Niedawno u Lirael przy okazji "Dramatu na polowaniu" Czechowa zgadało się, że ze świecą szukać na książkowych blogach dramatów. Żeby więc nie wyjść tylko na takiego, który tylko marudzi, zgodnie z zapowiedzią przypomniałem sobie, z przyjemnością, "Rewizora".
Z bardzo mieszanymi uczuciami podchodzę do prób uwspółcześniania klasyki dramatu. Świadczą co prawda dobrze o pewności siebie reżysera, bo trzeba mieć sporo odwagi by tego typu operacji dokonywać na sztukach na przykład Szekspira czy Moliera. To trochę tak jakby namalować Mona Lisę w "wyjściowym dresie" na tle blokowiska - owszem można - tylko po co?
Z bardzo mieszanymi uczuciami podchodzę do prób uwspółcześniania klasyki dramatu. Świadczą co prawda dobrze o pewności siebie reżysera, bo trzeba mieć sporo odwagi by tego typu operacji dokonywać na sztukach na przykład Szekspira czy Moliera. To trochę tak jakby namalować Mona Lisę w "wyjściowym dresie" na tle blokowiska - owszem można - tylko po co?
Także w przypadku komedii Gogola czytelnik nie potrzebuje "postmodernistycznej twórczej reinterpretacji". Chociażby dialog Horodniczego i Ammosa Fiodorowicza na temat sądowego asesora, który jest to; "owszem, człowiek z olejem w głowie ... ale tak od niego jedzie, jakby przed chwilą wyszedł z gorzelni ..." a są przecież są środki na to, "jak on sam twierdzi, zapach przyrodzony. Należy mu poradzić, aby jadł cebulę lub czosnek czy co innego ... (...) - Nie, tego się pozbyć nie można! Powiada, że mamka, kiedy był niemowlęciem, upuściła go na ziemię i od tego czasu zalatuje od niego trochę wódką ... " całkiem współczesne kojarzy mi się z przedstawicielami "elit" różnej maści, przyłapanymi "po pijaku" i tłumaczących się zażytymi lekarstwami albo zjedzonymi jabłkami.
"Rewizor" mimo tylu lat, które upłynęły od jego powstania ma to do siebie, że to co Gogol wziął w nim na cel ma zaskakująco uniwersalny wydźwięk niezależny od miejsca i czasów. Nieśmiertelne i aktualne pozostają jego obserwacje życia biurokracji; uniżoność wobec przełożonych - "Tak mnie już wychowano, że gdy ze mną mówi człowiek wyższy rangą choćby o jeden stopień, tracę przytomność, a język więźnie mi jak w smole ..." i lizusostwo - "nawet kiedy człowiek spać się kładzie, myśli tylko o jednym: "Boże, jak to zrobić, aby władza dostrzegła moją gorliwość i była zadowolona!", o czym można się przekonać mając styczność z administracją lub jakąś większą zhierarchizowaną firmą.
"Argumentacja" za pomocą łapówek, cokolwiek byśmy o niej nie myśleli, nadal nie jest niczym nadzwyczajnym byleby tylko przybierała "cywilizowane" formy, tak jak to proponuje Horodniczy "W praworządnym państwie załatwia się te sprawy inaczej. Całym szwadronem nie można!" i nawet w tej "dziedzinie" przestrzegała hierarchii - "Ostrożnie, bracie! Nie według rangi bierzesz!".
"Rewizor" mimo tylu lat, które upłynęły od jego powstania ma to do siebie, że to co Gogol wziął w nim na cel ma zaskakująco uniwersalny wydźwięk niezależny od miejsca i czasów. Nieśmiertelne i aktualne pozostają jego obserwacje życia biurokracji; uniżoność wobec przełożonych - "Tak mnie już wychowano, że gdy ze mną mówi człowiek wyższy rangą choćby o jeden stopień, tracę przytomność, a język więźnie mi jak w smole ..." i lizusostwo - "nawet kiedy człowiek spać się kładzie, myśli tylko o jednym: "Boże, jak to zrobić, aby władza dostrzegła moją gorliwość i była zadowolona!", o czym można się przekonać mając styczność z administracją lub jakąś większą zhierarchizowaną firmą.
"Argumentacja" za pomocą łapówek, cokolwiek byśmy o niej nie myśleli, nadal nie jest niczym nadzwyczajnym byleby tylko przybierała "cywilizowane" formy, tak jak to proponuje Horodniczy "W praworządnym państwie załatwia się te sprawy inaczej. Całym szwadronem nie można!" i nawet w tej "dziedzinie" przestrzegała hierarchii - "Ostrożnie, bracie! Nie według rangi bierzesz!".
Tak więc gogolowska komedia omyłek, a w zasadzie omyłki - ale za to jakiej, nie pozostała tylko historyczną satyrą na carską biurokrację. Nie trzeba w niej specjalnie szukać by znaleźć jeszcze jeden rys, który ciągle świetnie się miewa w naszych czasach - to kompleks prowincji wobec stolicy, widoczny nie tylko na gruncie "urzędowym" ale i towarzyskim. Okazuje się zatem, że ponad półtora wiekowa "staroć", która ze swym "Pędzi sobie teraz, sypie trójką koni, dzwoneczki mu dzwonią! Po całym świecie rozniesie tę historię" pobrzmiewa w zakończeniu "Martwych dusz" wcale nie potrzebuje odkurzenia.
I już na marginesie ... Trafiło mi się wydanie z serii Biblioteki Narodowej (z 1966 r.) ze wstępem i komentarzem Andrzeja Walickiego. Otwierałem szeroko oczy ze zdumienia dowiadując się, że jeśli chodzi o interpretację "Rewizora", to spór o jego realizm jest sporem "pomiędzy dwiema klasowymi ocenami" ówczesnej Rosji, nie obyło się przy tym bez wsparcia cytatami z Lenina i "współczesnego badacza marksistowskiego A. Słonimskiego". Doprawdy, takich banialuk nie powstydziłby się sam Chlestakow.
Walicki tłumaczy czytelnikom, że "słońce wschodzi na wschodzie a zachodzi na zachodzie", wyjaśniając na czym polega komizm poszczególnych scen, jak choćby w odniesieniu do tej najsłynniejszej, w której Horodniczy mówi "Nie przeczę, owszem, Aleksander Macedoński był niewątpliwym bohaterem, lecz po cóż łamać krzesła? ...". Mniej pojętni mogą doznać iluminacji dowiadując się, że "komizm polega tu na naiwnej powadze, z jaką wypowiada horodniczy owo: nie przeczę, owszem, tak jakby wielkość Aleksandra Macedońskiego mogła istotnie służyć jako powód do łamania krzeseł." A takich "głębokich przemyśleń" jest znaczenie więcej, niestety. Ale nawet i tu da się znaleźć "wartość dodaną", jak w komentarzu, w którym Walicki objaśnia, iż "replika sędziego doskonale charakteryzuje stan sądownictwa w carskiej Rosji. Przed reformą sądownictwa, dokonaną przez Aleksandra II w 1864 r., załatwienie najprostszej sprawy sądowej mogło się przeciągnąć na kilka lat". Czy nie brzmi to jakoś znajomo?
I niech ktoś powie, że Gogol stracił na aktualności ...















