgrywać też zupełnie inną rolę niż w wierszu Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

czwartek, 11 lipca 2013

Nagość życia. Sezon maczet. Strategia antylop, Jean Hatzfeld

Na "trylogię rwandyjską" Jeana Hatzfelda składają się "Nagość życia", "Sezon maczet" i "Strategia antylop". Wszystkie zostały dostrzeżone i wyróżnione różnymi nagrodami i już po kilku stronach pierwszej z nich wie się, że były to nagrody w pełni zasłużone mimo, że nie należy ona do tych, które można przeczytać jednym tchem. Wiedziałem mniej więcej czego mogę się spodziewać. Przedsmak tego co zawiera cykl Hatzfelda można obejrzeć w filmowej "tetralogii rwandyjskiej", na którą składają się "Czasem w kwietniu", "Podać ręką diabłu", "Strzelając do psów" oraz najbardziej znany a jednocześnie chyba najsłabszy "Hotel Rwanda", ale mimo takiego przygotowania, "Nagość życia" i tak wbija w fotel, i chwilami na prawdę trzeba się przemóc by kontynuować lekturę.


To książka porażająca, która zawiera relacje kilkunastu ocalałych, dzieci, kobiet i mężczyzn, młodych i starych. Szokujące jest to, że prześladowcami i mordercami byli często ludzie, których ofiary znały a narzędziem zbrodni nie był cyklon B, czy kula karabinowa ale maczeta i pałka. Zdumienie budzi fakt, że we wspomnieniach, "polowania" na Tutsi określane są mianem "pracy". Z dnia na dzień sąsiedzi, zwykli ludzie, stali się zabójcami, wychodzącymi co rano z domu mordować ludzi zamiast do pracy na pole. I nie był to chwilowy impuls lecz krwawe pasmo poszukiwań ofiar przez trzy miesiące, w czasie których świat nie kiwnął palcem wiedząc o tych masakrach.

Wstrząsające są opisy morderstw ale tym co robi nie mniejsze wrażenie, to przejmujący smutek jaki przebija z opowieści ocalałych, smutek wypływający z wszechogarniającego, dojmującego poczucia pustki i osamotnienia. Świadomość tego, że z jakichś niezrozumiałych powodów dotychczasowy świat zawalił się i nic już nigdy nie będzie takie same. "Natknąłem się na dwójkę dzieci siedzących w kącie domu. Siedziały cicho jak myszy, kazałem im wyjść, wstały, chciały pokazać, że są grzeczne. (...) miałem od niedawna prawo do karabinu. (...), nie mając żadnych konkretnych planów, chciałem go wypróbować. Ustawiłem dwójkę dzieci dwadzieścia metrów dalej, przystanąłem, dwa razy strzeliłem im w plecy. Pierwszy raz w życiu używałem karabinu, (...). To było dla mnie ciekawe, zobaczyć, jak dzieci upadają bezgłośnie. To wyglądało nawet dość zabawnie."


Jak się okazało, dzieci i tak miały "szczęście", że nie zginęły od ciosów maczet albo pałek nabijanych gwoździami. Hatzfeld, jak sam pisze, długo zastanawiał się nas sensem rozmów z Hutu uczestniczących w ludobójstwie Tutsi w napisania na tej podstawie "Sezonu maczet". Niezależnie od wstrętu jaki miał do kontaktów z wielokrotnymi mordercami, poddał w wątpliwość, co do istoty, w ogóle potrzebę przedstawienia ich punktu widzenia a jednocześnie wskazywał na konieczność zachowania dużej rezerwy do ich wersji wydarzeń. Czytelnik, już takiej konieczności nie ma, bo Hatzfeld już za niego starał się odsączyć prawdę od kłamstwa, czasami tylko wspominając, z jakimi trudnościami miał przy tym do czynienia.

Nie bardzo rozumiałem zastrzeżenia i obawy przed przedstawieniem światu tej wersji wydarzeń, zwłaszcza, że miałem przed oczyma przykład Franza Suchomela z "Shoah", w każdym razie, moim zdaniem, autor nie powinien żałować, że podjął się tego zadania.

Opowieści morderców zaskakują swoją beznamiętnością, mówiąc o codziennej "pracy", nikt z Hutu nie oszalał widząc dantejskie sceny jakie rozgrywały się na polach, w lasach, na ulicach, w kościołach - karą jest dla nich ucieczka do Kongo i pobyt w więzieniu. Są rozżaleni! Nie żałują tego co zrobili a tego co przez to utracili - możliwości codziennego jedzenia i picia do syta, odebrania skradzionej własności. Brak w nich kompletnie zrozumienia, że to co ich spotyka jest konsekwencją ich wcześniejszych czynów. Wreszcie oczekiwanie przebaczenia - i niezrozumienie, że mogą go nigdy nie otrzymać bo odsiedzenie kary w więzieniu jest tylko odpłatą za ich czyny (dyskusyjne czy proporcjonalną i sprawiedliwą do ich przewin) i nie ma nic wspólnego z wybaczeniem krzywd przez ofiary.

"Sezon maczet" znacznie bardziej kojarzy mi się z Holocaustem, niż część pierwsza. Co prawda Hatzfeld zauważa, że intensywność ludobójstwa w Rwandzie przekroczyła to co robili Niemcy ale nie chodzi tu o licytowanie się w statystykach. To co uderza, to pojawiające się znacznie wcześniej sygnały alarmowe zapowiadające masakry, ignorowanie ich przez samych Tutsi, brak oporu z ich strony, zarówno jeśli chodzi jednostki, jak i zbiorowość oraz poszukiwanie ratunku jedynie w ucieczce i ukryciu. Kończyłem czytać "Sezon maczet" zmęczony psychicznie bo nie jest to lektura, która uchodziłaby "bezkarnie".
Do "Strategii antylop" zabierałem się dwukrotnie - może miałem przesyt po dwóch pierwszych częściach a może niż intelektualny niż. Zresztą, co Hatzfeld mógł jeszcze ciekawego napisać na temat tego co rozgrywało się w Rwandzie w 1994 r.? 


Tymczasem okazuje się, że mógł ... a przedstawił życie niedoszłych ofiar i morderców "po", ponad dziesięć lat po masakrach. Książka poprzedzona jest wstępem Olgi Stanisławskiej utrzymanym w postkolonialnej manierze, którego clou sprowadza się do tego, że podłożem zła w Afryce jest "biały" bo albo zaszczepił je w "czarnych" albo też przypatrywał się obojętnie gdy zło doszło do głosu i wzajemnie się wyrzynali.

Choć takie tłumaczenie rzeczywistości może jest wygodne i proste, bo pozwala odium winy zrzucić na kogoś innego, to w niczym tak na prawdę tej rzeczywistości nie tłumaczy. To nie "biali" stworzyli różnice pomiędzy Tutsi i Hutu, one zostały tylko przez "białych" opisane. Ich świadomość istnienia żyła i była cały czas obecna, widzi to także rozmówca Hatzfelda, gdy mówi "(...) byliśmy dumni, że jesteśmy Tutsi gdyż to oznaczało szlachectwo, umiarkowanie, pewną wyższość", a nie jest to głos odosobniony. Dopatrywałbym się bardziej prozaicznych przyczyn ludobójstwa - "Źródłem tego wszystkiego jest chciwość. Biali mówią o biedzie, zniechęceniu czy niewiedzy, ale to właśnie chciwość. Kiedy Hutu zabijali Tutsi, nie wydawali się biedni, zniechęceni czy nieświadomi. Bali się inkontanyich ale ponad wszystko żywili wielkie nadzieje, że opanują kraj, ogołocą pola Tutsich i zjedzą ich krowy." "Białych" nie było w Rwandzie już ponad 30 lat "(...) to sami Rwandyjczycy chwycili za maczety, żeby się pozbyć innych Rwandyjczyków, ani jeden biały nie podniósł maczety". Ale nie o polemikę z interpretacją postkolonialną mi chodzi zwłaszcza, że to jałowe intelektualnie zajęcia, tak jak udowadnianie, że nie jest się wielbłądem.

Moją uwagę, tym razem zwrócił problem braku oporu ze strony ofiar, choć pojawia się on również i wcześniej, to dopiero tu został, mam wrażenie, mocniej zaakcentowany. Widać wśród nich tylko dwie postawy - ucieczkę albo bierne poddanie się i czekanie na śmierć a przecież byli takimi samymi rolnikami jak Hutu - w żadnej z trzech części "trylogii rwandyjskiej" nie znalazłem opisu przypadku, w którym Tutsi stanął do walki w obronie swojej rodziny i siebie, a przecież też mieli maczety a niektórzy z nich służyli wcześniej w armii. Tylko po części można to chyba wytłumaczyć beznadziejnością oporu, bo wszak są sytuacje, gdzie mimo beznadziejności człowiek jednak podejmuje walkę. Raczej była to kwestia - "nas to nie dotyczy" - "Myśleliśmy, że to tylko ludzie umieszczeni na liście mają umrzeć, bogaci i wpływowi, że w dwa, trzy dni wytną wszystkich ważnych z rodzinami i będzie można zejść". Coś podobnego zapamiętałem z "Dzienników" Klemperera - jakby zaskoczenie, że antysemityzm dotyczyć może także Żydów niemieckich a nie tylko tych ze Wschodu, bo przecież ci pierwsi są na wyższym poziomie i ten brak poczucia wspólnoty losów w obliczu Zagłady uderzył mnie także w życiu getta warszawskiego.

"Strategia antylop" nie napawa optymizmem, zresztą dwie wcześniejsze książki Hatzfelda także nie. Z jednej i z drugiej strony widać niezrozumienie sytuacji. Ze strony Hutu jest ono kuriozalne, bo przemawia przez nich gorycz i złość z powodu utraty swojej osobistej pozycji i majątku, Tutsi z kolei nie mogą zrozumieć, dlaczego mordercy żyją wśród nich i nie mają ani poczucia winy ani też nie wykazują skruchy. Mimo tego starają się jakoś normalnie, w końcu "każdy może się zmienić, my także. To nie wstyd się zmieniać, jeśli nie zapomni się o bliskich, o tym, jak umarli. Przewiny Hutu stają się mniej poważne, kiedy los nam sprzyja. Gdy ktoś odnajdzie krowy, zbierze obfite plony, odnajdzie męża i patrzy, jak jego dzieci rosną, czuje, że nieszczęścia odchodzą, wspomnienia tak bardzo nie dokuczają. Ale gdy sześćdziesięcioletnia matka, która nie ma już dzieci, musi sama chodzić czerpać wodę, lepiej nie wymawiać przy niej słowa pojednanie."

czwartek, 4 lipca 2013

Wypędzenie Niemców ... Maria Podlasek

Od dawna miałem tę książkę w powtórkowych planach. Dzisiaj mówienie o krzywdach Niemców zdobywa sobie, aczkolwiek ciągle z dużymi oporami prawo obywatelstwa ale nadal dominują w tej dziedzinie stereotypy. Często traktuje się w "odruchu obronnym" mówienie o wypędzonych jako próbę zatarcia niemieckich win, ale moim zdaniem to uproszczenie. Krzywdy nie bilansują się i zbrodnie niemieckie w żaden sposób nie są pomniejszone za sprawą cierpień jakie zadano Niemcom po wojnie. W kategoriach indywidualnych sprawa jest bardziej "niezręczna" bo ofiarami byli zarówno ci, którzy w jakiś sposób byli beneficjentami niemieckiej polityki ale też zupełnie niewinni pozostający poza wszelkimi podejrzeniami - dzieci. 


Autorka jest w pełni świadoma drażliwości tematyki, którą podejmuje zważywszy na utrwalony u nas "mit tzw. ziem odzyskanych, mający uzasadnić historyczne prawo do ziem niemieckich przyznanych Polsce (...) oraz pozytywny stereotyp Polaka, który przedstawia naród polski wyłącznie w roli bohatera lub ofiary."

Z kolei po drugiej stronie widać niezrozumienie przyczyn tragedii bo "we wspomnieniach niemieckich świadków rzadko pojawia się refleksja na temat wojny, Hitlera, narodów uciskanych przez III Rzeszę - także w ich imieniu" a "ludność cywilna Niemiec w chwili upadku III Rzeszy nie nosiła w sobie zazwyczaj poczucia winy. Większość nie znajdowała więc wytłumaczenia dla zaistniałej sytuacji i widziała w Polakach i Rosjanach agresorów, którzy napadli na ich kraj." Przyznaję, że taka postawa może budzić co najmniej irytację bo jeśli nawet ktoś nie wiedział o obozach zagłady i masowych egzekucjach, to wiedział że syn, brat, mąż czy ojciec są w Rosji, Polsce, Francji albo innym kraju podbitej Europy i nie pojechał tam na wycieczkę. Jeśli nie widziano więźniów obozów koncentracyjnych to widziano robotników przymusowych, słyszano przemówienia Goebbelsa i czytano "Völkischer Beobachter" i "Stürmera". Ale nawet niewiedza rzeczywista, czy udawana nie może stanowić usprawiedliwienia tego co zrobiono.

Na tle klasyki gatunku jaką jest "Czas kobiet" i "Wielka ucieczka" J. Thorwalda oraz wydanych ostatnio przez Ośrodek Karta "Wypędzonych" książka jest nietypową pozycją, jakby bowiem na nią nie patrzeć jest książką popularnonaukową, co prawda momentami mrożącą krew w żyłach, ale jednak popularnonaukową, co nie brzmi zbyt zachęcająco nawet mimo bardzo przystępnej narracji.

Ukazane jest więc polityczne tło wypędzeń przesądzonych na konferencjach w Jałcie oraz Poczdamie i nasz w nich udział - "Polacy przybyli (...) do Poczdamu, dumni i wymagający, jak zawsze, aby odegrać swoją rolę w ironicznym rytuale, w którym występowali jednocześnie jako zwycięzcy i pokonaniu, ofiary i zdobywcy. Byli oni bezbronnymi ofiarami koncepcji i planów, które wymyślili inni, byli zdobywcami nowych ziem, które posiedli nie dlatego, że byli silni, lecz dlatego że byli słabi." a przede wszystkim polityka faktów dokonanych stosowanych przez Rosjan. Ich zachowanie na terenach, które miały być odebrane Niemcom niezależnie od wszelkich innych pobudek miało rozwiązać praktycznie problem przesiedleń.

Wiadomo, że administracja niemiecka do końca była przeciwna ewakuacji czym znacznie przyczyniła się do zwiększenia ilości ofiar. Działania Niemców sprawiły także, że przez jakiś czas niemożliwa była ucieczka ludności z Prus Wschodnich przez Zalew Wiślany bo statki utworzyły tam w lodzie rynnę i ludzie przez tydzień byli trzymani na lodzie nie mogąc się przedostać na drugą stronę - "pod koniec stycznia mróz wzrósł do 20 stopni i część uciekających zamarzła podczas przeprawy przez Zalew. Jednej matce (...) zamarzło dwoje dzieci, gdy dotarła do połowy Zalewu. Musiała je po prostu porzucić tam na lodzie. Ruszyła dalej z dwójką pozostałych. Gdy znajdowała się już w pobliżu Mierzei, także i tych dwoje zamarzło."

Z drugiej strony funkcjonował już syndrom Nemmersdorf wykorzystywany zresztą przez propagandę niemiecką, zresztą zbytecznie, bo "większość żołnierzy radzieckich skrupulatnie wypełniała zawołanie Ilji Erenburga: "Złamcie siłą dumę rasową germańskiej kobiety. Bierzcie je jako regularną zdobycz! Zabijajcie, wy dzielni, prący do przodu czerwonoarmiści!" i wieści o ich "wyczynach" rozchodziły się lotem błyskawicy. To właśnie kobiety stanowiły zdecydowaną większość ofiar "wyzwolicieli" - "gwałty powtarzały się dwa razy dziennie, za każdym razem gwałciło wielu żołnierzy, aż do siódmego dnia. Ten dzień był dla mnie najgorszy, miałam zupełnie rozdartą pochwę, a na obu udach aż do kolan grube jak ramię pęcherze. Nie mogłam ani chodzić, ani leżeć. Później nastąpiły trzy dni podobne do pierwszych sześciu. Wtedy zdaniem rosyjskich żołnierzy, nie nadawałyśmy się już do niczego, i przegonili nas nago z tej jaskini. Na nasze miejsce przyszły inne kobiety."

Przekroczenie przez Rosjan linii Nysy i Odry a potem koniec wojny tylko w niewielkim stopniu poprawiło sytuację bo objęcie władzy przez polską administrację przypominało zastąpienia dżumy cholerą. "Kobiety z Grabin pod Ząbkowicami Śląskimi zostały pewnego dnia przewiezione do Łambinowic, gdzie gołymi rękami musiały otwierać masowy grób i oczyszczać zwłoki. Było lato i smród prawie nie do zniesienia, nie wspominając o straszliwym widoku rozłożonych ciał, które wywoływał przerażenie. Gdy zwłoki zostały odkopane, dziewczęta i kobiety zmuszono do położenia się na te kleiste i cuchnące trupy twarzami do dołu. Kolbami karabinów polscy milicjanci wciskali twarze ofiar w głąb masy. Części zwłok wciskały się przy tym nieszczęsnym do ust i nosa."

Do cierpień fizycznych dochodziły także te psychiczne związane chociażby z przymusowym odbieraniem dzieci matkom i ich wynarodowieniem a o "zwykłych" rabunkach nie warto nawet wspominać bo stanowiły standard. Najgorzej podobno zapisali się mieszkańcy Polski centralnej bo o ile "repatrianci" szukali miejsca do osiedlenia po utracie swojej małej ojczyzny, to ci przyjeżdżali prawie wyłącznie w celach rabunkowych.

Na tym tle "wojsko polskie, w przeciwieństwie do milicji, cieszyło się nawet pewnym poważaniem; często brało ono ludność niemiecką w obronę. Bywało, że Niemcy doświadczali też pomocy i wsparcia od Polaków" choć w tamtym okresie takie osoby mogły być represjonowane przez władze.

"Wypędzenie Niemców" dotyczy ponurego okresu naszej historii, w którym około 10% Polaków i 20% Niemców utraciło swoją ojczyznę lub strony rodzinne i to nie jest najlepsza książka na lato. Ale z drugiej strony chyba żadna pora roku nie jest szczególnie właściwa dla takiej lektury, którą jednak mimo tego warto poznać. 

wtorek, 2 lipca 2013

Marsz Radetzky'ego, Joseph Roth

Gdyby nie dyskusja przy okazji "Przygód dzielnego wojaka Szwejka" na temat Austro-Węgier powieść Rotha dalej miałaby w mojej bibliotece status "półkownika", bo kupiona przypadkowo na jakiejś książkowej wyprzedaży od lat stała na półce pokrywając się kurzem. Co za niesprawiedliwość losu - przecież to świetna książka, w starym, dobrym stylu, kojarząca się trochę z powieściami Stefana Zweiga. 


To powieść o końcu epoki i jednocześnie historia rodziny, której kariera równie szybko zgasła jak zabłysła a która swój los związała z Franciszkiem Józefem I "z Bożej Łaski cesarzem Austrii, apostolskim królem Węgier, królem Czech, Dalmacji, Chorwacji, Slawonii, Galicji, Lodomerii i Ilyrii, królem Jerozolimy etc, etc, ... arcyksięciem Austrii, wielkim księciem Toskanii i Krakowa, księciem Lotaryngii, Salzburga, Styrii, Karyntii, Krajiny i Bukowiny, wielkim księciem Siedmiogrodu, margrabią Moraw, księciem Górnego i Dolnego Śląska, Modeny, Parmy, Piacenzy, Guastalli, Oświęcimia i Zatora, Cieszyna, Frulii, Raguzy i Zadaru, uksiążęconym hrabią Habsburga i Tyrolu, Kyburga, Gorycji i Gradiszki, księciem Trydentu i Brixen, margrabią Łużyc Dolnych i Górnych oraz Istrii, hrabią Hohenembs, Feldkirch, Bregenz, Sonnenebergu, panem Triestu, Cattaro i Marchii Słoweńskiej, wielkim wojewodą województwa Serbii, etc, etc, ..." jak brzmiał jego oficjalny tytuł.

Tytułowy utwór Johanna Straussa, który co roku wyklaskiwany jest przez publiczność zgromadzoną w Musiverein w Wiedniu, słyszał chyba każdy. W powieści Rotha, grywany przez wojskową orkiestrę w małym miasteczku na Morawach jest stałym elementem uatrakcyjniającym niedzielę choć w rzeczywistości pełni raczej tę samą rolę co "Być bliżej Ciebie chcę" na Titanicu, mimo że nic nie wskazuje na nadchodzącą katastrofę a Austro-Węgry i rodzina von Trotta, której dzieje stanowią odbicie losów cesarstwa wydają mieć się całkiem dobrze. Jednak od początku książki ma się jakieś bliżej nieokreślone przeświadczenie, że ta historia dobrze skończyć się nie może.

Jest bowiem w powieści nuta apatii, braku zaangażowania i dążenia do jakiegoś celu. Ojciec i syn, żyją w blasku bohaterskiego czynu dziadka, odcinając od niego kupony, sami z siebie nie dając nic. W sumie nic dziwnego bo "w owych czasach żyło się wspomnieniami, tak jak dzisiaj żyje się zdolnością szybkiego i gruntownego zapominania." O ile życie ojca polega jeszcze na trwaniu, to w przypadku syna niemogącego znaleźć swego miejsca to trwanie zamienia się w upadek. Dopiero groźba skandalu wisząca nad synem sprawia, że coś się w nich obu budzi i wychodzą poza utarte, wydawało by się raz na zawsze, tory. Ale to dopiero śmierć syna sprawia, że ojciec widzi, że życie w jakim był ukształtowany i które sam ukształtował było pomyłką i nie ma przyszłość, tyle tylko, że jest już za późno i że on sam jest już tylko duchem "starej epoki i starej monarchii habsburskiej".

Nic nie może zatrzymać "starych, dobrych czasów" a "była to jak wiadomo epoka surowa. Ale uznawała wyjątki i ceniła je nawet. Była to jedna z owych niewielu arystokratycznych zasad, dzięki którym zwykłych mieszczan uważano za ludzi drugiej kategorii, ale ten i ów oficer pochodzenia mieszczańskiego zostawał adiutantem przybocznym cesarza; Żydzi nie mogli sobie rościć pretensji do wyższych odznaczeń ale niektórzy z nich zostawali hrabiami i przyjaciółmi arcyksiążąt; kobiety żyły w przekazanej tradycją moralności, ale ta i owa mogła kochać jak oficer gwardii. (Zasady te zwiemy dziś zakłamanymi, ponieważ jesteśmy o wiele bardziej nieubłagani - nieubłagani, uczciwi i pozbawieniu humoru)." Roth zdaje sobie sprawę z nieuchronności zmian ale patrzy jednak z nostalgią na odchodzący świat, który choć nie bez wad był jednak światem jego młodości. Skąd ja to znam ... Świetna książka.