poniedziałek, 20 października 2014

Bez dogmatu, Henryk Sienkiewicz

Ufff! Ciężka sprawa, bo trudno by było inaczej, gdy Sienkiewicz usiłuje wnikać w "tajnie duszy", z akcentem na usiłuje, nawet jeśli jest to, mówiąc językiem prawniczym, "usiłowanie nieudolne aczkolwiek w zamiarze bezpośrednim". Tak bowiem można określić historię relacji macho, który w gruncie rzeczy jest żałosnym dupkiem i pierwszej naiwnej, która nie potrafi uwolnić się od toksycznej z nim znajomości. "Bez dogmatu" jest czymś w rodzaju "Niebezpiecznych związków", tyle że rozgrywających się na mazowieckich piaskach oraz pod niebem Italii i Bawarii, główny bohater bowiem igra z uczuciem kobiety, najpierw je rozbudzając, by następnie porzucić ją "dla idiosynkrazji", a gdy wyszła za mąż ponownie odgrzewa w niej uczucie, przyczyniając się do jej śmierci.


Trzeba przyznać Sienkiewiczowi, że napisał książkę, której bohaterowie budzą emocje. Nic to, że negatywne i że irytują, ważne że nie postawiają czytelnika obojętnym, trudno bowiem zachować niezmącony spokój poznając "odkrywcze" myśli na temat kobiety i jej roli w życiu. Dwa są naczelne zadania kobiety; wyjść za mąż, a gdy już ten swój cel życiowy osiągnie, to "powinna rozumieć, że pierwsze jej obowiązki są względem męża". Parafrazując pana Ignacego, "ponieważ piszę tę opinię bez obłudy, przyznam więc, że mi się ta myśl trochę podobała. Powiem nawet, że nabrałem niejakiej życzliwości dla Sienkiewicza", chociaż uważam, że życie z taką bezwolną lalką jaką chce zrobić z kobiety Sienkiewicz, moim zdaniem byłoby śmiertelnie nudne.

Jest pisarz niezrównanym znawcą kobiet, dzięki niemu czytelnik może dowiedzieć się, że "kobieca natura jest dziwna, choćby nawet była anielska" a umysłowość niezbyt skomplikowana bo "gdy ujrzą niebezpieczeństwo, chowają się za fortecę prostych wierzeń i prawd katechizmowych, którą może zburzyć samo tylko uczucie, ponieważ rozum jest wobec niej bezsilny". A z uczuciami, kobieta, zwłaszcza atrakcyjna i zamężna powinna bardzo uważać, bo nie dość, że "my, mężczyźni, jesteśmy tak przyzwyczajeni do dybania zawsze i wszędzie na kobietę, że do młodej i przystojnej żaden z nas nie zbliża się nigdy bez ubocznej myśli" to nie należy mieć złudzeń "że kobieta staje się wiarołomną dopiero wówczas, gdy porzuca męża: ona nią jest - i jest całkowicie - już w chwili, w której poczuwa, że miłość jej dla niego przestaje istnieć".

Cóż, można by do tych mądrości Sienkiewicza odnieść słowa głównego bohatera "Bez dogmatu", Leona Płoszowskiego - "Dziwna rzecz: wszystko to, co piszę, jest, jak już powiedziałem, czystą teorią". Bo czystą teorią są nie tylko banialuki głoszone w powieści na temat relacji damsko-męskich ale także same postacie. Taki na przykład Płoszowski ma być symbolem dekadenta, ale cóż to za, pożal się Boże, dekadent, który owszem powiada o sobie - "gdybym nie był człowiekiem zwichniętym, niezrównoważonym, zatrutym przez sceptycyzm, krytykę samego siebie i krytykę tej krytyki, gdyby moja miłość była prawidłową i prawą, byłbym znalazł w Anielce mój życiowy dogmat, za którym przyszłyby i inne" i sobie podobnych - "Krytyka wszystkiego i samych siebie wyżarła w nas siły dodatnie; brak nam podstaw, brak punktu wyjścia, brak wiary w życie" a jednocześnie biega do kościoła, przestrzega norm towarzyskich obchodząc się zwłaszcza z ciotką zawiadującą rodzinnym majątkiem, jak z jajkiem i pisząc w bardzo osobistym dokumencie, jakim jest pamiętnik, o swojej kochance per Davisowa (od nazwiska jej męża). To nie dekadent, to kołtun, który mógłby stanąć w zawody ze Zbyszkiem Dulskim, w dodatku z dużą szansą na wygraną.

Już bardziej przekonująca jest Anielka, która wychodzi za mąż bo ... jej matka "była zdesperowana". Nie sposób się dowiedzieć czy wychodzi za niego z miłości czy nie ale jest lojalną żoną przynajmniej do czasu do kiedy Płoszowski ponownie nie zacznie się do niej umizgiwać, czyniąc z niej wg własnych kryteriów kobietę wiarołomną a której prostolinijność nie umie sobie poradzić z odradzającym się uczuciem.

To wszystko sprawia, że książka która powinna być tragiczna w swojej wymowie, chociażby dlatego, że postacie padają w "Bez dogmatu" jak muchy (doliczyłem się pięciu nieboszczyków) a i sam Płoszowski sugeruje, że wybiera się w zaświaty, choć można w to wątpić bo przecież kupił pistolet z kaburą (a samobójcy zawsze kupują pistolet bez kabury) i wlecze się za nim, jak sam powiada "owa straszna nieudolność życiowa, która ciąży jak fatum nad podobnymi do mnie ludźmi w ogóle, a nade mną w szczególności, [która] pochodzi stąd, że pierwiastek kobiecy przeważa w naszych charakterach nad męskim" i sprawia, że niezdolny jest do jakiegoś stanowczego czynu. Chociaż niczego przesądzać nie można,  ponieważ to człowiek wrażliwy jak mimoza, co prawda tylko na własnym punkcie, ale za to do tego stopnia, że mu "czyniło się zimno w mózg i czaszkę". Równie dobrze może ochłonąć i ożenić się, już ciotka kogoś mu narai bo przecież "człowiek powinien się ożenić i dla siebie samego, i dlatego żeby mieć dzieci - bo to przecież obowiązek społeczny".

Polecam, ku przestrodze.

piątek, 17 października 2014

Coś dla śpiochów ...

Dawno nie było czegoś z Afryki ...

Ci, którzy wzorem Księżniczki na ziarnku grochu narzekają, że źle  sypiają mogą się pocieszyć, że i tak nie mają najgorzej, dla porównania kilka afrykańskich "poduszek".



Dinka (Sudan Południowy)


Hemba (DR Konga)
 
 
Turkana (Kenia)


Luba (DR Konga)

wtorek, 14 października 2014

Wczorajsza młodość, Elżbieta Jackiewiczowa

Swego czasu w jednym z komentarzy u Natanny wytoczyłem ciężkie działa przeciwko "Wczorajszej młodości" bo też i widać w książce wyraźne skrzywienie propagandowe i o ile przed laty nie zwracałem na to uwagi to teraz te akcenty nieprzyjemnie zgrzytały i myślę, że to za ich sprawą książka po '89 roku już nie była wydawana. Trochę szkoda bo gdyby nie to, to byłaby to całkiem niezła "dziewczyńska" powieść.


Jej akcja rozgrywa się w okresie międzywojennym  i opowiada o młodej nauczycielce i jej pracy w kolejnych szkołach. Oparta jest na biografii autorki, która zaczynała pracę w Nieświeżu - powieściowym Świeżewie, przenosząc się następnie "za mężem" do Łukowa (w książce przedstawionym jako Łęgowo) i Tomaszowa Lubelskiego (Bartoszewa). Jackiewiczowa poruszyła wątek swego nieudanego małżeństwa choć na potrzeby książki zniekształciła go - Tadeusz, mąż głównej bohaterki ma cechy zarówno pierwszego jak i drugiego męża. Wykorzystała też autentyczną sprawę maturzysty Włodzimierza Stanika (w powieści Włodzimierz Iwaniuk), członka Komunistycznego Związku Młodzieży, który zastrzelił sekretarza rejonowego komitetu Komunistycznego Partii Polski Jana Machonia. Autobiograficznego charakteru powieści Jackiewiczowa zresztą nie ukrywa sama "demaskując" się, ustami jednego z uczniów, który odkrywa jest ona "z domu jakoś Terajewicz czy Ratajewicz, nie pamiętam. I ona urodzona w jakiejś wsi w Nowogródzkiem, wcale nie w Rzeszowie" (matka Jackiewiczowej była z domu Terajewicz ona sama urodziła się w Nowinkach na Nowogródzczyźnie).

Mimo, że akcja książki rozgrywa się na przestrzeni jedenastu lat (co jednak nie wynika bezpośrednio z powieści) odnosi się wrażenie, że czas jakby się głównej bohaterki nie imał, że ciągle ma się do czynienia z tą samą młodą nauczycielką stawiającą pierwsze kroki w swoim zawodzie. To postać w typie Siłaczki, z poczuciem misji, tyle, że w wersji soft, której wysiłki również, w ostatecznym rozrachunku kończą się porażką, aczkolwiek nie w takim wymiarze jak w przypadku Stanisławy Bozowskiej. Jest ona nieodmiennie jasnym punktem na tle środowiska, z którym się styka w każdej z kolejnych szkół, i jeśli nie jest jedyną sprawiedliwą to i tak stanowi spiritus movens pozytywnych zmian w nich zachodzących.

"Wczorajsza młodość" jest książką "szkolną" a rebours. Przedstawia problemy młodzieży widziane od drugiej strony, oczami nauczycielki, która jest jednocześnie jej powiernicą i mentorem. Mimo młodego wieku przemawia za nią już doświadczenie życiowe, tak że z pewną nutką wyższości może powiedzieć, że "Bardzo młodym ludziom wydaje się często, że miłość jest tylko jedna, że serce ludzkie jest w stanie tylko raz zaznać wielkich uniesień i raz mocno boleć. Ale wszędzie, gdzie człowiek walczy i pracuje, tam rodzi się miłość, życiu nadaj sens, czyni je pełnym uroku i wiecznie nowych, nie znanych dotąd wartości." Jednocześnie jednak wiara w ludzi, którą usiłuje zaszczepić swoim uczniom i którzy biorą ją do serca, wystawia ich samych na sztych prozy życia. Jak mówi jedna z uczennic: "Życie nie jest sielanką, a pani jest trochę za bardzo ufająca i wierząca. I to nawet niedobrze, że pani klasę tak przekonywała, że życie jest takie ciekawe i piękne, że trzeba kochać ludzi, że wszystko można osiągnąć. Tak nie jest. Ja o tym już wiem. Pani uczy zaufania do ludzi, do wszystkich ludzi a za to drogo trzeba będzie kiedyś zapłacić. Ale nie mam żalu do pani. Jeszcze i pani się od życia dostanie, jeszcze i pani sama się przekona, jaki naprawdę jest świat. Jaki piękny jest dla jednych i jaki podły, zły, okrutny dla innych."

I wszystko byłoby pięknie gdyby nie widoczne gołym okiem zaangażowanie polityczne głównej bohaterki. Pół biedy jeszcze z tym, że będąc polonistką "kochała Mickiewicza, ale nie pielgrzyma i mistyka - ale przywódcę młodzieży, Mickiewicza, który wojował z Bogiem, szarpał papieża za ręce i krzyczał o prawach paryskich robotników" ale gdy okazuje się, że rząd Polski stoi w jednym szeregu z Włochami Mussoliniego i Niemcami Hitlera - "W Polsce pułkownicy głosili teorię "zamordyzmu", zamykali w więzieniach i Berezie, umiejętnie flancowali na rodzimy grunt metody zagranicznego faszyzmu" - robi się dziwnie. Myślący uczniowie "nienawidzili obszarników i sanacji, klęli Piłsudskiego i jego klikę" a ci mniej inteligentni byli zwolennikami endecji. Księża roszczą sobie prawo do niepodzielnego rządu dusz, zawodowa armia niszczy ludzi, a "jaśnie oświeceni" "robią sobie zabawki z ludzi, upokarzają ich, ośmieszają". Owszem fakt, że książka po raz pierwszy ukazała w 1955 roku wyjaśnia dużo ale przecież nie wszystko. A to mogła być całkiem fajna książka. Szkoda.

poniedziałek, 13 października 2014

Burza od Wschodu, Maria Dunin-Kozicka

Wspomnienia Marii Dunin-Kozickiej to jedne z ciekawszych wspomnień dotyczących Kresów, swego czasu docenione przez Międzynarodową Komisję Współpracy Intelektualnej przy Lidze Narodów, Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego a i w czasach PRL-u doczekały się one swoistego uznania będąc objęte zakazem publikacji.


Nie wiem czy "Burza ..." dorównuje popularnością "Pożodze" Zofii Kossak-Szczuckiej ale to w sumie mało istotne bo tak właściwie jest to ta sama książką tylko że pisana przez inną autorkę. Jest tu wszystko to, co można spotkać i w "Pożodze" a więc żal i tęsknota za bezpowrotnie utraconym domem, jakby zaskoczenie biegiem wydarzeń i niezrozumienie ich podłoża, opisy grabieży i mordów dokonywanych na Polakach, przywiązanie do tradycji, miłość do męża i dziecka. Nawet ta sama rzewna, sentymentalno-czułostkowa i patetyczna stylistyka w stylu "Na ściany padały dopiero cienie wieczoru - noc jeszcze była daleko i sen nie przychodził przedwcześnie ... Wówczas duch leciał na skrzydłach fantazji do tej Polski dalekiej, chylił się tam przed jej odnowioną potęgą i błagał: Wysyłaj swe hufce co rychlej na odsiecz bezbronnym twym dzieciom! Jak ongi otacza je chmara dzikich siepaczy! Z dnia na dzień maleją ich siły ... Wysyłaj, Polsko, na Kresy sił zbrojnych zastępy, męstwem skrzydlate! ... ", tyle że występująca, niestety, w znacznie większym rozmiarze.

Nie pomagają książce telepatyczne wizje córki autorki - "Ależ to tatuś, mamusiu! Tatuś na pewno! Ja go widzę stąd, naszego biedusia, na tym statku ... Przymknął oczy, bo myśli o nas! Smutny jest bo martwi się, jak sobie radzimy bez niego! Widzisz matkusiu, mówiłam ciągle, że tatuś żyje!" w moim przypadku wywierające efekt odwrotny od zamierzonego. Tak jak i opowieści o matce-staruszce (sic!) dziewiętnastolatka, troska córki o to by matka się nie przeziębiła w czasie gdy dom jest bombardowany itp. itd.

Jeśli dobrze się wczytać w "Burzę ..." to widać, że autorka i jej rodzina padła nie tyle ofiarą walki z polskością, co konfliktów społecznych. Dunin-Koziccy zapłacili ceną za wyobcowanie i bogactwo odróżniające ich podobnie jak i innych członków ziemiaństwa od zwykłego chłopstwa.  Własność ziemska należała do Polaków stąd powstała jakby zbitka pojęciowa "Lachy-pany", która nie dotyczy tych Polaków, którzy byli kompletnie zdeklasowaną szlachtą, znajdującą się w tej samej sytuacji materialnej co ukraińscy chłopi, od których różniła ich tylko wiara i ustna tradycja.

Mimo przywiązania do rodzinnych stron dla swoich sąsiadów ziemiaństwo okazało się obce. Nie ma mowy o jakimś promieniowaniu kultury, to odbywa się tylko we własnym zamkniętym światku warstwy społecznej. Dunin-Kozicka chyba zdaje sobie z tego poniewczasie sprawę - "Oświata nie rozjaśniła mroków nieuctwa i zastoju w przedwiekowym barbarzyństwie, a na nas, niestety, walą się następstwa tyloletniego fałszywego systemu postępowania z ciemnymi tłumami", które jakoś nadzwyczaj chętnie wystąpiły przeciwko tym, którzy uważali się za ich dobroczyńców. Ale to są już wszystko żale ściętej głowy. "Kości zostały rzucone" i mimo złudzeń nie było już powrotu do dawnego świata. Ale to jest jasne tylko dla niektórych bo "Nastąpił rozłam w polskim społeczeństwie: jedni wyjeżdżali, nie chcąc próbować niepewnych dobrodziejstw bolszewickiego systemu, inni zostawali, drwiąc z uciekających, iż nie taki straszny diabeł, jak go malują, a przede wszystkim obawiając się zupełnego zerwania wątłych nici, łączących ich z gniazdem rodzinnym." Rodzina Dunin-Kozickich należała do tej drugiej kategorii. Mam przy tym wrażenie, że te wątłe nici miały charakter materialny a decyzja przyniosła opłakane skutki - nie potrafiąc zdobyć się na ratowanie tego co jeszcze można było ratować i jak wyjazd do Polski, Dunin-Koziccy utracili w rezultacie wszystko.

Z książki można odnieść wrażenie, że Polska i polskość to dla autorki niekoniecznie synonimy. Jest Polką, czuje się Polką ale jej ojczyzna to nie Polska lecz Kijowszczyzna. Nie przyjmuje do wiadomości, że byt i życie rodziny są zagrożone. Polska to jest coś pięknego - owszem, ale dalekiego i abstrakcyjnego a ona i jej rodzina, żyje tu i teraz, sądząc w dodatku, że skoro ona jest ze swego bytu zadowolona to i wszyscy obok są zadowoleni. Za tę naiwność, by nie powiedzieć głupotę, drogo zapłaciła, chociaż i tak miała szczęście, że nie była to cena najwyższa.

Rzecz jasna ktoś musiał być temu wszystkiemu winien. Wiadomo kto, co do tego Dunin-Kozicka nie ma wątpliwości  - "Spłynęły na mnie mocne prądy odwiecznej, rasowej nienawiści potomków Izraela do wyznawców Chrystusa"."Całemu światu znane są nazwiska nowych władców Rosji! Oto one: Trocki-Bronsztajn, Joffe, Radek-Sobelsohn, Kamieniew-Rosenfeld, Krasin-Goldfarb, Zinowjew-Apfelbaum, Stekłow-Nachamkes, Jankiel Jurowskij, Martow-Cederbaum, Kamkow-Katz, Efremow-Chaimowicz, Petrow-Waisbrot ... czyż nie dość? (...) W naszych oczach dokonywa się przewartościowanie dawnych pojęć i układów społecznych. Geniusz Izraela wydał bój duchowi Ariów, zaprzągłszy, jakby na urągowisko, do wywrotowej pracy znaczny odłam wierzących w ułudy komunizmu Aryjczyków! Idzie gra Olbrzymów!" Jakie to proste!

Naturalnie nie należy spodziewać się obiektywizmu w ocenie historii stosunków społecznych Kijowszczyzny bo trudno oczekiwać tego od kogoś, kto utracił swój dom rodzinny. Ale czy to deprecjonuje w jakiś sposób "Burzę ..."? Moim zdaniem nie - prawo do własnej "małej ojczyzny" należy do podstawowych praw a zmuszenie kogoś do porzucenia rodzinnego domu zawsze łączy się z krzywdy nawet gdy w kategoriach ogólnych próbuje się ją usprawiedliwiać "sprawiedliwością dziejową", "racją stanu" czy jeszcze innym określeniem-wytrychem.

poniedziałek, 6 października 2014

Wiry, Henryk Sienkiewicz

Wiadomo, że twórczość Sienkiewicza ze schyłkowych lat jego życia również zasługuje na miano schyłkowej, może poza "W pustyni i w puszczy" ale to w końcu książka dla dzieci, zupełnie nie ten kaliber, którego oczekuje się od laureata literackiej nagrody Nobla. Ja również o tym wiedziałem, ale wiedzieć od innych a samemu się przekonać to zupełnie inna sprawa więc się przekonałem, na złość babci odmrażając sobie uszy.


"Wiry" należą do zapomnianych utworów Sienkiewicza i słusznie zresztą. Ich recepcji po 1989 roku nie pomógł nawet nimb powieści niesłusznej i sekowanej za komuny ze względu na przedstawione tam poglądy polityczne pisarza (książka została wydana tylko raz, w edycji "Dzieł" Sienkiewicza w 1951 roku, z której pochodzi skan okładki). A wątek polityczny rozgrywa się na linii Narodowa Demokracja (dobrzy) - PPS (źli), która oplotła swoimi mackami cały kraj, terroryzując obywateli "bombą i browningiem" i której ucieleśnieniem jest ex-student, nienawidzący bogatych i który nie dość, że ośmielił się zakochać w panience z dobrego domu to jeszcze na domiar złego było "w tej namiętności coś z żądzy Murzyna do białej kobiety".  Sienkiewicz w gruncie rzeczy nie naruszał zasadniczych pryncypiów powojennej władzy ale nie wątpię, że takie passusy o ogólniejszym znaczeniu jak "wasze państwo socjalistyczne, jeśli je kiedykolwiek założycie, będzie takim poddaniem osobistości ludzkiej urządzeniom społecznym, takim wtłoczeniem człowieka w tryby i koła powszechnego mechanizmu, taką kontrolą i taką niewolą, że nawet dzisiejsze państwo pruskie jest w porównaniu świątynią wolności" były dla niej nie do przełknięcia.

Jednak wątki polityczne nie grają w powieści pierwszorzędnej roli, są wplecione w romans, który mógłby służyć za scenariusz do brazylijskiej telenoweli, jak chociażby scena, w której angielska bourgeois okazuje się kowalową córką, którą uwiódł przed laty główny bohater, gdy dziewczyna była jeszcze podlotkiem (jest też i samobójstwo nieszczęśliwie zakochanego). Jego uczucie momentalnie stygnie, a pikanterii dodaje fakt, że jest z przekonania narodowym demokratą - wychodzi więc, na to, jak mu zarzucał przedstawiciel salonowych nihilistów, że gdy "towar angielski okazał się wyrobem krajowym - made in Poland - spadł w cenie", choć przecież powinno być na odwrót.

Cóż za niestałość męskich uczuć! a przecież jeszcze niedawno na widok tej kobiety, którą wydawało mu się, że kocha "rozszalało się w nim serce i zmysły, których nigdy nie umiał hamować. Patrzył na jej promienną twarz, obnażone ramiona, wykute jakby z ciepłego marmuru, na wypukłą silną pierś, na wężowate gibkie linie postaci, na rysujące się pod lekką suknią zbliżone ku sobie kolana i porywał go wicher żądz, które zmagały się z uczuciem uwielbienia, jakie żywił dla tej dziewczyny, czystej jak łza. Tętna poczęły bić mu głucho, na czoło wystąpił splot żył." Wygląda na to, że dosyć mocno ekscytował się widokiem kobiet. A przecież to stary koń, dwudziestosiedmioletni facet.

Coś musiało być z nim nie tak. Żeby w tym wieku na widok kobiety biorącej prysznic, którą zresztą widział tylko przez sekundę tak reagować?! - "popędził jak wicher do swego pokoju i wzburzony a zarazem i przerażony chwycił drżącą ręką karafkę, nalał szklankę wody, wypił ją i jął powtarzać bezładnie: "Co się stało? Kto to był? Dla Boga, co się stało!" Nic więc w sumie dziwnego, że matka ciągle bezskutecznie szuka mu żony, i nawet znalazła "smukłą brunetkę z wyrazem blondynki" (cokolwiek to znaczy), tyle że jako wdowa nie miała szans u syna, który był zwolennikiem czystości u kobiet, choć sam niespecjalnie ją praktykował.

A podane jest to wszystko w drętwym stylu podlanym wygłaszanymi ex cathedra poglądami porte-parole pisarza - Grońskiego, który jest wyrocznią dla wszystkich w sprawach wszelakich, w tym polityki i ... muzykologii. Ale w sumie to nic dziwnego, bo generalnie znał się na wszystkim, "poza jego rzeczywistym zamiłowaniem do języków i autorów starożytnych, zajmowała go i polityka, i nauka, i literatura, i sztuka, i współczesne historie społeczne, i wreszcie prywatne stosunki ludzkie, a te ostatnie do tego nawet stopnia, że niechętni zarzucali mu zbytnie zamiłowanie do wiadomości o bliźnich" do tego stopnia, że nawet w jego mieszkaniu panowała "dzięki gospodarzowi, wysoka i umysłowa atmosfera". Jeśli ktoś zna biografię Sienkiewicza choćby w minimalnym wymiarze, to łatwo dostrzeże, że Grońskiego z pisarzem łączy także jakaś dziwna sympatia do imienia Marynia i to że podobnie jak on, mówiąc oględnie, "był amatorem w zielonych jabłek", choć zastrzega, że jego uczucie do szesnastoletniej dziewczyny (jest trzy razy od niej starszy) ma kolor "niebieski" a nie "czerwony".

Nie ma sensu znęcać się nad książką oraz jej bohaterami, którzy mimowolnie zapewne wyszli Sienkiewiczowi na nieciekawych ludzi. A i polemika z poglądami pisarza, czy to w sferze obyczajowej (gdzie na przykład wszyscy podchodzą ze zrozumieniem i sympatią do łowcy posagów, który nawet nie ukrywa tego, że żeni się ze starą panną dla pieniędzy) czy politycznej mija się z celem bo są one anachroniczne i trudno nawet powiedzieć, że sprowadzają się do obrony tradycyjnych wartości. Jeśli już, to do obrony ich karykatury. Ale na swój sposób, jako swego rodzaju kuriozum "Wiry" warte są jednak poznania.

czwartek, 2 października 2014

Łuk Triumfalny, Erich Maria Remarque

Kiedyś Remarque należał do moich ulubionych pisarzy a jego książki do moich ulubionych powieści. "Na zachodzie bez zmian", "Łuk Triumfalny", "Czarny obelisk""Czas życia i czas śmierci", "Trzej towarzysze" ... zaczytywałem się nimi permanentnie w szkole. Ale z upływem czasu młodzieńczy entuzjazm coraz bardziej ustępuje sceptycyzmowi, którego ofiarą padł ostatnio "Łuk Triumfalny" i o ile kiedyś byłem oburzony głosami krytyków, twierdzących, że Remarque wielkim pisarzem nie jest, to teraz jednak widzę, że mieli rację, niestety.


Jakżeż dawniej irytowała mnie Madou, która nie mogła dochować wierności Ravicowi i bezduszni, głupi (z wyjątkami) Francuzi żerujący na ludziach, dzięki którym się bogacili. Te wrażenia pozostały ale doszły do nich także kolejne; odkrycie banałów serwowanych co kilka stron z uporem godnym lepszej sprawy, w rodzaju: "Jest się zawsze samotnym i nie jest się nim nigdy", "(...) więcej jest prostytutek wśród kobiet, które nigdy nie spały z mężczyzną, niż wśród tych, które w ten sposób z trudem brną przez życie" czy "Człowiek ma zawsze wielkie zamiary, ale wykonanie szwankuje" albo, "Życie to zbyt wielka rzecz, aby mogło się skończyć, zanim wydamy ostatnie tchnienie.", które wcale nie kończą listy. Do tego pokutujące mity, jak ten na temat wojny domowej w Hiszpanii, w której byli tylko dobrzy republikanie oraz wyłącznie źli frankiści albo ten o człowieku rosyjskim, w którego twarzy obowiązkowo "zamajaczyły nagle stepy, przestrzeń, wiedza i całe doświadczenie świata", dzięki którym zapewne mógł on tak trafnie, już na pierwszy rzut oka, nie zamieniając z nią słowa ocenić miłość Ravica mianem "suka".

Równie prawdziwa jest i burdelmama, oczytana, a jakże, i z którą rozmowa "miała wdzięk, dowcip i lekkość. Cytowała Montaigne'a, Chautabrianda i Voltaire'a" oraz jej pracownice zachowujące się niczym pensjonarki z pensji dla panienek z dobrych domów.

Już tylko jako ciekawostkę dodam, że uważny czytelnik dostrzeże aluzję do "Na zachodzie bez zmian" w postaci Kaczyńskiego i powinien zawrzeć świętym oburzeniem, na stwierdzenie, że najlepsza wódka to nie polska lecz "Łotewska, z Rygi (...)."

W sumie wyszedł z tego tani melodramat w rodzaju "pani zabiła pana, to zbrodnia niesłychana" tylko, że u Remarque'a to pan zabił panią, która miała ten feler, że lubiła urozmaicone życie i nie ulegała przesądom na temat monogamii.  Jeden mężczyzna był u niej "dla szału, gwałtownej miłości albo kariery, a drugi, któremu mówi się, że go się kocha inaczej i głębiej, póki osioł nie uwierzy w to i nie stanie się bezpieczną przystanią między dwoma szałami." Tym osłem miał być główny bohater, który jednak zachował trzeźwy osąd sytuacji, choć w jego przypadku zakrawa to na paradoks. To człowiek niezłomny, wierny swoim zasadom i podchodzący do świata ze sceptycyzmem wynikającym z doświadczenia i który jak na nielegalnego emigranta całkiem nieźle sobie żyje, spędzając czas głównie przy butelce czegoś mocniejszego, pijąc jeśli nie w towarzystwie to samotnie. Gdybym był złośliwy, zapytałbym kiedy on trzeźwiał i o poziom przedwojennej francuskiej chirurgii, skoro ciągle pijąc i tak był lepszy od swoich francuskich kolegów po fachu?

Gdyby Remarque żył możnaby go zapytać - i po cóż było psuć ciekawie zapowiadającą się powieść o nieszczęśliwej miłości z losami  nielegalnych emigrantów z Niemiec w tle? Dzisiaj na to pytanie już nie otrzymamy odpowiedzi, ale i tak, co prawda z tak zwanymi mieszanymi uczuciami, jego książkę mimo wszystko polecam.

środa, 1 października 2014

Sońka, Ignacy Karpowicz

Cóż za zbieg okoliczności! Kupiłem akurat, korzystając z przeceny, "Sońkę" Ignacego Karpowicza gdy wybuchła afera rodem z magla albo jak z "Rozmów w toku" Ewy Drzyzgi. Publicystka Kinga Dunin, publicznie skarży się, że pisarz wezwany do oddania pożyczonych pieniędzy kazał jej spierd... , na co pisarz rewanżuje się jej również publiczną enuncjacją, jak to w trosce o swój rozwój musiał kopulować z blisko o ćwierć wieku starszą panią i to jeszcze na dodatek feministką.

Żenada, dno dna i dziesięć metrów mułu, ale skoro wydałem już pieniądze to postanowiłem sprawdzić jak przedstawia się powieść, która swój kształt zawdzięcza, choć w nierównej części, podobno obu państwu.


Sprawdziłem - jest dobrze, powiedziałbym nawet, że bardzo dobrze i to do tego stopnia, że znajomość z prozą Karpowicza zamierzam kontynuować, bo trudno by było inaczej skoro książkę przeczytałem jednym tchem.

Jest w "Sońce", w opowieści tytułowej bohaterki, coś ze świata powieści Myśliwskiego, którego bohaterowie dokonują rozrachunku z własnym życiem, coś z klimatu "Prawieku i innych czasów" Tokarczuk i "Malowanego ptaka" Kosińskiego (kazirodztwo, scena gwałtu, "indagacja" w sprawie ojcostwa), że nie wspomnę o czytelnej aluzji do "Czarodziejskiej góry", choć bohater Manna był sporo starszy od miłości życia głównej bohaterki, no i w Gdańsku tylko trochę studiował a nie urodził się.

To opowieść starej kobiety, może takiej jak ta z fotografii Jerzego Piątka (tyle, że bez wnuczki), która ma "twarz naprawdę, takich twarzy życie już nie lepi, takich twarzy się nie widuje. Bo twarz Soni zstąpiła z ikony: brązowa, czerstwa, popękana, bez znaczenia i kłamstwa, ale też mocna z jaśniejszymi liniami zmarszczek (...). Bo twarz Soni to twarz po prostu: widać, że coś przeżyła, widać że coś marzyła, nade wszystko jednak ta twarz służy do tego, do czego ją Haspodź powołał: do słuchania, patrzenia, jedzenia, do mycia, całowania, wąchania, do czkania, płakania, siąkania."


Daruję sobie dyrdymały o feministycznej perspektywie narracji Karpowicza (jak to brzmi, prawda? a która jest dostrzegalna bez większego trudu ale nie jest jakoś specjalnie natrętna) bo są znacznie ciekawsze rzeczy, na które wypada zwrócić uwagę - zmierzenie się z mitami "wsi sielskiej, anielskiej" oraz "Wandy, co nie chciała Niemca".

W pełnym brutalności i prymitywizmu chłopskim życiu, tytułowa bohaterka, która nie ma w sobie nic z heroiny, znajduje ukojenie w ramionach Niemca i to jeszcze Niemca zbrodniarza, mordującego mieszkańców nieodległego miasteczka. To uczucie proste, nie oparte na "rozumieniu dusz" a jedynie na instynktownym poczuciu bliskości i oddania a przecież w żaden sposób przez to nie gorsze.

Ktoś obcy staje się dla Sońki ucieczką przed tym co powinno być dla niej najbliższe a jest tylko źródłem cierpienia. Obcy też unieśmiertelnia jej historię, bo ona sama "milczała. Gdyby porachować minuty jej życia, okazałoby się pewnie, że przemilczała własne życie. Że towarzyszami rozmów były krowy, kot i pies. Łąka, rzeka i przedmioty."

Ile my takich osób spotykamy na swojej drodze, mijając je ledwo zauważone? Kto z nas docieka, jakie doświadczenie kryje życie obcego nam człowieka? Czy jego historia dokonałaby może niekoniecznie jak w przypadku Igora/Ignacego przemiany z zadufanego w sobie bufona w człowieka, zdolnego odczuwać los innych ale wywołałaby choćby cień refleksji, nad błahością własnych porażek i sukcesów w obliczu ludzkiej tragedii? Chciałoby się wierzyć, że tak ...

czwartek, 25 września 2014

Mistrz z Petersburga, John Maxwell Coetzee

Znowu dałem się namówić ... Trochę to trwało ale wreszcie przeczytałem "Mistrza z Petersburga", na którego uwagę zwróciła mi Agapiet. Nie musiała mnie nawet jakoś specjalnie usilnie namawiać bo po "Hańbie" mam o Coetzee bardzo dobrą opinię, a po "Mistrzu ... " tylko się w niej upewniłem, aczkolwiek to jednak nie ta klasa.


Standardowa opinia na temat powieści Coetzee sprowadza się do tego, że wykorzystuje ona motyw z "Biesów" Dostojewskiego. I to jest prawda, tyle że nie cała. W dodatku ta informacja powinna stanowić światełko ostrzegawcze dla czytelników, bo nie jest to jedyne nawiązanie do twórczości pisarza, ponieważ w książce można odnaleźć aluzje także do innych jego powieści (na przykład motyw siekiery, czy ulica Sadowa kojarzyć się może ze "Zbrodnią i karą", do której bohaterowie książki kilkukrotnie nawiązują) i do faktów bezpośrednio związanych z biografią Dostojewskiego (m.in. zesłanie, pobyt w Dreźnie, zawoalowana aluzja do epilepsji, hazard, autorstwo powieści).

To sprawia, że "Mistrza ... " nie da się czytać ot tak sobie, z marszu. To znaczy można, ale jeśli nie ma się choćby jako takiego pojęcia o życiu Dostojewskiego i jego twórczości, to lektura sprowadza się do historii o ojczymie bardzo związanym ze swoim pasierbem (znowu motyw z życia pisarza), który chcąc odzyskać po jego śmierci dokumenty z nim związane, staje w obliczu zagadki jego śmierci i do konfrontacji z człowiekiem zamieszanym tą śmierć i dowiaduje się czegoś także o samym sobie.

Jednak jeśli ma się świadomość tego, że Coetzee podejmuje z czytelnikiem grę, to zaczyna się podchodzić się do książki z podejrzliwością - czy na przykład Anna Siergiejewna nie nawiązuje do bohaterki "Ojców i dzieci" Turgieniewa, w której kochał się Bazarow? Bo przecież jest w "Mistrzu ..." Karmazynow z "Biesów", w którym Dostojewski skarykaturował Turgieniewa, a i sam Bazorow był nihilistą tak jak Nieczajew, którego postać wykorzystuje Coetzee. Ta podejrzliwość chwilami może graniczyć z obsesją bo przez chwilę wydawać się może, że Matriona jest jakoś powiązana z bohaterką "Skrzywdzonych i poniżonych" choć przecież to absurd bo w "Mistrzu ... " jest to podchodząca z rezerwą do tytułowego bohatera dziewczynka a w "Skrzywdzonych ... " stara, zrzędliwa służąca. A może dziewczynka nawiązuje do haniebnego incydentu z życia Dostojewskiego? W każdym razie trudno oprzeć się wrażeniu, że żadna postać, żadne miejsce nie jest przypadkowe i powiązane jest albo z jego twórczością albo z jego życiem. Powiem szczerze, w tym dla mnie leży główny urok książki Coetzee bo jego rozważania a la Dostojewski nie za bardzo mnie wciągnęły.

niedziela, 21 września 2014

Przybyszewski, Stanisław Helsztyński

Przybyszewskiego do tej pory kojarzyłem jako "papieża" dekadentyzmu i młodopolskiego skandalistę uwiecznionego w "Czarodziejskiej górze" Tomasza Manna (chociaż to i tak nic w porównaniu z dwudziestoletnim sporem z krawcem), znajomego najwybitniejszych artystów swoich czasów i z wariacji na temat wierszyka Stanisława Jachowicza  o Andzi

"Nie rusz, Andzi, tego kwiatka,
"Róża kole" rzekła matka.
Andzie mamy nie słuchała,
Ukłuła się i płakała."

która u Tuwima "nieco" różniła się od oryginału:

"Hanka stała z utkwionymi w jeden punkt oczyma. W mózgu jej płonęły wściekłe nawałnice szalonych paroksyzmów boleści. Te róże ... te róże czerwone ... Wirski zaśmiał się ... He-he ... Pani patrzy na kwiaty ... A róże kolą ... Krew! Rozumie pani? He-he ... Z histerycznym łkaniem chwyciła róże z wazonu i sama zaczęła wbijać sobie w palce długie, ostre ciernie. Ryszardzie! Miłości moja! Ryszardzie, ten obłędny taniec chuci i śmierci! Ryszardzie, ha-ha, krew! Wirski wstał, kopnął ją, napił się koniaku, wypalił nerwowo kilka papierosów i wyszedł. A Hanka szlochała. Szlochał deszcz za oknem."


To niewiele i pewnie na tym by się skończyło, gdybym przypadkowo nie trafił na książkę Stanisława Helsztyńskiego. Zabierałem się do niej z pewną ostrożnością bo autor to literaturoznawca "starej daty", który osobiście znał bohatera swej książki, więc powstała od razu obawa, że będzie chciał zdyskontować tę okoliczność a na domiar złego książka światło dzienne ujrzała w 1958 roku więc czym w sumie może zainteresować "nowoczesnego" czytelnika?

A tu co za zaskoczenie. Biografię Przybyszewskiego czyta się jak pasjonującą, trzymającą w napięciu i budzącą emocje skandalizującą powieść obyczajową, o kimś w rodzaju Tomaszka z "Nocy i dni". Przybyszewski w ujęciu Helsztyńskiego, to antypatyczny, nieodpowiedzialny typek, uchodzący za demona, choć patrząc na niego dzisiaj moglibyśmy powiedzieć, że było w nim "tyle demona, co w zapałce trucizny", choć nawet taka ilość okazała się zabójcza dla tych, którzy się z nim związali.

Po tym jak w Niemczech jego sława zgasła równie szybko jak rozbłysła, odcinał od niej kupony w Krakowie bo Warszawa nie dała się wziąć na jego głodne kawałki w rodzaju "Na początku była chuć. Nic prócz niej, a wszystko w niej.". Zdumiewające jak inteligentni, wykształceniu ludzi dawali łapać na lep Przybyszewskiego a nie byli to prostaczkowie, co do których inteligencji można by mieć wątpliwości. Musiało być coś w ówczesnym krakowskim powietrzu, bo nigdzie indziej Przybyszewski nie był otaczany takim kultem.

Można chyba powiedzieć, że im większa prowincja tym większe powodzenie odnosił święcąc triumfy w drugo- i trzeciorzędnych salach w Rosji, choć "Wygląd zewnętrzny Przybyszewskiego był przykry i wzbudzający litość: Przybyszewski rozczochrany, brudny, w zaplamionym, zniszczonym ubraniu, z trzęsącymi się rękami, zaczerwienionymi oczyma, napełniającymi się łzami, zakatarzony, wycierający co chwila twarz i oczy chusteczką. Widocznym było, że Przybyszewski był w stanie nietrzeźwym, siedział biernie - apatycznie. Żona Przybyszewskiego wyglądała również bardzo zaniedbana." czemu zresztą nie ma się co dziwić bo miała z nim, tak jak wszystkie inne kobiety, z którymi związał się Przybyszewski istny krzyż Pański. Tyle że tym razem trafiła kosa na kamień bo "trafił na kobietę, która przywiedziona do rozpaczy świadomością utraty zacnego człowieka i dzieci, trzymała go w ryzach strachem, terrorem, histerią, krzykiem i - gdy trzeba było - skandalem" i o której pisał: "Zagościł w mym domu piekielny szatan, kobieta zła, przewrotna i ordynarna, która mnie doszczętnie zniszczyła i tak zeskandalizowała, że się wszyscy ode mnie odwrócili." 

Kasprowiczowa usiłowała zrobić z męża człowieka, a zrobiła filistra, który na jej życzenie kłamliwie poniewierał pamięć poprzedniej, zmarłej w atmosferze skandalu żony. Zresztą chyba nie musiała specjalnie mocno naciskać bo Przybyszewskiemu nie znane było chyba pojęcie trwałego oddania i przywiązania do innego człowieka, bo nawet własnymi dziećmi się nie zajmował oddając je innym na wychowanie, aczkolwiek na starość z dwojgiem z nich (tymi po Dagny) miał cieplejsze stosunki.

Choć finał życia po latach wzlotów i upadków miał zaskakująco pomyślny, to jednak jakoś zaskakująco dziwne bliski prawdy o bilansie jego życia jest opis jednego z bohaterów "Synów ziemi" - "I cóż pozostało po nim? Śmieszna karykatura jego stylu, kilka wypaczonych myśli, kilka jego zwrotów, parę "schlagwortów", żywcem wyrwanych z jego książek, wykoszlawionych do śmieszności, a słowa jego, z takim trudem dobierane, stały się obłędnym paplaniem pijanego maniaka." Chociaż na dobrą sprawę, to i tak jest to zbyt pochlebna opinia aczkolwiek Helsztyński z uznaniem wypowiada się o Przybyszewskim jako poecie.

Ale o dziwo, mimo że nieczytana to jednak jego twórczość została unieśmiertelniona. Któż bowiem nie słyszał o Sienkiewiczowskiej "rui i poróbstwie" pochodzącej z odpowiedzi na ankietę Kuriera Teatralnego na temat "repertuaru pesymistyczno-zmysłowego", w której pisarz miał na myśli dramaty Przybyszewskiego - "Szanowny panie! Ruja pojawia się tylko w pewnych porach roku i nie wypełnia całkowicie życia nawet zwierzęcego. Tym bardziej więc nie może wypełnić ludzkiego. Z tego względu kierunek, oparty wyłączni na porubstwie, jest nie tylko szkodliwy etycznie, ale, jako niezgodny z prawdą i naturą rzeczy, wydaje mi się w znaczeniu estetycznym naciąganym, nieszczerym, zatem bezwartościowym. Zresztą nie znając większej części sztuk, o które chodzi, nie mówię o nich, tylko wypowiadam zdanie ogólne."

Pewnie nie o takiej sławie i pamięci marzyło się Przybyszewskiemu, ale i tak lepsze to niż całkowite zapomnienie.

wtorek, 16 września 2014

Madonna Busowiska, Władysław Łoziński

Jakiś czas temu post Natanny dotyczący "Soli ziemi" Józefa Wittlina, jednej z najciekawszych powieści Dwudziestolecia międzywojennego, przypomniał mi inny huculski akcent w literaturze polskiej, tyle że trochę starszej daty (stąd odmienna ortografia zachowana w przytoczonych cytatach) - nowelę Władysława Łozińskiego "Madonna Busowiska". Pewnie na tym niezobowiązującym przypomnieniu by się skończyło gdyby nie wzmianka w biografii Conrada, że jego "wujenka", w której się podkochiwał - Marguerite Poradowska przetłumaczyła "Madonnę ..." na francuski i co mnie ostatecznie zdopingowało do odświeżenia sobie pamięci.


Nowela Łozińskiego, dzisiaj zupełnie, moim zdaniem, niesłusznie zapomniana, jest co najmniej nie gorsza od znanych jeszcze z podstawówki, pozytywistycznych opowiastek Orzeszkowej, Konopnickiej, Prusa czy Sienkiewicza, co zresztą samo w sobie może być dosyć dwuznaczną rekomendacją, jako że "A...B...C...""Nasza szkapa", "Antek" czy przypomniane ostatnio przez  Koczowniczkę "Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela" albo inne tego typu opowiadania i nowele mają dzisiaj status obowiązkowego, szkolnego nudziarstwa.  

Jednak "Madonna ..." to coś więcej niż kolejny lament nad ludzką nędzą i egzotyczny, folklorystyczny obrazek z krainy o której co prawda się słyszało ale tak na prawdę to nie bardzo wiadomo gdzie ona leży, bo Łoziński napisał o miłości, miłości matki do zmarłego dziecka i miłości mężczyzny do kobiety, których niespełnienie spotkało się i ucieleśniło w obrazoburczy sposób. 

Matka tęskniąca do dziecka poszukuje środka, który sprawiłby, że jej syn także "tam" do czasu ich spotkania nie będzie samotny i pozbawiony opieki. Odkrywa, że może być nim modlitwa bo "jest ucieczką strapionych, lekiem dusz cierpiących, że modlitwa niebiosa przebija i że jest "pocztą do nieba" i wyobraża sobie, że ufundowane przez nią votum, przed którym będą modlili się także inni będzie najlepszym sposobem zapewnienia dziecku opieki.

Z drugiej strony jest młody umierający człowiek, obdarzony talentem malarz-amator, który czyniąc zadość prośbie matki zmarłego dziecka, z którą przypadkowo się zetknął, tworzy mający być ofiarowany do cerkwi obraz Matki Boskiej, w którym "natchnienie artysty pracowało w służbie nieszczęśliwego człowieka, który może nareszcie zrozumiał, że łatwo wymarzyć sobie doskonale idealną kobietę, ale nieskończenie trudno poprawić rzeczywistą".

Ale okazuje się, że "boska transfiguracya ciężkiego, pracowitego żywota wieśniaczki, wniebowzięcie biednej uznojonej robotnicy" jaką jest obraz będący zarazem portretem ukochanej kobiety wyzwala w niektórych mieszkańcach wsi "ową odwieczną nienawiść pospolitej duszy do talentu, ciemności do światła" a chwilę szczęścia, kobieta ofiarowująca dar, "tę jasną chwilę okupić będzie musiała wielką goryczą serca, bolesnem uczuciem niepojętej krzywdy".

Łoziński "odkrywa" w "Madonnie ...", że wśród ludzi prymitywnych, których życie sprowadza się do zaspokajania fizycznych potrzeb też są jednostki, które mimo swego upośledzenia są nie mniej wrażliwe niż ci, dla których los był bardziej łaskawy, stawiając na równi uczucie ubogiej wieśniaczki i dobrze urodzonego młodego człowieka.  Ale przy tym daleki jest od idealizacji biedy i jej uduchowienia. Huculscy wieśniacy en masse są niechętni to niebudząca cieplejszych uczuć tłuszcza, niechętna wobec tego co nowe, dająca się łatwo powodować i niewrażliwa na piękno, w swoich decyzjach kierująca się nie głosem serca lecz poczuciem własnego interesu. Gorzki obrazek ale wart przypomnienia.