środa, 12 grudnia 2012

Andersen. Życie baśniopisarza, Jackie Wullschläger

Dla mnie "Baśnie" Andersena, to edycja "Naszej księgarni" z ilustracjami Szancera. Mój synek przejął pałeczkę ale zamiast Szancera ma wydanie z co najmniej nie gorszymi ilustracjami Michaela Fiodorova, tyle że "kanoniczny" zestaw baśni jest w nim bardzo okrojony.


Moja wiedza o Andersenie jeszcze niedawno nie wychodziła poza informacje, że urodził się w Odense i że "Brzydkie kaczątko" jest oparte na motywach autobiograficznych. Uznałem, że to żenująco niewiele, zwłaszcza, że moje poczucie dyskomfortu ciągle dawało znać o sobie za sprawą wieczornego, rytualnego czytania "Baśni" do snu. Bez większych więc oporów skusiłem się na biografię pióra Jackie Wullschläger. To solidny tom, ale którego rozmiar jeszcze nie zniechęca, i który czyta się trochę jak duńską wersję "Janka Muzykanta" tyle, że ciekawiej napisaną a bohaterowi, dla odmiany, w życiu się powiodło. Wullschläger traktuje swojego bohatera z życzliwą neutralnością i to należy docenić, bo Andersen bywał irytujący i śmieszny już dla współczesnych, więc oceniany przez kogoś złośliwego wg obecnych kryteriów nie miałby żadnych szans. "Ambicja i fantazja, rozczulanie się na sobą i infantylizm" to nie są cechy, które pozwalają zaskarbić sobie życzliwość bliźnich, jeśli do tego weźmie się pod uwagę, że był "niezgrabny, niesprawny fizycznie, nadwrażliwy i dumny" to  pisarz jawi się jako wymarzony obiekt kpin, czego zresztą jego rodacy nie omieszkali wykorzystać. Bo o dziwo, Andersen za życia był bardziej fetowany poza granicami Danii, zwłaszcza w Niemczech i Anglii, Duńczycy mieli do niego nieco bardziej krytyczny stosunek chociaż i tu miał wielu entuzjastów swojej twórczości i to dzięki bezinteresownej życzliwości kopenhaskich elit zawdzięczał swoją karierę. Andersen w jakimś stopniu zdawał sobie sprawę ze swojego egotyzmu, sam pisał przecież "(...) od czasu do czasu mam nawet takie myśli, że dobrze by było, gdybym został zamordowany, pragnienie bycia na ustach wszystkich jest tak duże, że nagła śmierć wydaje mi się interesująca (...)" ale dobrze mu było z tym, chociaż ludziom, którzy wspierali go przez całe życie już niekoniecznie. Zaprzątnięty swoją sztuką i sławą, czuł się na przykład "urażony brakiem życzeń urodzinowych", których nie otrzymał od przyjaciela bo ten miał zaprzątniętą głowę żałobą po zmarłej córeczce. Te przywary w niczym jednak nie wpływały na jego status "obywatela świata", który nigdy nie miał własnego domu (mieszkał w wynajmowanych mieszkaniach, hotelach lub korzystał z gościnności innych), gościa koronowanych głów, człowieka który poznał chyba wszystkich, którzy znaczyli coś w ówczesnej kulturalnej Europie (m.in. Dickensa, Heine'go, braci Grimm, Schumanna, czy Thorvaldsena).  Wullschläger nie "skreśla" swego bohatera z powodu jego irytujących wad ani z żadnego innego powodu, chociaż pisarz chwilami aż się prosi by mu "przyłożyć". Wyważenie ocen autorki "Życia baśniopisarza" wszakże w jednym punkcie wydaje się szwankować, otóż biografia śmiało porusza wątki i detale bardzo osobiste, przy których stosunkowo niedawne enuncjacje na temat preferencji seksualnych Konopnickiej wypadają dosyć blado, i choć nie sprawia to wrażenia poszukiwania sensacji i ordynarnego "zaglądania pod kołdrę" to jednak chwilami mam wrażenie, że "sprawom damsko- i męsko-męskim" przypisywany jest zbyt wielki wpływ na twórczość Andersena. To ona też, niezależnie od wątku czysto biograficznego, stanowi bardzo ważną część książki, pokazuje Andersena nie tylko jako baśniopisarza, ale także poetę, dramaturga i powieściopisarza, który gdy ukazał się pierwszy zbiór jego czterech baśni był już rozpoznawalnym i znanym autorem. Okazuje się, że elementy autobiograficzne zawarte są nie tylko w "Brzydkim kaczątku" ale i wielu innych utworach - staje się to zresztą oczywiste, już w trakcie czytania książki, dla każdego kto choćby jako tako obeznany jest z twórczością Andersena - a ich źródłem nie jest tylko tradycja ludowa, jak się powszechnie przyjmuje, ale w takim samym stopniu własna fantazja i "obce" motywy literackie. To wszystko opowiedziane jest na tle obrazu Danii XIX wieku, małego "kameralnego" i prowincjonalnego państwa, w którym wypisz - wymaluj, jak w "Księżniczce na ziarnku grochu" król mógłby otwierać bramy miasta (zresztą, podobno do 1806 r. klucze do bram Kopenhagi, król na prawdę trzymał w nocy pod poduszką) i jak cesarz w "Świniopasie" osobiście znajdować pracę dla swoich poddanych. Państwa, w którym wszyscy znają wszystkich i na szczęście dla Andersena połknęli bakcyla romantyzmu, dzięki czemu znalazł pomoc u obcych sobie ludzi. Jackie Wullschläger udało się napisać świetną biografię, bez tematów tabu pokazującą "żywego" człowieka z jego wadami i zaletami, o którym mimo, że wszyscy z nas słyszeli to jednak mało kto wie coś więcej ponad to, że jest autorem "Baśni", na których wychowało się i zapewne jeszcze wychowa wiele pokoleń. Polecam. 

24 komentarze:

  1. Ciekawy portret się z tego wyłania, choć fakt, że był aż takim egoistą by spodziewać się życzeń urodzinowych od pogrążonego w żałobie po córce kolegi.. Noo..To już nawet przekracza mój próg tolerancji jeśli chodzi o megalomanię. Ale podoba mi się, że autorka pokazała człowieka, nie tylko mit, że dzięki książce można odnaleźć wątki autobiograficzne w baśniach. Pęknie mi lista "koniecznie przeczytać" w szwach jak tak dalej pójdzie..;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będziesz zawiedziona, tym bardziej że czyta się dobrze i szybko, prawie jak powieść sensacyjną :-). Andersen nie był megalomanem, nie zadzierał nosa (a miał go!) był natomiast przewrażliwiony na punkcie swoim i swojej twórczości i spragniony uwagi i komplementów.

      Usuń
    2. Czytałam kiedyś autobiografię Andersena pt. "Baśń mojego życia" i odniosłam wrażenie, że Andersen był człowiekiem bardzo nieskromnym, uważał się za kogoś nadzwyczajnego. A jeśli chodzi o śmierć tej sześcioletniej dziewczynki, wydawałoby się, że on, który w baśniach niejednokrotnie ukazywał śmierć dziecka, będzie umiał współczuć ojcu pogrążonemu w żałobie. Tymczasem Andersen okazał wyjątkowy brak empatii i ludzkich uczuć...

      Usuń
    3. Wullschläger odnosi się do jego autobiografii - "Baśń mojego życia" nie była jedyną, co też o czymś świadczy :-). One były bardziej kreacją, natomiast znacznie bardziej otwarty i szczery w opowiadaniu o sobie był w "Baśniach".

      Usuń
  2. Przepadam wiedzieć coś więcej o biografii autora książki, którą czytam. To jest jak "poszerzenie pola walki".

    Dzięki za recenzję.

    Moja ulubiona baśń Andersena to "Dzikie łabędzie",a Wasza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój synek lubi "Nowe szaty cesarza" (Andersen dopisał zakończenie w ostatniej chwili) i "Królową Śniegu" a ja "Świniopasa", trochę ze względu na piosenkę "Oh du lieber Augustin" chociaż do polskiego tłumaczenia raczej trudno ją zaśpiewać :-)

      Usuń
  3. Akurat ambicja i fantazja to raczej są cechy zaskarbiające sobie życzliwość bliźnich. Chociaż z drugiej strony to co ja wiem o Duńczykach, hm. (Natomiast o Warszawiakach jednak coś wiem :)
    Przeczytałabym oczywiście ale jednak bio Konopnickiej na pierwszym miejscu ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Andersen i Konopnicka - śmiałe zestawienie, to chyba jednak nie ten kaliber :-), co nie znaczy by biografia Konopnickiej nie miała być ciekawa. Jest co prawda biografia "Konopnicka.Lustra i symptomy." L. Magnone ale z recenzji na stronach wydawnictwa rysuje się ponury obraz książki, której autorka cierpi na brak umiejętności pisania prostym językiem o trudnych sprawach (a na pewno tej umiejętności brak jest przynajmniej dwóm recenzentom). Ale być może krzywdzę L. Magnone - trzeba będzie sprawdzić, choć informacja, że jest to nieco zmieniona wersja pracy doktorskiej optymizmem nie napawa :-). Ale zobaczymy :-).

      Usuń
  4. Pohasałam sobie troszkę po twoim blogu i znalazłam recenzję "Wojny polsko-ruskiej... i nawet nie wiesz jak się raduję po pachy, że ta książka również tobie się nie podobała. Bo już myślałam, że to ja mam jakiś literacki problem ;)

    A co do Andersena to nawet byłam w Odense i jego muzeum. A tam ładnie na półce leżało nawet polskie wydanie jego baśni. Nie doceniali Duńczycy, nie doceniali a takie ładne muzeum mu sprawili:)

    A co do formy biografii, to czytam właśnie biografię Tove Jansson i książka mówi raczej o jej twórczości niż życiu, inaczej niż w przypadku Andersena. A ja tak wolę pół na pół :) Trochę spod kołderki i trochę spod znaku literatury :)

    moc pozdrowień :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym przypadku o życiu jest chyba w granicach 2/3 - 3/4 :-) a część o literaturze jest podana ciekawie, bez tego całego "postmodernistycznego metajęzyka" :-). Co do Jansson to z "Muminkami" miałem tylko epizodyczne spotkanie, którejś zimy w zamierzchłej przeszłości i jakoś nie mam do nich sentymentu :-). Jeśli chodzi o "Wojnę polsko-ruską" to rzeczywiście nie jestem jej fanem (mam wrażenie, że nie ja jeden) ale to może dlatego, że jestem za stary :-).

      Usuń
    2. Mimo mego "nastoletniego" wieku także nie rozumiem fenomenu pisarstwa Masłowskiej.
      A do Muminków można wrócić, szczególnie zaś do części "Kometa nad Doliną Muminków". A nuż się tym razem spodoba... ;)

      Usuń
    3. Przyznaję, że jestem na bakier z polską literaturą współczesną ale mam wrażenie, że jej "fenomen" Masłowskiej polegał na tym, że jako pierwsza podjęła temat, który z "wysoką" literaturą nie licuje :-).

      Usuń
  5. To tło przez Ciebie wspomniane czyli obraz malutkiej Danii w XIX wieku wydaje mi się najbardziej interesujące. Zwłaszcza że znam Danię jeno z "Wszystko czerwone" i jemu pokrewnych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy nie będziesz rozczarowana, bo Wullschläger trzyma się tematu więc nie ma tam "szerokiej panoramy" (która, w biografiach zwykle jest "wypełniaczem" i występuje gdy autor stosunkowo niewiele ma do powiedzenia na temat albo też ma kłopoty ze skoncentrowaniem się na meritum) a jedynie tyle obrazu Danii by dać pojęcie o kontekście w którym należy umiejscowić Andersena.

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W książce jest opisany ten epizod. Andersen przyjechał na zaproszenie Dickensa, które otrzymał duuużo, duuużo wcześniej, w lipcu 1857 r. kiedy małżeństwo Dickensa już się mocno psuło i atmosfera w domu była "taka sobie". Faktycznie dał się wszystkim mocno we znaki bo po jego wyjeździe, w pokoju w którym mieszkał Andersen Dickens powiesił kartkę następującej treści "Hans Andersen spał w tym pokoju przez pięć tygodni - dla mojej rodziny była to WIECZNOŚĆ!" :-)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    3. Andersen był zdecydowanie nadwrażliwy :-) a co do Dickensa, to aż strach pomyśleć - epoka wiktoriańska w całej pełni a on takie rzeczy. Dickens ożenił się nie z tą kobietą, którą kochał co nie przeszkodziło mu mieć z nią dziesięciorga dzieci. Daleko było mu do przykładnego męża a i w relacji z żoną brakowało mu zwykłej empatii bo cierpiała na depresję poporodową i nie miała z jego strony wsparcia. A takie rzewne powieści pisał ...

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    5. Jackie Wullschläger to kobieta :-), napisała a jakże :-) - w poście jest o tym wzmianka :-). W Danii do niedawna był to temat tabu.

      Usuń
    6. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    7. Nie wiem, czy to jest "nie tak" :-), bo to jak się okazuje wcale nie taka rzadka "przypadłość", taka sama którą miała Konopnicka (?), Iwaszkiewicz czy Dąbrowska -Andersen był biseksualistą.

      Usuń
  7. Twoją recenzję przeczytam po lekturze książki Jackie Wullschläger, która już od dłuższego czasu cierpliwie czeka. Chcę tylko donieść o miłym zbiegu okoliczności: dziś pojawiła się wiadomość, że właśnie znaleziono nieznaną baśń Andersena, w dodatku najprawdopodobniej jest to pierwsza baśń, jaką napisał. Tutaj szczegóły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to ci historia, dzięki - wg mnie będziesz żałowała, że tak długo kazałaś biografii Andersena długo czekać :-).

      Usuń