niedziela, 15 marca 2015

Tortilla Flat, John Steinbeck

Bohaterów "Tortilla Flat" widuję prawie codziennie, to panowie o obrzękłych twarzach, którzy stają każdego dnia przed nie lada wyzwaniem; skąd wziąć pieniądze by móc się napić. Steinbeck usiłował z nich zrobić arturiański krąg rycerzy okrągłego stołu ale przyznam się - jakoś tego nie widzę i trudno mi wykrzesać sympatię do tego rodzaju postaci, może dlatego, że Steinbeck trochę przesadza w apologii swoich bohaterów, którym zresztą jest bliżej do całej listy literackich chłopków-roztropków niż rycerzy króla Artura.


Bo też bohaterów "Tortilla Flat" poprzedza cały literacki orszak ze Starego Świata, chociażby Sancho Pansa, Colas Breugnon czy Dyl Sowizdrzał a zważywszy na stoicyzm także chyba i Kubuś Fatalista, którego cień można odnaleźć w filozofii Danny'ego - "Gdyby dom się nie spalił - pomyślał - stałbym się chciwy, myśląc ciągle o komornym. Moi przyjaciele i tak już ochłodli w stosunku do mnie, ponieważ winni mi byli pieniądze. Teraz i ja, i oni nie mamy już żadnych wzajemnych zobowiązań, możemy więc znów być szczęśliwi, jak byliśmy przedtem."

Steinbeck stworzył ich amerykańskie odpowiedniki, którzy sami o tym nie wiedząc, praktykują Horacjańskie "carpe diem" a ich codzienna troska, jak by tu coś wypić, w przypadku gdy została już zażegnana, doczekała się nawet teoretycznego opisu, w którym "poszczególne etapy opróżniania gąsiorków można stopniować następująco: nieco poniżej szyjki pierwszego gąsiorka - rozmowa poważna i skoncentrowana; dwa cale poniżej - smutne, romantyczne wspomnienia, trzy cale poniżej - analiza minionych sycących miłości, cal niżej - analiza minionych niezaspokojonych namiętności; dno pierwszego gąsiorka - ogólny, niesprecyzowany smutek. Nieco poniżej szyjki drugiego gąsiorka - czarna rozpacz; dwa palce poniżej - pieśń śmierci i tęsknoty; kciuk poniżej - każda inna znana pieśń. Na tym system stopniowania kończy się, następuje specjalizacja. Od tej chwili wszystkiego można się spodziewać".

Ale u bohaterów powieści hołd składany Bachusowi idzie w parze ze szlachetnymi odruchami serca. Właśnie one; epizod ze śmiercią dziecka, pomocy rodzinie stojącej przed widmem głodu, obraz Pirata codziennie przemierzającego miasto z towarzyszącą mu gromadą psów sprawiają, że choć książka "jest śmieszna, ale kiedy człowiek otwiera usta, żeby się śmiać, jakaś zimna ręka zaciska mu serce" i stanowi gorzkie ostrzeżenie "pod adresem człowieka, że pozostawiony jest samemu sobie, samotny między ludźmi, że znikąd nie przyjdzie pocieszenie".

Steinbeck patrząc na swoich bohaterów widzi w nich nie, nie bójmy się tego słowa, meneli, alkoholików, margines społeczny ale przede wszystkim ludzi. To jak żyją jest ich wyborem, do którego mają prawo jak każdy. I jak każdy mają prawo do wzruszeń, radości i smutków. Dostrzega i wybacza im ich słabości, bo kimże jesteśmy by osądzać innych.

Jeśli się zna dwie najważniejsze powieści Steinbecka "Grona gniewu" i "Na wschód od Edenu" (uważni czytelnicy znajdą w "Tortilla Flat" wzmiankę o "burdelu ciotki Jenny w Salinas", który to przybytek jest wzmiankowany w "Na wschód od Edenu"), to nie ma co ukrywać książka zaskakuje i rozczarowuje. Nie znaczy to, że jest zła ale wiadomo - lepsze jest wrogiem dobrego.

czwartek, 12 marca 2015

Planeta małp, Pierre Boulle

W zamierzchłych czasach, kiedy w TV można było oglądać tylko dwa programy, kolorowy telewizor to było coś a o kinie domowym nikt jeszcze w Polsce nie słyszał (tak, tak - były takie czasy) jaśniejszym punktem programu telewizyjnego było nadawane raz w miesiącu Studio 2, a w jego ramach seriale, których emisja powodowała że pustoszały ulice, w stopniu znacznie większym niż na przykład w czasie meczu o Mistrzostwo Świata w piłce siatkowej Polska - Rosja.

Jednym z jego gwoździ programu był serial "Planeta małp" (oglądałem go kilka lat temu lekko ogarnięty zgrozą). Kto wówczas go widział, pewnie do dzisiaj nie zapomniał i w każdym razie jak pamiętam, podobnie jak i to, że mimo wszystko nie mógł się on mierzyć z wrażeniem, jakie wówczas zrobiła wtedy na mnie powieść Boulle'a, na którą, pamiętam trafiłem zupełnie przypadkowo.


Dzisiaj to już zupełnie coś innego. Serial po 40 latach ogląda się nie z przejęciem a najwyżej z rozbawieniem graniczącym z politowaniem, zaś przypomniana po latach książka nie niesie już takiego dreszczyku emocji i zaskoczenia suspensowym zakończeniem. To, tak jak zdecydowana większość literatury science-fiction bajka dla dorosłych, opowiadająca o świecie przyszłości, w którym ewolucja przybrała odmienny od znanego nam, kierunek.

Człowiek został upokorzony przez istoty od siebie niższe. Jakże to bolesne dla naszego gatunkowego ego i nie ma się co dziwić głównemu bohaterowi Ulissesowi Mérou (w którego imieniu można odnaleźć aluzję do eposu Homera, biorąc pod uwagę, że Mérou skazany jest na błąkanie się w kosmosie w poszukiwaniu domu), gdy skonsternowany zdaje sobie sprawę z tego, że małpa traktowała go "jak zwykłego człowieka, czyli po prostu jak zwierzę". 

Coś czego istnienie ledwo zauważamy - zwierzęta, okazują się sprawować nad nami władzę. Ten kluczowy motyw książki Boulle'a nie jest jego oryginalnym pomysłem. Wystarczy przypomnieć "Podróże Guliwera" Swifta (także w "Inwazji jaszczurów" ludzkość jest w odwrocie), w których odpychający Jahusowie (ludzie) stoją o kilka szczebli niżej niż Houyhnhnmowie (konie), którym służą. I tak jak powieść Swifta można "Planetę małp" odczytywać jako gorzką satyrę na ludzką naturę. Jak memento brzmi finałowe niedowierzanie "Rozumni ludzie? Światli, mądrzy? Ludzie uduchowieni? Nie, to niemożliwie." a patrząc na niektóre "wyczyny" człowieka trudno się temu sceptycyzmowi wobec ludzkie natury dziwić.

Można się trochę nieswojo poczuć gdy główny bohater, żyjący wraz z innymi ludźmi poza społecznością inteligentnych istot przy pierwszej nadarzającej się okazji odczuwa potrzebę demonstrowania  swojej władzy i siły, wyłącznie tylko dla samego jej demonstrowania - "Mój prestiż wyraźnie wzrósł. Naużywałem go z okrucieństwem i z czasem pozwalam sobie bez powodu terroryzować światłem moją towarzyszkę. Łasi się potem do mnie i prosi o przebaczenie."  - jakież to ludzkie.

Dostaje się zresztą nie tylko naturze ludzkiej w ogólności. Boulle wziął sobie szczególnie na ząb świat kultury i nauki. Zapewne nie przypadkiem jego reprezentanci są "nadęci, uroczyści, pedantyczni, pozbawieni oryginalności i zmysłu krytycznego, zaciekli tradycjonaliści, ślepi i głusi na wszystko co nowe. Rozmiłowani w komunałach i utartych frazesach są filarami wszystkich Akademii." A profesor Antelle luminarz ziemskiego świata nauki nadspodziewanie szybko wyzbywa się poloru cywilizacji i przystosowuje się do prymitywnych zwyczajów plemienia, w którym się znalazł.

A przecież o naszej wartości świadczy właśnie cywilizacja i kultura, którą ona za sobą niesie. To ona zapewnia nić porozumienia z innymi. Dzięki niej możliwe jest też w powieści Boulle'a, powinowactwo dusz pomiędzy istotami stojącymi na tym samym poziomie, niezależnie od różnic gatunkowych, które je dzielą, ocierające się, o zgrozo, o miłość. Tymczasem okazuje się, że to co stanowi o naszej wartości jest zatrważająco nietrwałe i powierzchowne i niewiele trzeba by człowiek o tym zapomniał.  

sobota, 7 marca 2015

Lato w Jagódce, Katarzyna Michalak

Po lekturze "Studni bez dnia", "Trędowatej" i "Pogoni za rozumem" sądziłem, że o poziomie "literatury kobiecej" wiem już prawie wszystko. Myliłem się. I to bardzo. "Lato w Jagódce" wprowadziło mnie w świat dotychczas mi nieznany i zdumiewający, tak jak twórcza inwencja jego Autorki. Bo czegóż tu nie ma:
- porzucone na wycieraczce kalekie niemowlę;
- próba porwania, odmienionej dzięki reality show, bohaterki przez piątego księcia Królestwa Marokańskiego;
- powstańczy (w czasie Powstania warszawskiego) ślub trzynastoletniej sanitariuszki;
- odnalezienie się małżonków po ponad pół wieku z okładem;
- spotkanie po blisko 30 latach rozłąki rozdzielonych sióstr bliźniaczek, itd., itd., itd...

Gdybym był krytykiem literackim albo "współpracował" z Wydawnictwem Literackim, które wydało powieść Katarzyny Michalak to "dekodując" "Lato w Jagódce" napisałbym, że pod pozornie błahą powłoką Autorka porusza niesłychanie istotne kwestie społeczne, takie jak obecność osób niepełnosprawnych w społeczeństwie, toksyczni rodzice, znieczulica społeczna, kompleksy pokrywane bezwzględnością w dążeniu do odniesienia sukcesu materialnego etc., ale ponieważ książki czytam wyłącznie dla przyjemności, to mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że podobnych bzdur jak powieść Katarzyny Michalak nigdy wcześniej nie czytałem, choć mam za sobą nawet lekturę "Gender dla średniozaawansowanych".


Sensu w "Lecie w Jagódce" lepiej nie próbować dociekać, to iście syzyfowy trud - czemu pracownica kiosku Ruchu z PGR-Dobryczyn spod Rzeszowa rodzi w szpitalu przy ulicy Karowej w Warszawie? Ile lat ma główna bohaterka: 23 jak wynika z chronologii zdarzeń, czy 28 jak twierdzi Autorka? Jakim cudem jej rodzice po 28 latach trafiają do kobiety, której ją podrzucili, zważywszy na to, że kobieta zmieniała w tym czasie adres? Dlaczego Gabriela/Gabrysia/Gabula/Gabrina/Gabi wychowywana od niemowlęcia przez Stefanię (czyżby to ukłon w stronę Heleny Mniszkówny?) zwraca się do niej per "ciociu"? Jakim cudem Stefania była "śmiertelnie zmęczona po kilkugodzinnej podróży samolotem na Cypr" skoro do Larnaki leci się ok. 3 i pół godziny? Albo jak to się stało, że rodzicom Stefanii zabrano 30 hektarowy majątek, skoro wiadomo, że parcelacji podlegały majątki o powierzchni przekraczającej 50 hektarów? Na żadne z tych pytań nie znajdzie się w książce odpowiedzi.

Ale w sumie nie ma się co dziwić bo widać, że Autorka chwilami traci kontrolę nad swoim dziełem - oto Gabriela/Gabrysia/Gabula/Gabrina/Gabi ma od urodzenia szpotawą stopę (co można wywnioskować z książki) chodzi więc o kulach lub w specjalnym bucie ortopedycznym ale jak się okazuje kalectwo nie przeszkadza jej biegać, maszerować dziarskim krokiem a nawet brodzić "po kostki w ciepłej, słonej wodzie" w czasie spaceru na plaży. Ma się wrażenie, że kalectwo stanowi w powieści tylko szczególny rodzaj sztafażu i zostało potraktowane bardzo przedmiotowo, co może budzić niesmak u co wrażliwszych czytelników. Podobnie zresztą jak i "żarcik" Gabrieli, która mówi swojej przybranej matce, kobiecie po 70-ce - "Ty z Gabrielem-Rogerem będziesz nadrabiała stracone lata, nie mam nic przeciwko siostrzyczce czy braciszkowi..." 

Zresztą nie ma się co czepiać takich drobiazgów, skoro z powieści Katarzyny Michalak można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy. Gdyby ktoś nie wiedział, to "każdy normalny noworodek, na dobry początek życia powinien otrzymać od losu kochających rodziców i ciepły dom, a w nim własny pokoik pomalowany na pastelowy róż, łóżeczko z baldachimem, może nawet kolebusi..." Muszę ze skruchą przyznać, że niestety moje dzieci nie były normalnymi noworodkami bo nie dostały własnego pokoiku pomalowanego na pastelowy róż, że o kolebusi nie wspomnę. Zupełnie jednak zdruzgotany poczułem się, gdy zorientowałem się, ilu cech typowo męskich mi brakuje i że aby nadrobić te braki powinienem pójść po naukę do szefowej głównej bohaterki, która "w jednej ręce trzymała papierosa, w drugiej szklankę piwa, trzecią obracała kartki periodyku dla koniarzy, czwartą rozgarniała dym, a piątą miarowo uderzała szpicrutą o cholewę wysokich oficerek".

Wiadomo, że romanse jako lektura dla pań mają mniej więcej ten sam poziom prawdopodobieństwa co science-fiction czy fantasy jako lektura dla panów, nie mniej jednak wydawało mi się, że można w nich oczekiwać pewnego rysu realizmu. Okazało się jednak, że moje oczekiwania w odniesieniu do "Lata w Jagódce" były całkowicie nieuzasadnione. Nie wiem, gdzie Autorka poznała wiejskiego parolatka, dla którego doglądanie krów, kóz i drobiu, cięcie pokrzyw dla prosiąt, sieczkę dla koni, gniecenie ziemniaków w parowniku to nie "praca, ale wspaniała zabawa" i w jakim sądzie widziała by adwokat wchodząc na salę sądową witał "się z sędzią, jak ze starym znajomym". W zestawieniu z tym fakt, że główna bohaterka po zażyciu cukierków na przeczyszczenie przeznaczonych dla niedźwiedzi (tak, tak), co było u niej reakcją na wybudzenie po ataku narkolepsji, "toaletę opuściła późnym wieczorem. O parę kilo lżejsza" jest doprawdy drobiazgiem. Swoją drogą, miała kobieta szczęście (nomen omen - nazywała się Szczęśliwa a ostatecznie zamieszkała w Szczęśliwicach) - mogła się przecież odwodnić.

Co tu dużo pisać (a można jeszcze, można) - lektura "Lata w Jagódce" na długo wyleczyła mnie z chęci kolejnego bliższego spotkania z literaturą dla pań. Ostrzegam! 

piątek, 6 marca 2015

Zamojszczyzna 1944-1959, Zygmunt Klukowski

Nie tak dawno minął "Dzień żołnierzy wyklętych" a ja dziwnym zbiegiem okoliczności byłem w trakcie lektury dzienników Zygmunta Klukowskiego obejmujących lata 1944-1959. Mówiąc ściśle, regularne zapiski diariusza kończą się we wrześniu 1946 roku potem pojawiają się już nieregularnie by zostać zastąpione wspomnieniami (jako więzień Klukowski z oczywistych względów nie mógł prowadzić notatek) by w ostateczności zostać zwieńczone listami m.in. do narzeczonej syna, który został skazany na śmierć jako członek organizacji podziemnej.

Ta część dzienników, w przeciwieństwie do tych dotyczących okresu okupacji niemieckiej nie miała naturalnie żadnych szans na opublikowanie do 1989 roku. To szokująca lektura, pokazująca trudną do uwierzenia skalę zakłamania powojennej historii Polski, zwłaszcza dla kogoś, kto uczył się najnowszej historii Polski z podręczników wydanych "za komuny", kiedy obowiązywała wersja o zwalczaniu reakcyjnych band przez bohaterskich funkcjonariuszy MO i UB. Z drugiej strony, dzisiaj to książka niewygodna dla tych, którzy bolesną prawdę na temat "żołnierzy wyklętych" traktują jako próbę dezawuowania ich odwagi i poświęcenia.


Można być zszokowanym  gdy czyta się pod datą 1 września 1945 roku - "Zaczynamy dziś szósty rok wojny. Chociaż pozbyliśmy się straszliwego wroga - Niemca, to jednak w dalszym ciągu mamy przed sobą wielką niewiadomą. Bo trudno przewidzieć, jak się w końcu ułożą nasze stosunki z Sowietami i czy nie wypadnie jeszcze staczać z nimi ciężkiej walki." W dzienniku Klukowskiego nie ma żadnego poczucia wyzwolenia, dla niego była to kolejna okupacja, wcale nie mniej dotkliwsza niż niemiecka - "Wojna z Niemcami się skończyła, w wielu krajach ludzie swobodnie odetchnęli, tylko my w dalszym ciągu żyjemy w ciężki warunkach niewoli, stale narażeni na gwałt, terror i barbarzyńskie napady rzekomych przyjaciół-sojuszników, a w rzeczywistości - okupantów nie lepszych od Niemców."

Nie mniej jednak mimo zdecydowanie wrogiego stosunku do nowej władzy Klukowski dostrzega różnice, które wykorzystywali też komuniści - "Mimo całej obecnej nagonki na AK, odczuliśmy wszyscy, że jednak duża jest różnica wobec okupacji niemieckiej, bo przy Niemcach nie do pomyślenia była żadna kulturalna impreza polska." I chociaż społeczeństwo wyraźnie było przeciwne komunistycznej władzy, oznaki tego wielokrotnie przewijają się w dzienniku, to jednak szafowanie przez nią narodowymi symbolami musiało robić na ludziach wrażenie. "Szeregi organizacyjne topnieją coraz bardziej: coraz więcej oficerów i podoficerów idzie do wojska, bardzo dużo jest aresztowanych, a reszta traci grunt pod nogami i nie wie, co ma ze sobą robić. Tylko nieliczna garstka trwa na swoim niezłomnym, bezkompromisowym stanowisku." 

Sam Klukowski aczkolwiek był zdecydowanym przeciwnikiem komunistów to jednak nie do końca ignorował nowe porządki. Mimo, że on sam chyba tego tak nie traktował i do tego się nie przyznaje, to jednak w jakiś sposób się z nimi godził bo przecież uczestniczył w życiu kulturalnym, wydawał książki czy z ramienia Polski zeznawał jako świadek w Norymberdze. Widać że musiał dostrzegać rozdźwięk w społeczeństwie, które z czasem coraz bardziej zapewne pragnęło "świętego spokoju" bo pojawiają się u niego passusy o "myślącej części społeczeństwa", która "jest zgnębiona, jak nigdy nie bywało nawet za okupacji niemieckiej. Panuje wszechobezwładniająca bezradność. Nie widzimy przed sobą jaśniejszego jutra, ale nie chcemy też poddać się biernie tokowi wydarzeń i podporządkować garstce rządzących, będących całkowicie na usługach Moskwy. Wszystko się w nas przeciwko temu buntuje." Tak jakby była jeszcze niemyśląca część społeczeństwa, dla której jest to obojętne albo dla której taki stan jest do zaakceptowania.

I chyba nie należy się temu społecznemu zmęczeniu dziwić bo swoją rolę w nim odegrały ciemne strony działalności podziemia. Klukowski dostrzegał je, zwłaszcza że sam padł ich ofiarą i tylko przypadkowi zawdzięczał, że wyszedł z opresji cało - "Walka z bandytyzmem jest ogromnie trudna. Obecne władze państwowe są bezsilne. Niestety, nie widzę, aby i dowództwo podziemne starało się tępić tę straszną plagę. Mam nawet wrażenie - zresztą całkiem uzasadnione - że na tego rodzaju wyczyny dowództwo patrzy dziwnie pobłażliwie, najwyraźniej przez palce." Przyczyn tego stanu rzeczy dopatrywał się w fakcie, że "do berlingowskiego wojska chłopcom naszym iść nie pozwolono, nie zaopiekowano się nimi tak, jak należało, puszczono samopas, żołd wypłacano w wysokości niewystarczającej, by się utrzymać, zwłaszcza dla tych, którzy lubią i wypić, i zabawić się. Przy słabszych więc podstawach moralnych, odzwyczajeniu od zwykłej pracy, zaprawieni w różnych gwałtach, niektórzy łatwo zaczęli pozbywać się skrupułów i stali się faktycznie bandytami. Dlatego podobne napady rabunkowe, dokonywane przez byłych żołnierzy dywersji, w ostatnich czasach są zjawiskiem niemal codziennym." 

Można mówić o postępującej z czasem ambiwalencji jego stosunku do ludzi podziemia, gdy pisze: "zauważyłem, że kilkuletnia konspiracja i specjalne warunki pracy wycisnęły na tych ludziach swoiste piętno. Przeważnie żyją w stosunkowo ciasnym świecie, widzą tylko walkę podziemną, oderwani są od nurtu normalnego życia społecznego, w większości zarozumiali, bardzo pewni siebie, niektórych opanowała wyraźnie mania wielkości. Jedynie siebie uważają za posłanników ideowych, gotowi pomiatać i pogardzać każdym, kto nie bierze udziału w ruchu konspiracyjnym. Są to swego rodzaju fanatycy, apodyktyczni w sądach, nawykli do rozstrzygania wielu spraw za pomocą siły, o przytępionej wrażliwości na dokonywane z ich rozkazu akty gwałtu i bezprawia, jak na przykład rozmaite ekspropriacje, likwidowanie szkodliwych ludzi na mocy własnej decyzji. Lecz równocześnie są pełni poświęcenia, stale narażeni na wielkie niebezpieczeństwo, ścigani i prześladowani, nie mają od wielu lat własnego kąta, pędzą tułacze życie, często brudni i zawszeni. Przed sobą mają jeden jedyny cel i dążą do niego z fanatyczną wiarą w zwycięstwo." Nie ma jednak wątpliwości co do tego, po której stronie się ostatecznie opowiada.

To co w dzienniku Klukowskiego zwraca uwagę, to ezopowy język opisujący działalność podziemia - nigdy nie pisze o mordach, rzadko o zabójstwach, znacznie częściej można przeczytać o likwidacji, uziemieniu, załatwieniu, rozwaleniu, rąbnięciu itp. itd. Wydaje mi się, że wynikało to z jednej strony ze świadomości, że często zabójstwa te były aktami bandytyzmu, z drugiej strony trudno było komuś, kto opowiedział się po stronie podziemia nazwać wprost w ten sposób działalność jego członków, choć i to się zmieniło po tym jak na sobie doświadczył tego rodzaju indywidualnej "inicjatywy" żołnierzy państwa podziemnego.

"Zamojszczyzna" stanowi pasjonujący obraz "w pigułce" Polski tuż "po wyzwoleniu", także dla tych, którzy, tak jak ja nigdy jej choćby tylko przejazdem, nie odwiedzili. Polecam. 

czwartek, 26 lutego 2015

Studnia bez dnia, Katarzyna Enerlich

Już dawno się tak nie ubawiłem, chociaż nie sądzę by intencją Autorki "Studni bez dnia" było rozśmieszenie czytelników ale jak tu się nie śmiać, kiedy czyta się grafomańskie opisy stosunku seksualnego, który odbywa się o drugiej nad ranem w miejscu publicznym (przy jakimś wiadukcie kolejowym w Toruniu) - ach, cóż to za "Transfuzja orgazmu. Naboje rozkoszy wypuszczone skurczami w korytarze miękkości. Cichy jęk i zwolnienie uścisku. Wilgoć cieknąca arteriami ud prosto do tenisówek". W sumie, co w tym śmiesznego? Przecież to wcale nie jest zabawne wracać o drugiej nad ranem do domu w mokrych tenisówkach!


Ale "Studnia bez dnia" nie jest rodzimą wersją "50 twarzy Greya" choć opisów miłosnych zapałów można jeszcze kilka znaleźć, to dosyć kuriozalna historia o owdowiałej młodej kobiecie, dorabiającej przy produkcji toruńskiej pamiątkarskiej tandety, która znajduje pierścień ze średniowiecznej legendy zmieniający jej życie.

Katarzyna Enerlich, trawestując piosenkę Jerzego Stuhra, udowadnia, że "pisać książki każdy może", a zarazem że chyba jednak nie każdy powinien. Co prawda Andrzejewski mówił Trzandlowi o powszechności i potrzebie pisarstwa "merkantylnego" ale trzymającego jednak jakiś poziom, a powieść Katarzyny Enerlich nie łapie się do twórczości, jak to mówił, "kupców drugiej ani trzecie gildii". Zapewne ma swoich miłośników (to mógłby być asumpt do dyskusji na temat, czy lepiej nie czytać w ogóle niż czytać tego rodzaju elukubracje) ale jeśli ktoś posiadł trudną umiejętność czytania ze zrozumieniem powinien "Studnię bez dnia" omijać szerokim łukiem.

I nie chodzi tylko o grafomanię służącą opisowi, jak to bohaterka książki "stała się kobietą samotną, wlokącą za sobą niedomkniętą walizę uczuć. Żyły miłości podcięła jej podsłuchana rozmowa Męża z inną kobietą." bo to wynagradza mi z naddatkiem Mąż pisany przez duże "M", ta oznaka szacunku wobec patriarchalnego porządku. Nic to, że zdradzał (o czym zresztą żona wiedziała) ale mąż to jest Mąż! Nie żeby nie dostrzegała jego wad. I owszem, widziała je, wszakże gdy po wypadku nieprzytomny leżał w szpitalu i "balansował między życiem a śmiercią. Wyjątkowo niekorzystnie wyglądał." Co to znaczy kobiece oko! Facet umiera, a zdradzana żona dostrzega, że wyjątkowo niekorzystnie wygląda! Cóż za niedopatrzenie z jego strony! Zgroza!

Ale zgrozą wieje też i z innego powodu - bohaterka powieści znajduje kości palców i przedramienia, a "na jednej z kości palców połyskiwał... pierścień". I co? I nic! Kości zawija w jakiś woreczek i chowa do szafy, normalka, któż by tak nie zrobił ze znalezionymi ludzkimi szczątkami, a pierścień pokazuje przyjaciółkom. Ma kobieta nerwy. Tylko jak to możliwe? By przez trzy wieki pierścień utrzymywał się na palcu, ręka musiałaby być zmumifikowana a przecież Katarzyna Enerlich wyraźnie pisze o kościach (w dodatku zwiniętych jak "jasny precel"). Kości przedramienia i dłoni to prawie 30 kości, po co zabrała je wszystkie, bo jeśli nawet jakimś cudem pierścień trzymał się na którejś z kości palca, to przecież do niczego nie były jej potrzebne pozostałe. I jak zgarnęła je wszystkie za jednym zamachem wraz z pierścionkiem, chyba że miała wprawę albo dłoń jak szuflę? To pozostanie zagadką Autorki. Nie jedyną zresztą. Dlaczego jej bohaterka nie zawiadomiła policji o znalezieniu, jakby nie było, fragmentu zwłok? Przecież to, że znalazła je w średniowiecznej studni wcale nie oznacza, że mają kilkaset lat.

Tylko też chyba ona jedna wie, czy chlebodawcę głównej bohaterki w końcu emocjonowała jedna sprawa - "wyłącznie szczątki Kopernika", czy dwie, bo kilka zdań wcześniej pisze, że "rzeźbiarza w tym samym czasie frapowała jeszcze jedna zagadka". Nie wie za to, że nie powinno używać się słów, których znaczenia się nie rozumie, jak wyrażenia nomen omen w zdaniu, "Ucieszyła się, że dzwoni, bo w domu nagle zabrakło (nomen omen) oleju i chciała go prosić, bo dopisał go do listy zakupów, którą dała mu dziś rano."
Pewnie też niejedna gospodyni domowa chciałaby wiedzieć, jakim cudem kobiecie, która ledwo wiąże koniec z końcem, starcza na to by ciągle bywać w kawiarniach i restauracjach - no chyba, że w Toruniu jest jakoś bardzo tanio, etc., etc., etc.

Pomijając już niekonsekwencje i brak logiki dostrzegany co i rusz w fabule, to nie trzeba być krytykiem literackim by dostrzec niedostatki kompozycji. Do czego potrzebny był Autorce pochówek Kopernika albo przyjaźń wdowy i ex-kochanki tego samego mężczyzny, zważywszy że nic z niej w sumie nie wynika? Jest za to, to co można znaleźć na blogu Autorki; przepisy kuchenne i nawiązanie do Mazur. Tylko czy zaraz trzeba o tym pisać książkę? Jak dla mnie szkoda czasu i atłasu. Jeśli taka jest cała polska, współczesna literatura "kobieca" to ratuj się kto może! 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Na wschód od Edenu, John Steinbeck

Już dawno nie zarwałem nocy na czytanie. Poczułem się trochę jak za licealnych lat, tym bardziej, że "Na wschód od Edenu" czytałem pierwszy raz właśnie wówczas. Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by dostrzec, że najwybitniejsza powieść Steinbecka jest wariantem starotestamentowej historii. Co prawda, jeśli chodzi o inspirację Steinbeck nie był zbyt oryginalny bo wyprzedził go chociażby William Faulkner a i jego własne "Grona gniewu" są przecież amerykańską wersją wędrówki do Ziemi Obiecanej (nawiasem mówiąc wuj John Joad wydaje się być też zapowiedzią Toma Hamiltona) ale na pewno powieść nie pozostała przez to na pobitym polu. Co to, to nie! 


"Na wschód od Edenu" jest wersją historii a Ablu i Kainie podniesioną do kwadratu, powtarza się bowiem zarówno w relacji Adama i Karola a potem naznaczonych (tylko czy aby na pewno, bo nawet do końca nie wiadomo czyim) już dziedzictwem Arona i Kala. W starym, dobrze znanym schemacie z mieszanką wybuchową w postaci pragnienia ojcowskiej miłości, zazdrości i gniewu, zgadzają się zarówno atrybuty, jak i sceny, jak choćby przejrzysta aluzja w postaci imion, odrzucenie/przyjęcie darów, próba morderstwa w jednym przypadku, pośrednie przyczynienie się do śmierci w drugim, czy piętno Karola i Kate. To zresztą tylko niektóre ze znaków, które wiążą powieść Steinbecka i epizod z Księgi Rodzaju. Tylko dlaczego Steinbeck zatytułował swoją książkę tak jak zatytułował?  Wszakże z Biblii wynika, że "Kain odszedł od Pana i zamieszkał w kraju Nod, na wschód od Edenu" (Rdz 4, 16) a w powieści ani Karol ani Kal nigdzie nie odchodzą, co więcej oni zostają to odchodzą Adam i Aron.

Steinbeck akcentuje w niej nie zbrodnię i jej konsekwencje a koncentruje się na przyczynach bratobójstwa (do którego jednak w "Na wschód od Edenu" nie dochodzi, przynajmniej nie w dosłownym tego słowa znaczeniu) i możliwości dokonywania przez człowieka wyboru ścieżki postępowania. Człowiek nie jest ani bezwolnym narzędziem ani jego czyny nie są z góry zdeterminowane - zawsze ma szansę wyboru własnej drogi postępowania, wyboru pomiędzy dobrem i złem. To znaczy finałowe "timszel".

Mnie jednak najbardziej zainteresowała prawie zupełnie, nie licząc kainowego piętna, pozbawiona biblijnych nawiązań postać Kate będąca ucieleśnieniem zła w czystej postaci, zła bezinteresownego, czerpiącego satysfakcję z samego wyrządzenia krzywdy drugiemu. To chyba najbardziej zagadkowa postać bo nie wiele wyjaśnia jej inność polegająca - jak pisze Steinbeck - na braku. Właśnie, braku czego? - wydaje mi się, że możliwości odczuwania miłości, cokolwiek by pod tym pojęciem miało się ukrywać? Steinbeck nie daje tu żadnych stanowczych odpowiedzi pozostawiając to domysłowi czytelnika. Co więcej, by sprawę skomplikować na tym pomniku absolutnego zła pojawiają się "rysy" - rozpacz i żal, nie mówiąc już o pragnieniu zachowania pozorów wobec Arona czy geście zapisania mu majątku. A wreszcie, czy gdzieś nieśmiało w głębi serca, nieśmiało nie bylibyśmy skłonni przyznać Kate prawa do własnych, przynajmniej, niektórych wyborów. Czyż ignorowanie jej głosu przez Adama, chęć zatrzymania nie była równie samolubna jak jej chęć opuszczenia go?

Ta mniej lub bardziej wyraźna niejednoznaczność jest cechą wszystkich głównych bohaterów powieści bo przecież nawet Samuel - ostoja ma swoją "mroczną" tajemnicę, stawiającą go w dwuznacznej sytuacji wobec żony, nie mówiąc już o bezwzględnej, "posępnej prawości" Adama nie liczącej się z pragnieniami innych, czy egocentryzmie Arona i sprawia, że książka Steinbecka wymyka się prostym podsumowaniom, pokazując życie we wszystkich jego odcieniach, budząc uśmiech, jak w opowieści o matce narratora, Oliwii Steinbeck (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa) czy zgrozę, jak w historii śmierci matki Li. I tak być powinno bo przecież "więcej jest piękna w prawdzie, nawet jeżeli to piękno jest straszne. Bajarze spod miejskich bram przekręcają życie tak, że wydaje się słodkie trutniowi, głupcowi i człowiekowi słabemu, a to jedynie potęguje ich ułomności, nie uczy niczego, nie leczy niczego i sercu nie pozwala się wznieść." 

piątek, 20 lutego 2015

Love story, Erich Segal

My mamy "Trędowatą" a Amerykanie swoją "Love story" i nie da się ukryć, że mimo że byliśmy pierwsi, to pobili nas na głowę - to na co Helena Mniszkówna potrzebowała dwóch tomów, Erich Segal zmieścił w formacie sporego opowiadania choć i to już jest dawką aż nadto. 

 
A i to już jest dawką ciężkostrawną. Co prawda Erich Segal to nie E. L. James ale ewidentnie przecieral jej szlak. Żadnych tam opisów, czy nie daj Boże, portretów psychologicznych, bo kto by to czytał. Biorąc pod uwagę, że główny bohater jest podporą drużyny hokejowej można powiedzieć, że akcja "Love story" toczy się w tempie meczu hokejowego i z podobna finezją. Ona kocha go za ciało, on jest intelektualistą-twardzielem (no i jedynym dziedzicem rodzinnej fortuny), który przez jeden dzień "załatwia" Huizingę podobnie jak przeciwników na lodowisku. A jeśli już zostaje pokonany to nie przez jednego lecz czterech. Dziwne, że zaciągnięcie dziewczyny do łóżka zajęło mu aż trzy tygodnie, to rzeczywiście musiała być wielka miłość. Ale jeszcze dziwniejsze, że zdeklarowani ateiści bez ustanku naruszają drugie przykazanie.

Powieść Segala to na poły amerykańska wersja o Kopciuszku, który spotyka księcia z bajki, taki kobiecy wariant american dream, w którym dziewczęce marzenia spełniają się dzięki wyjściu za mąż za syna milionera, ideał mężczyzny, piękny, mądry i bogaty. Tyle, że tym razem happy endu nie było, bo miłości stanęli w poprzek rodzice oblubieńca, którzy pojęli jednak swój błąd, gorzej że zły los pokonał szczęście młodych. Na poły, jest to też, wariant opowieści o Holdenie Caulfieldzie, tyle że starszym i bogatszym i o ile Holden można powiedzieć, że zachowywał się jak rozkapryszony smarkacz to Olivier Barrett IV (bunt przeciwko ojcu) wyrósł na rozkapryszonego smarkacza a dzieląca ich różnica wieku nic tu nie zmienia. 
 
"Love story" jest klasykiem szmiry, prawdziwie amerykańskim produktem jak MacDonald, w którym jest się szybko obsłużonym ale za to nie ma co liczyć na ucztę dla podniebienia. To sprawnie napisane romansidło wg schematów, które opisywał już Richard Hoggart w znanym także i u nas "Spojrzeniu na kulturę robotniczą w Anglii", a które sprawdzają się jak widać w każdym czasie i pod każdą szerokością geograficzną. 

czwartek, 19 lutego 2015

Muzeum ziemi ojczystej, Siegfried Lenz

Gliwice mają Horsta Bienka, Gdańsk Guntera Grassa a Ełk miał szczęście do Siegfrieda Lenza, który opisał miasto jako Łukowiec w "Muzeum ziemi ojczystej". Gdy czyta się ich książki dopiero wówczas można zrozumieć jak wielka przepaść dzieli powieści w rodzaju "Hanemanna", które usiłują podczepić się pod sentyment do nie tak dawnej a jednak nieznanej przeszłości miejsc, w których żyjemy sic et nunc, od tych, których autorzy wyrośli w swoich "małych ojczyznach". 


Czytając taką książkę stoi się przed trudnym zadaniem, chociaż nie tak trudnym jak jeszcze dwadzieścia-trzydzieści lat temu, kiedy ciężko było sobie uzmysłowić, że historia miejsc objętych wspólną nazwą "Ziemie Odzyskane" nie zaczęła się w 1945 roku a wcześniej mieszkali tu ludzie, którzy niekoniecznie byli krwiożerczymi bestiami. Ta trudność wynika chyba też z faktu, że w naszej literaturze niewiele jest utworów odwołujących się do utraconej ojczyzny (przychodzi mi na myśl tylko "Dolina Issy" Miłosza) a przecież los "repatriantów" niewiele tylko lepszy był od losu Wypędzonych.

Dzisiaj gdy starsze pokolenia, które pamiętały wojnę odeszły a nowe zadomowiły się i nie mają poczucia bycia przybyszami, którzy zamieszkują w czyichś domach, z jednej strony rodzi się ciekawość co było tu przedtem, zanim pojawili się rodzice i dziadkowie, z drugiej jednak traktuje się historię jako coś nieistotnego, coś co było-minęło i co nikogo już nie obchodzi i do czego nie ma sensu wracać.

I ten podział widać także, w drugiej, obok "Lekcji niemieckiego" najbardziej znanej powieści Siegfrieda Lenza - "Muzeum ziemi ojczystej", poruszającej książce o "małej ojczyźnie" pisanej z nostalgią i poczuciem nieodwołalności straty. Nie był nią chyba nawet specjalnie zaskoczony, bo przecież główny bohater jej zapowiedź usłyszał z ust rosyjskiego oficera, o wiele mówiącym nazwisku Plechanow, już w czasie Wielkiej wojny gdy Rosjanie po raz pierwszy zajęli Ełk - Łukowiec - "Pokażemy wam, ile warta jest ta cała wiara w ojczyznę. Otworzymy wam oczy na to, że piasek nie należy do was, że równie obojętnie znosi każdego. I to wszystko stanie się dla waszego dobra. Jeśli zależy nam na braterstwie, na internacjonalistycznym sąsiedztwie - dodał - to musimy skończyć z małostkową religią idylli i posiadania, której twórcami są apostołowie ojczyzny..." . I patrząc z dzisiejszej perspektywy, trzeba przyznać, że najpierw Rosjanie a po nich my sami byliśmy bardzo konsekwentni we wcielaniu w życie tej zapowiedzi.

Lenz w swojej książce pokazuje przegląd postaw swojego pokolenia wobec małej ojczyzny, rozumianej jako "miejsce, gdzie wzrok sam wilgotnieje, w duszy poczyna wrzeć, gdzie mowę można zastąpić nieokreślonym uczuciem..." i dla którego stosunek do tytułowego muzeum ziemi ojczystej jest papierkiem lakmusowym rozumienia patriotyzmu (ach, cóż to za niemodne teraz słowo!) zarówno w węższym jak i szerszym wymiarze.

Ale cóż, może nas dzisiaj obchodzić historia małego, prowincjonalnego miasteczka i los jego mieszkańców, jakieś muzeum stron ojczystych, jakieś regionalne rupiecie w "szopie do nabożeństwa", w której "zaduch historycznego marzycielstwa jest tak intensywny że zastępuje ogrzewanie" i "fikcja podsycana jest złudzeniem trwałości i powrotu", a które miały się tylko przeciwstawiać "czasowi, spokojnej negacji i bezwzględnemu rozpadowi, występował przeciwko bezimiennemu końcowi"?

No może trochę, i nie tylko dlatego, że jako naród zasmakowaliśmy tej samej goryczy co Niemcy - konieczności opuszczenia własnych domów, ale także dlatego że Lenz bezpośrednio dotyka spraw polsko-niemieckich (gdzie Niemcy "nazywali się Konopatzki, Piassek albo Sobottka" a Polacy "nosili nazwiska Gutkelch, Niedermüller albo Hauser"), takich choćby jak postawy w czasie plebiscytu 1920 roku, w okresie panowania III Rzeszy czy wreszcie II wojny światowej. Zwłaszcza ten ostatni może budzić konsternację - jeden demokrata zamordowany w obozie, drugi aresztowany przez gestapo, jacyś pracujący francuscy jeńcy wojenni ot i wszystko. Społeczeństwo, które niczemu jest niewinne i nic o niczym nie wiedziało. Jeśli zestawi się to z terrorem, który niemieccy kulturtregerzy nieśli w okupowanej Polsce trudno nie być zbulwersowanym. I choć mocno brzmią sceny ucieczki z rodzinnych stron, zresztą jedne z najlepszych w całej książce, to czytając je trudno uciec od odbierania ich w kategoriach zbiorowej winy i odpowiedzialności za wcześniejsze wybory i czyny.

Wartość "Muzeum ziemi ojczystej" polega też na odmalowaniu Mazur (poprzez postać Mariana Jeromina powieść Lenza łączy się z najsłynniejszym hymnem na cześć dawnych Mazur "Dziećmi Jerominów" Ernsta Wiecherta) w postaci kompletnie nam nieznanej, której relikty jedynie możemy dzisiaj obejrzeć w skansenie w Olsztynku czy na zamku w Olsztynie, choć to co tam oglądamy stanowi dla nas, co najwyżej "historyczno-kulturową wartość" bo gdzieś przeminął, wraz z dawnymi mieszkańcami genius loci tej ziemi i nikt już dzisiaj nie wie co znaczy szycher i fladrusz...  Świetna książka. Polecam. 

piątek, 13 lutego 2015

Zasypie wszystko, zawieje..., Włodzimierz Odojewski

Wow! Tak, nie ma wątpliwości - powieść Włodzimierza Odojewskiego wywołuje efekt Wow! Gdy kończy się ostatnie zdanie, sporo czasu upłynie zanim uzna się ją za "odfajkowaną" i sięgnie po następną książkę. Według Marii Janion to „najbardziej romantyczna polska powieść napisana w XX wieku” i pewnie to prawda ale wcale nie zmienia to faktu, że jest to także swego rodzaju literacki humbug i zdumiewające, że nikt do tej pory nie podniósł licznych zapożyczeń, dostrzegalnych gołym okiem.


Trudno przecież nie zauważyć, że Odojewski jest dłużnikiem Żeromskiego wykorzystując motyw miłości i pożądania w cieniu śmierci z  "Wiatru od morza" a mówiąc ściśle z rozdziału "Otto von Arffeberg" Ci, którzy trochę interesują się dwudziestowieczną historią Kresów z pewnością zauważą, że pisarz zaciągnął dług także u Henryka Cybulskiego i jego "Czerwonych nocy", z których czerpał pełnymi garściami. Powieściowa masakra w Tuczapsku to bez wątpienia opis mordu w Kisielinie, do którego doszło 11 lipca 1943 roku, znany z relacji Włodzimierza Sławosza Dębskiego (ojca Krzesimira Dębskiego) zamieszczonej w książce Cybulskiego, epizod z wykopaniem broni na cmentarzyku Czartoriusów w rzeczywistości miał miejsce na cmentarzu w Kiwercach (powieściowym Krzyżtopolu) a pomyłka, w której rosyjskich partyzantów wzięto za oddział bulbowców przydarzyła się Stanisławowi Bochniewiczowi dowódcy jednego z oddziałów samoobrony Przebraża niedaleko wsi Komarówka.

Uważny czytelnik może też bez trudu dopatrzyć się nawiązania do "Wertepów" Leopolda Buczkowskiego w warstwie obyczajowej (los wdowy w społeczności wiejskiej) czy w epizodzie, w którym wieśniak nie jest pewny swojej narodowości a z kolei zagłada dworu w Glebach przypomina sceny z "Pożogi" Zofii Kossak. Wreszcie nawet tytuł nie wydaje się specjalnie odległy od przewijających się przez "Więźniów nocy" Romańskiego słów upośledzonego pastucha, stanowiących jakby kwintesencje losu zesłańców "Śnieg was zasypie... Śnieg was zasypie".  Jeśli do tego dodać diatryby mające obudzić sumienia ale bardziej pasujące do przemów polityków, wykładów czy kazań, można zapytać, to o co tak właściwie chodzi? Dlaczego to taka świetna, a nawet więcej, bo piękna książka?

Nie od dzisiaj wiadomo, że mamy swoje mity, nie my jedni, zresztą. By nie sięgać daleko Niemcy mają Prusy Wschodnie, a my mamy Kresy. Patrząc od tego strony, powieść Odojewskiego jest szramą na wyobrażeniu tego mitu. Jak określić scenę, w której polski oficer w odruchu zemsty pali żywcem ukraińską rodzinę i przystaje do partyzantki tylko po to by odnaleźć żonę zmarłego brata, którą kocha miłością wcale nie platoniczną, teściowa - pani z dworu, patrzy na owdowiałą synową w kategoriach klaczy rozpłodowej, dzięki której przetrwa ród Woynowiczów, a dobrze urodzona panna porzuca urodzone w pozamałżeńskim związku dziecko? Dla pisarza solą ziemi są nie, koniecznie zawsze, piękne panie z dworka ale "wyrobnicy, komornicy, pracownicy sezonowi, spłachetkowi dzierżawcy, deputatowi robotnicy folwarczni, fornale, parobki dworskie i popie, wędrowni rękodzielnicy, drobni domokrążcy (...) lud, którego nie dostrzegano, z którym mało kto dotychczas się liczył, od którego odwracano się plecami, aż w końcu on sam plecy pokazał własnej macierzy, ten biedny, ciemny, zbałamucony, ogłupiały w swym poniżeniu lud, rozbity obecnie, podzielony, rozczłonkowany na kilka zaślepionych we wzajemnej wrogości do siebie ludów". O ile dzisiaj takie potraktowanie tematu może się nie podobać tym, którzy gustują wyłącznie w sentymentalno-bogoojczyźnianej tonacji opowieści o Kresach, to wcześniej, do '89 "Zasypie wszystko, zawieje..." nie podobało się urzędowym zawiadowcom literatury i nie miało żadnych szans by ukazać się w Polsce, choć z nieco innego powodu.

Nic dziwnego, skoro osnową książki jest rzeź wołyńska (to w ogólniejszym wymiarze) oraz śmierć brata głównego bohatera i jednocześnie męża głównej bohaterki, zamordowanego w Katyniu, kładąca się cieniem zarówno na ich relacje, jak i na dalsze stosunki rodzinne - w Katarzynie, z wzajemnością kocha się też kuzyn głównego bohatera, który jednak w przeciwieństwie do niego przedkłada obowiązek walki z wrogiem nad walkę o uczucie kobiety. Mord w Katyniu w ujęciu Odojewskiego, to nie jest żadne tam mruganie okiem do czytelnika a la Roman Bratny w "Kolumbach, rocznik 20" ale prawdziwy Rubikon, punkt odniesienia, który wielokrotnie przewija się w powieści stanowiąc memento dla tych, którzy mają być "wyzwoleniu" "parometrowe złoża zwłok w polskich mundurach oficerskich z zachowanymi nieźle jeszcze guzikami i odznaczeniami, w ciężkich zimowych płaszczach, złoża zwłok zniszczonych w skomplikowanym procesie gnicia a zarazem mumifikacji, zapewne dzięki zawartości piasku w glebie, potem z tej masy, z tej plątaniny wyróżniał poszczególne twarze tych, co leżeli zwróceni przodem ku górze, twarze bez skóry, jamy ustne i oczne przeświecające przez błonę muskułów i membran, czaszki zawsze z jednakowym otworem wylotowym od kuli na czole, pokryte włosami które utraciły już barwę i zachowane doskonale ręce o nietkniętej skórze i paznokciach, o widocznych liniach papilarnych". A granice zasadniczej akcji powieści wyznaczają orientacyjnie daty upublicznienia odkrycia grobów w Katyniu właśnie z jednej i przekroczenie granic przedwojennej Polski przez Armię Czerwoną, z drugiej strony.

Wcale nie mniej interesująco (ba, wręcz pasjonująco!) niż tło historyczne Odojewskiemu udało się przedstawić ludzkie losy i charaktery dalekie od doskonałości i miotane emocjami. Różne punkty widzenia na to samo - mężczyzny i kobiety, z których chyba żaden nie jest do końca prawdziwy, w tym sensie, że nie potrafi odczytać rzeczywistej myśli drugiej strony pozostają w gruncie rzeczy nieodgadnione tak samo dla głównych bohaterów jak i dla czytelników. No i jeszcze ten język, który zmusza do powolnego przebijania się przez tekst a tym samym i do uwagi, wydaje się, że męczący a jednocześnie posiadający magnetyczną siłę przyciągania aż do ostatniego zdania.

Od początku wiadomo, że ta historia nie może się dobrze skończyć, że nie będzie tu żadnego happy endu, że to tragiczna opowieść o ludziach, którzy stanęli przed wyborem pozostania na ziemi, którą pokochali za cenę śmierci i albo jej opuszczenia za cenę życia. Ale przecież ciemność, "która nastała, nie jest wieczna, bo przecież wieczne jest tylko światło płynące od Boga, ono zawsze w końcu rozprasza ciemności, gdyż ciemności są królestwem szatana, a szatan nie może zatryumfować, i tak jest w pragnieniach ludzi, i tak jest z góry postanowione u Boga", tyle tylko, że żadnemu z bohaterów Odojewskiego nie będzie dane o tym się przekonać. Piękna książka, bez dwóch zdań.

niedziela, 8 lutego 2015

Pokój i socjalizm, czyli wygnanie i przemoc, Maria Janion [w:] Hańba domowa, Jacek Trzandel

Pogadaliśmy sobie z Anką (Tą od czytanek) na temat Marii Janion, i można by powiedzieć - wystarczy. I pewnie wystarczyłoby, gdyby nie cytat, który pojawił się w poście Buksy - "Fachowość badaczy literatury nie zapewnia im pozycji gwiazdorskich, mistrzowskich, ale pewnie łatwiej bylibyśmy skłonni się z tym pogodzić, gdyby istniało większe instytucjonalne uznanie, gdyby ten pakt państwa z uczonymi był traktowany jako trwała wartość.", a w którym można pobrzmiewa tęsknota za statusem "inżyniera dusz ludzkich". Może zresztą bym i na to machnął rękę gdyby nie to, że Profesor sama w jeszcze innym fragmencie rozmowy nawiązuje do pracy inżynierów, tak że wydaje mi się, że nie jest to tylko przejaw jakiegoś impulsu ale rodzaj resentymentu.  


Ta "pretensja" do sprawowania rządu dusz w połączeniu ze stale podkreślaną w wywiadzie z Kazimierą Szczuką więzią z marksizmem pobrzmiewa w dzisiaj ekscentrycznie i egzotycznie, bo przecież po 1956 a potem jeszcze po 1968 roku "kolumny marszowe literatów zmieniły kierunek natarcia z podniesionym czołem, ze sztandarami" dalej zresztą wierząc w swoją rolę demiurga.

Niewiele można się dowiedzieć z wywiadu przeprowadzonego przez Szczukę na temat intelektualnych wyborów Profesor, którym pozostała wierna i wygląda na to, że miał rację Jan Józef Lipski mówiąc w "Hańbie domowej" o przedstawieniu kompetentnego świadectwa "zdrady klerków" przez przedstawicieli pokolenia, twierdząc, że "dla jakiegoś analitycznego drążenia, próby rozłożenia tych spraw na czynniki pierwsze, by złożyć wreszcie syntezę - do takiego celu pokolenie to mało się nadaje. Własne ich uwikłania są chyba powodem, że trudno im jest przez to przeskoczyć. Oczywiście, są różni ludzie i procesy myślowe przebiegają w różny sposób, obserwuję to trochę z perspektywy naszego IBL. I to przez wiele lat. Osoba, którą bardzo cenię ze względu na jej poziom intelektualny, walory myślowe dużej klasy, pani Janion - w ogóle lepiej, żeby się tych rzeczy nie tykała. Dlatego, że - może to są jakieś względy osobowościowe, sprawa jakiegoś narcyzmu intelektualnego - ona nigdy przez to nie przeskoczy, nigdy nie zrozumie, nigdy nawet nie podejdzie na odległość taką, żeby warto ją było do tego namawiać."

I trudno nie przyznać mu racji po lekturze rozmowy Janion z Jackiem Trznadlem, która ujrzała światło dzienne dopiero w wydaniu "Hańby domowej" z 1996 roku (rozmowa odbyła się we wrześniu 1981 r.). Znamienna jest tu refleksja Profesor na temat "Zniewolonego umysłu" (co by o tej książce i jej autorze nie sądzić), którą odebrała wyłącznie jako rozprawę personalną a nie oskarżenie systemowe bo jak sama przyznaje - "nie byłam do tego zdolna, nie zauważyłam tego". Szczuka zresztą nawiązuje do tej rozmowy, usiłując zdeprecjonować książkę atakując jej autora, ale to w sumie nic nowego, biorąc pod uwagę podobną próbę Anny Bikont i Joanny Szczęsnej w "Lawinie i kamieniach. Pisarze wobec komunizmu". Pomijając już nawet ten aspekt, to co nie da się nie odnieść wrażenia, że to co Profesor mówi Szczuce to nic nowego w stosunku do rozmowy z Trzandlem, między innymi pojawiają się tu te same gorzkie żale na niedobrych marksistów starszego pokolenia, którzy "zdradzili" młodych czy incydent z pytaniem o sprzedaż Wilna.

Nie ma co ukrywać, rozmowa zamieszczona w "Hańbie domowej" też nie jest porywająca, łagodnie rzecz ujmując, tyle że jednak jesteśmy na innym poziomie i nie mamy do czynienia z gawędą o wszystkim i niczym. Trzeba oddać sprawiedliwość Janion, że mimo wyraźnej próby samousprawiedliwienia - "Niech pan zobaczy, ile czasu upłynęło, zanim do szerszej świadomości społecznej dotarło przeświadczenie, najpierw podejrzenie, że jest coś z totalitaryzmu w sowietyzmie", złapała jednak byka za rogi i na pytanie o przyczyny opowiedzenia się po stronie "jedynie słusznej ideologii" potrafiła przyznać - "Bo chciałam", tyle że uzasadnienie przyczyn tego wyboru jest mało przekonujące. Jakoś bowiem mało wiarygodnie brzmią słowa o "naiwności biologiczno-psychologicznej" u kogoś, kto był świadkiem dwukrotnego "wyzwolenia" Wilna przez Rosjan, zapewne też niejedno słyszał od brata - żołnierza AK i w latach 50-tych nie był już nastolatkiem.

Mam raczej wrażenie, że w tym wyborze było coś z pychy, o której wspomina Herbert w "Wypluć z siebie wszystko" ponieważ marksizm lat stalinowskich dawał jej "poczucie, że wie, o co chodzi, że ma klucz do rzeczywistości" zwłaszcza, że  "chciała być monomaniakiem idei, chciała mieć tylko jedną ideę. Chciała mieć absolutne wytłumaczenie. Jednoznaczne, jedno wytłumaczenie tego, dlaczego to wszystko się stało, jak do tego doszło." Wygląda na to, że wiarę w Boga zastąpiła wiarą w Marksa bo "antropologiczna orientacja marksizmu, podmiotowa, pomogła jej w zrozumieniu rozmaitych problemów, z którymi się zetknęła. A to, co Marks mówił, że trzeba uczynić tak, aby człowiek nie czuł się istotą poniżoną i upodloną, godną pogardy?" Ważniejszym od tego co mówił Bóg o stosunku człowieka do człowieka, okazało się dla Janion to, co mówił na ten temat Marks i jego "kapłani". O ile zrozumiałe jest, że można mieć kryzys wiary to zdumiewające jest, że odrzucając Boga, bo milczał wobec okrucieństw II wojny światowej a wybrała drugą "religię", Marksa, zapominając zarówno o tym, że i on jakoś niespecjalnie ingerował w ziemską rzeczywistość, nie mówiąc już o tym, co jego wyrabiali jego akolici dorwawszy się do władzy. Wygląda na to, że naprawdę Jan Józef Lipski miał rację ...