sobota, 2 lutego 2013

Zielone piekło, Raymond Maufrais

Po raz pierwszy na dziennik Maufrais'a natknąłem się w domowej biblioteczce moich Rodziców. Było to wydanie Iskier z 1966 r., do którego mam sentyment ponieważ wykorzystałem w podstawówce jego fragment do wypracowania z polskiego, w którym opisywałem ... szklarnię z roślinami tropikalnymi w Ogrodzie Botanicznym we Wrocławiu. Nie pamiętam już co to było ale pamiętam, że praca zrobiła wrażenie na mojej polonistce.


Tamto wydanie gdzieś się zawieruszyło ale na pocieszenie kupiłem sobie edycję "Zysk i S-ka", która na dodatek ma tę zaletę, że zawiera także relację z wyprawy do Mato Grosso (przygotowywana była do wydania jako książka jeszcze przez samego autora ukazała się jednak razem z dziennikiem z Gujany już po jego śmierci, w 1952) a także zdjęcia oraz informacje o Maufrais'ie. Choć część poświęcona wyprawie w głąb Brazylii jest interesującą opowieścią, to jednak bez dwóch zdań to dziennik z wyprawy do Gujany jest tu najważniejszy i to jemu książka zawiera swój tytuł. "Zielone piekło" dzięki niemu jest klasyką gatunku zupełnie nieporównywalną z masowo zalewającym rynek badziewiem produkowanym przez travelebrytów w rodzaju Wojciecha Cejrowskiego, Beaty Pawlikowskiej czy Martyny Wojciechowskiej (polecam, przy okazji, "Podglądając innego. Polscy trawelebryci w Ameryce Łacińskiej" M. F. Gawryckiego). To historia dramatu, jaki rozegrał się w Gujanie Francuskiej pod koniec 1949 roku, kiedy Maufrais podjął samotną wyprawę, której celem było dotarcie do gór Tumuc-Humac i spotkanie z nieznanymi plemionami Indian. Nigdy z tej wyprawy nie wrócił - znaleziono tylko dziennik i trochę rzeczy. Podziw i uznanie dla wytrwałości i samozaparcia to pierwsza refleksja, która przychodzi na myśl czytając jego pisaną na bieżąco relację. Ale z czasem do podziwu dla odwagi i hartu ducha, dochodzi współczucie, żal i ... zdumienie. Bo choć trzyma się stronę Maufrais'a gdy puszcza mimo uszu wszystkie ostrzeżenia, to jednak, gdy jest już tam w środku dżungli ponad miesiąc od dnia kiedy się w nią zapuścił i ma jeszcze szansę powrotu z przypadkowo poznanymi Indianami a mimo to chory, w złej kondycji, bez zapasów żywności i niewystarczająco wyekwipowany decyduje się kontynuować wyprawę, zaczynamy się zastanawiać o co chodzi. To już nie jest odwaga, to upór który zaczyna przypominać szaleństwo, i który w ostatecznym rozrachunku zapędził Maufrais'a w sytuację bez wyjścia. Gdy czyta się relację z ostatniego miesiąca wyprawy trudno nie być wstrząśniętym. Co sprawia, że człowiek podejmuje takie decyzje? Czy jest w tym pragnienie sławy, chęć sprawdzenia granic własnych możliwości, obawa przed wydumaną śmiesznością, która miałby go spotkać w przypadku porażki? I dlaczego wycofanie się musi być traktowane w kategoriach porażki? Może po prostu trzeba zdać sobie sprawę z nierealności zamierzonego celu i podjąć kolejną próbę? "Zielone piekło" pokazuje brutalną prawdę, w której romantyzm zewu przygody, odwaga, hart ducha, siła i wytrwałość przegrywają z rzeczywistością i obojętnością świata natury. Poruszająca książka.  

21 komentarzy:

  1. O, toś mnie zaciekawił.
    (Czekam w takim razie również na posta o polskich trawelebrytach...)
    (Jedyną (bodaj)recenzją jaką poczyniłam w zeszłym roku była ta o fatalnej i gęstej od trupów wyprawie na Everest w 1996. I ta sama refleksja o braku zdrowego rozsądku/ nadmiarze samozaparcia. Tylko że w tamtych rejonach ważnym powodem błędnej oceny sytuacji może być brak tlenu. Natomiast w dżungli to nie wiem. (Wilgotność?) Ale się chętnie dowiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem jakimś specjalnym amatorem literatury podróżniczej :-) akurat z "Zielonym piekłem" wiążą się wspomnienia dlatego chciałem je sobie przypomnieć. Wydanie składa się z dwóch części, które są związane tylko poprzez autora, "Mato Grosso" spokojnie można przeczytać ale "Gujana" robi bez porównania większe wrażenie. Na "Podglądają Innego" oczywiście przyjdzie pora ale już teraz mogę ją z czystym sumieniem polecić - to dobry przykład tego, że można napisać książkę, bądź co bądź, naukową, normalnym, zrozumiałym językiem :-)

      Usuń
  2. po naprawdę dennej książce francuskiego"podróżnika" - W syberyjskich lasach, chętnie sięgnę, bo zaczynam wątpić we współczesnych podróżników

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dennej?! :-) a ja na jakimś blogu wyczytałem same zachwyty :-). Dla mnie jeśli książka o Syberii to tylko "W Ussuryjskim Kraju" i "Dersu Uzała" W. Arsenjewa.

      Usuń
    2. de gustibus itd ...
      ale wiesz jeżeli potrzebujesz 6 miesięcy na to, by stwierdzić, że nie musisz rano wstawać bo jesteś sam, w lesie i nic nie musisz, to wnioski nasuwają się same.
      poza tym nadęty i pretensjonalny język i niemożliwie płytki autor ( to oczywiście moje wrażenie), kiedy na okładce wyczytałam gdzie był i co robił to spadałam z krzesła. tak pustej książki o niczym nie mógł napisać podróżnik.
      odniosłam wrażenie że facet bardzo chce oddychać pełną piersią ale umie tylko maską tlenową. coś okropnego.
      a może ja po prostu oczekiwałam fajerwerków? Po into the wild, którego nie wstawiłam na półkę filmów genialnych, ale jednak dobrych, oczekiwałam czegoś w tym klimacie. a tu taki straszny zonk

      Usuń
    3. Dzięki za ostrzeżenie :-) Dzięki Tobie zaoszczędziłem czasu i zdrowia psychicznego :-)

      Usuń
  3. O tak! Chociaż znałam zakończenie tej historii, to ostatnie kilkanaście stron bardzo mnie poruszyło. Tez zastanawiałam się, co ludzi pcha prosto w ramiona śmierci, czyżby wiara, że są o krok od celu. Gdzie jest wtedy rozum, który powinien krzyczeć, że bez jedzenia i ekwipunku to się nigdy nie uda?
    Wzruszająca historia.
    Muszę się z Tobą jeszcze raz zgodzić - Arsenjew pisze przepięknie o Syberii, jego książki chwyciły mnie za serce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Arsenjewa zaczynałem od "końca" czyli od Kurosawy :-) i już wiedziałem, że książkę muszę przeczytać :-).

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cejrowski?! - mogę tylko wzruszyć ramionami. "Podglądając inneg" jest książką nie tyle o nim co postrzeganiu "dzikich" przez tego typu ludzi (bo to nie tylko o Cejrowskim). Mnie książka podniosła na duchu :-) bo było dla mnie zagadką dlaczego jego programy krajoznawcze cieszą się popularnością a tu nagle widzę praca naukowa, w której, ktoś sine ira et studio pokazuje co to jest warte. W sumie Cejrowski też powinien być zadowolony, że jego programy zostały obiektem badań naukowych :-).

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    3. Alicjo, oczywiście że pozwalam :-). Ja oglądałem jego chyba dwa programy nakręcone w Afryce, nie pamiętam już gdzie. To co mnie uderzyło to żenująca bezceremonialność w pokazywaniu życia innych ludzi. Niechciałbym by ktoś zaproszony do mojego domu "zaglądał mi w zęby" i widać było zakłopotanie jego "ofiar", które znosiły to niechcąc stracić pieniędzy jakie im obiecano. Dla mnie tego typu zachowanie, nieliczące się z drugim jest prostackie i prymitywne tak że jestem daleki od uwielbienia jego osobowości. Nie za bardzo wiem, za co miałbym go darzyć szacunkiem - robi programy dla pieniędzy i wie co się dobrze sprzedaje więc na jedzie ile się da na swojej kontrowersyjności, nie on jeden zresztą. Lubię samotnych jeźdźców ale wówczas gdy rzeczywiście są samotnymi jeźdźcami :-).

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    5. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    6. To dlatego, że nie masz swojego programu w telewizji ani dlatego, że nikt Ci nie sfinansował wycieczki w jakieś egzotyczne miejsce :-). Nie wiem czy robi to tylko dla pieniędzy - ale na pewno nie prowadzi programów bezpłatnie :-). Coś tam "piąte przez dziesiąte" pamiętam, że kiedyś odgrażał się, że zostanie obywatelem chyba Ekwadoru - i zobacz jakoś tam nie wyjechał :-) a szkoda :-), no ale kto by tam oglądał jego programy o "dzikich" :-).

      Usuń
    7. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    8. Pierwsze - być może, ale mówimy przecież o jego programach, za które bierze pieniądze :-). Dobrze, że piszesz "przeciętny" - więc czym się tu zachwycać? - przeciętnością? :-). To nawet nie chodzi o to, że dziwi się innym a o jego nonszalancję i powierzchowność w podejściu do innych. Jego wycieczki turystyczne jakoś mnie nie przekonują, bo co można wiedzieć o innych społecznościach po dwóch tygodniach pobytu z ekipą telewizyjną w innym kraju :-).

      Usuń
  5. Zgodzę się z Tobą Marlow. Widziałam ze 3-4 jego odcinki, dawno temu i byłam podobnie jak Ty zażenowana wyższością z jaka prezentował obce nam kultury. To on stoi na wierzchołku piramidy. On katolik, biały człowiek.
    Zazwyczaj mam alergie na osoby ortodoksyjne w swych poglądach a Cejrowski właśnie taki jest. I nie mogę pogodzić jego pogardy dla innych ludzi z religią, którą wyznaje, no nijak mi to nie pasuje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat wyznanie i kolor skóry wydają mi się wtórne wobec cech charakteru bo to nie one decydują o wartości człowieka. Religia też ma ograniczone znaczenie - bo bycie religijnym nie oznacza przecież nie popełniania grzechów a z kolei nie bycie religijnym nie usprawiedliwia prostactwa :-). Jego programy wydały mi się po prostu tupeciarskie. Z tego uczynił znak firmowy wiedząc, że ludzi to kupią i nie pomylił się.

      Usuń
  6. I na mnie „Zielone piekło” wywarło wielkie wrażenie. Wprawdzie znasz już moją opinię na temat tej książki, jednak dopisuję się pod Twoim postem, aby poprzeć zachętę dla innych, żeby ją czytali. Bardzo rzadko wracam do książek już kiedyś czytanych, jednak ta należy do wyjątków, miałam stare wydanie, egzemplarz z biblioteki, ale „pod choinkę” dostałam już własny, właśnie ten z Zysku i S-ki. Teraz często wracam do fragmentów, głównie z drugiej części. Uważam, że nie do przecenienia jest autentyczność tych zapisków, nie przefiltrowana przez autocenzurę autora.

    „Podglądając Innego...” też bardzo sobie cenię, za wyrażone w niej poglądy, ale również za to, że Gawrycki, naukowiec w końcu, rozumie, że warto pisać językiem zrozumiałym dla przeciętnego czytelnika, i potrafi to robić.

    A co do książek i programów Cejrowskiego, to myślę, że gdyby Maufrais dożył naszych czasów, to pewnie parafrazując Lindę powiedziałby „Co ty … wiesz o dżungli”. Oglądam wprawdzie filmy Cejrowskiego, bo pokazuje życie codzienne Innego, takie jego aspekty, których próżno by szukać w innych filmach. Staram się wtedy nie denerwować komentarzami narratora i nie wstydzić się za niego (a czasami bywa trudno). Z książkami tego pana jest już trochę inaczej. W „Rio Anaconda...” do połowy było całkiem ok. jeśli pominąć żenujące żarty piszącego. Ale dalej było tak niewiarygodnie, że już tylko zastanawiałam się, czego on się tam upalił u tych Indian, że tak długo go wizje trzymały. Podejrzewałam nawet, że zwyczajnie testował wytrzymałość czytelnika. Zastanawiam się, dlaczego książka stoi tak wysoko w rankingach czytelników. W każdym razie mnie ta jedna wystarczyła, pozostałych unikam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książką Gawryckiego byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, to duża rzadkość by w Polsce ktoś potrafił napisać pracę naukową, którą da się czytać - ale to pewnie wynika po części z faktu, że ma już habilitację, bo zauważyłem że to przeważnie doktorantom ta umiejętność jest poskąpiona, koniecznie za to muszą epatować czytelnika (o ile w ogóle jakiś się znajdzie) jakimś metajęzykiem :-), ja już szczęśliwie ten etap mam za sobą :-). Co do Cejrowskiego, to wydaje mi się, że popularność książki jest pochodną popularności jego programów telewizyjnych. W końcu daje czytelnikom to czego oczekują - egzotykę, stanowcze oceny bez tego wiecznego dzielenia włosa na czworo tak typowego dla "jajogłowych", no to wszystko podane w przystępnej formie, którą można zrozumieć po jednokrotnym przeczytaniu :-).

      Usuń