wtorek, 15 marca 2016

Godzina smutku, Tadeusz Konwicki

Należę do tego pokolenia, które załapało się jeszcze na słynny stolik Konwickiego, Holoubka i Łapickiego u Bliklego. Co tu dużo mówić, dzisiaj już takich stolików nie ma, to znaczy stoliki są ale nie ma przy nich towarzystwa takiego formatu. Nie zmienia tego fakt, że choć lubiłem filmy z Gustawem Holoubkiem i Andrzejem Łapickim to jednak jakoś nie mogłem nabrać przekonania do pisarstwa Tadeusza Konwickiego. A wszystko przez Leopolda Tyrmanada i jego "Dziennik 1954", w którym uwiecznił Konwickiego na jednym z zebrań sekcji prozy Związku Literatów.


"Pastwiono się nad niejakim Konwickim - młodym literatem, posłusznym i oddanym członkiem partii i wszelkich jej młodzieżowych przybudówek. Napisał opowiadanie o miłości. Z wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustannie mowa o proletariacie. A jednak okazało się "nie takie". Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar - Melania Kierczyńska, Adam Ważyk - informowali ludzi w średnim wieku i o normalnym wyglądzie, o tym co to jest spółkowanie - dojrzałe, klasowo odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne. 

Ta Kierczyńska, szara eminencja czerwonej literatury, na oko koszmarny zlepek wyschłych kości i brodawek, która w życiu wypełnionym walką o socjalizm, i przy swej urodzie, kutasa widziała chyba w atlasie anatomicznym, pouczyła nas, że zdrada małżeńska jest przeżytkiem kapitalizmu i zniknie w nowej erze. Noweli Konwickiego chyba nie wydrukują: twarze partyjnych wieszczów i mędrców pokryły się starczym wypiekiem pod wpływem tematu, audytorium jakby spuściło się przy pomocy branzlu o Wedekindach i Havelock Ellisach, odwiecznych symbolach ich bezzębnej seksuologii, Konwickiego niezdarny produkt może iść na złom bez zatruwania zajętego odbudową Warszawy narodu."

Po latach dowiedziałem się, że chodziło o "Godzinę smutku". A że w przeciwieństwie do "Władzy", innego, pisanego z "jedynie słusznych pozycji" utworu Konwickiego, nie ma zniechęcającej objętości więc postanowiłem sprawdzić, ile jest prawdy a ile przesady w opinii Tyrmanda.

Teoretycznie jest to opowiadanie o biurowym romansie. Można się zastanawiać, czy nie ocierającym się o molestowanie seksualne, w którym znudzony żoną szef uwodzi swoją pracownicę, żonę kolegi. Teoretycznie, bo uczuciu dwojga kochanków Konwicki poświęca niewiele miejsca, choć właściwsze byłoby mówienie o uczuciach głównego bohatera bo jego kochanka jest tylko przedmiotem i o jej uczuciach nie wiadomo prawie nic. Główny nacisk położony jest na życiorysy i osiągnięcia budownictwa socjalistycznego, dzięki któremu uboga wieś zmienia swoje oblicze, choć nie bez trudu, bo nieodpowiedzialne elementy, "podziemne kułactwo" rzuca kłody pod nogi okradając budujące się przy fabryce szklarnie. Na szczęście dzięki inicjatywie i czujności czynnika społecznego szkodnicy zostali złapani. Ale wróg nie śpi - mści się, dokonując zamachu na życie i zdrowie głównego bohatera.

Życiorysy, jak można się domyśleć są "słuszne", z jednym wyjątkiem, którym jest "czarna owca", która wkradła się w szeregi partii, swoją pryncypialnością usiłująca załatwić osobiste porachunki i przykryć mało chwalebne karty z przeszłości. Ale gdzie jej tam do głównego bohatera, który nie dość, że wywodził się z wiejskiej biedoty i "podczas wojny, spróbował partyzanckiego chleba w AL, potem, tuż po wojnie, pracował w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa, uganiając się za bandami. Następnie, po ranieniu, przerzucono go do roboty politycznej w komitecie powiatowym" itp., itd., to jeszcze aktywnie włączył się w dzieło budowy komunizmu, kierując budową kombinatu chemicznego. A i jego żona nie miała się czego wstydzić - "córka KPP-owca zamordowanego podczas wojny, oddana pracy politycznej, rozgarnięta".

Tylko jakim cudem, tych dwoje, oddanych "sprawie" mogło ochrzcić córkę?! Nie dziwię się, że Kierczyńska i Ważyk zirytowali się. Jeszcze na dodatek jakieś wzmianki o wiejskim kościele. Owszem, wiadomo, że są we wsiach kościoły, tylko czy trzeba zaraz o tym pisać? No i jak główny bohater mógł przedłożyć nad towarzyszkę partyjną, niepartyjną pracownicę?! Jak tak można, jak członek partii można brnąć w "mieszczańskie niesnaski w rodzinach drobnomieszczańskich"? Przecież jest świadomym marksistą, o czym nie omieszka zresztą przypomnieć w czasie schadzki swojej kochance.

Na szczęście, jest jeszcze aktyw partyjny, zakładowa egzekutywa - tak, to ona zajmie się romansem kierownika budowy, który "ukradł" żonę bezpartyjnemu koledze publicznie. Wiadomo, partia zrozumie, partia wybaczy ponad pryncypialne potępienie przedkładając dojrzałą wyrozumiałość dając szansę poprawy swojemu członkowi i ratując (?) jego małżeństwo. I tylko obnoszeni publicznie na językach; nieszczęśliwa w małżeństwie, szukająca miłości kobieta i zraniony mąż pozostaną sami ze swym bólem. Może powinni byli zapisać się do partii, mieliby wówczas szansę przedyskutować na zebraniu swoje problemy. Cóż, Tyrmand nie przesadzał...

sobota, 5 marca 2016

Szaleństwo Almayera, Joseph Conrad

Jak to miło mieć przekonanie, że wie się o czym pisze jeden z najwybitniejszych pisarzy na świecie. Taką szansę daje czytelnikowi "Szaleństwo Almayera". Nie ma tu tego niedopowiedzenia z "Jądra ciemności", które pozostawia pole do domysłów mniej lub bardziej trafnych, pozostawiając czytelnika ostatecznie i tak w stanie niepewności co słuszności własnych sądów. Gdyby Conrad wydał "Szaleństwo Almayera" współcześnie i zamiast na Malajach umieścił akcję powieści w Toskanii, Yorkshire albo chociaż na Mazurach, to miałby szansę na to by książka trafiła na listę bestsellerów. Oczywiście, pod warunkiem, że okroiłby ją z tych wszystkich dylematów swoich bohaterów. Tak, to mógłby być całkiem niezły romans, a tak co? Książka, która zmusza czytelnika do myślenia. Niewybaczalne!


Bo co tu mamy? małżeństwo z wyrachowania; z jego strony upokorzenie, nienawiść i żądza bogactwa, z jej strony upokorzenie, nienawiść i pogarda. A przecież, człowiek, który to małżeństwo zaplanował wyobrażał sobie, że tworzy wspaniały związek. Tak to jest jeśli żywi się przekonanie, że wie się wszystko najlepiej i uzurpuje sobie prawo do budowania szczęścia innych według własnych wyobrażeń. Ale przecież nie jest też tak, że Almayer i jego żona byli ubezwłasnowolnieni. To przecież do nich i tylko do nich należała ostateczna decyzja, którą podjęli unieszczęśliwiając się nawzajem. Dziwne, że tytułowy bohater widząc co stało się z jego małżeństwem, usiłuje powtórzyć to czego padł ofiarą, planując życie własnej córce. Ale jego nieszczęśliwy związek to przecież tylko drugoplanowy wątek damsko-męski. Oprócz tego jest też przecież nieodwzajemnione, zawiedzione uczucie i miłość, która zanim znajdzie szczęśliwy finał (wreszcie coś sensownego!) musi sprostać licznym przeszkodom. Ale nawet wszystkie razem te perypetie uczuciowe nie mają szans z tym, co u Conrada najważniejsze, postawą tytułowego bohatera traktującego swoje idee fixe jako coś oczywistego także dla innych i niemogącego pogodzić się z odkryciem, że jego marzenia nie okazują się marzeniami najbliższej mu osoby.

Okazuje się, że to, że sam poddał się woli innych, wcale nie oznacza, że inni będą poddawali się jego woli. Taki jest los miernot żyjących marzeniami i nieumiejących pokierować własnym życiem, a co dopiero mówić o czyimś. Co z tego, że wydawało się Almayerowi, "że cały świat do niego należy. Ale świat trzeba było wpierw zdobyć, a zdobycie to nie było tak łatwe, jak mu się zdawało". Ale to, że przegrywa rywalizację z innymi nie jest jeszcze ostateczną przyczyną jego klęski. Ciągle tkwi w nim marzenie, z którego nie rezygnuje. Ostateczny cios zadaje mu własne dziecko. Nic nie zdarza się dwa razy i Almayer odczuł to na własnej skórze. Marzenia jego córki nie okazały się jego marzeniami i w przeciwieństwie do niego i swojej matki miała siłę, jakiej im swego czasu zabrakło by przeciwstawić się planom, które stawały w poprzek jej szczęściu, tak jak ona je rozumiała.

U podłoża tego nieszczęścia leży rasizm. Pragnienie wyjazdu do Europy, można powiedzieć, że dziedziczne, Europy, która jest dla Almayera ziemią obiecaną, gdzie byłby wśród swoich i wyzwolił się z obecności dzikich i z myślą o realizacji tego pragnienia godzi się znieść poniżenie, jakim jest małżeństwo z Malajką. A musiało być to poniżenie niewyobrażalne bo przecież nie załamuje go świadomość, że opuściła go córka lecz fakt, że nad miraż Europy wybrała małżeństwo z "dzikim". Staje się wówczas w jego oczach nie ukochaną córką lecz Metyską, mieszańcem, a wiadomo, czego się można spodziewać po kolorowej.

O co więc tak właściwie chodzi Almayerowi? Czy chodzi mu o córkę, czy o siebie? W jego oczach, córka zawiodła związane z nią nadzieje więc tak na prawdę nie myśli o jej przyszłości lecz o tym jak on będzie ją urządzał. A tu okazuje się, że ona nie pozwala się traktować jak plastelina w jego rękach. Chce sama decydować o swojej przyszłości. Jak mogła mu to zrobić?! Nie mógł jej tego wybaczyć, nie taka słaba natura jak on.

To, co dzisiaj wydaje się mało pociągające, egzotyczny anturaż Malajów, wówczas gdy powieść Conrada ukazała się po raz pierwszy (1895 r.) było czymś atrakcyjnym dla czytelników i w powieści zostało wykorzystane znacznie poważniej niż tylko tło. Conrad bowiem, co w tamtym okresie wcale nie było takie oczywiste, postawił znak równości pomiędzy białymi i kolorowymi, dostrzegając w nich ludzi poddanych takim samym emocjom jak my, których świat uczuć nie różni się od świata uczuć białych, bo jak pisał w przedmowie to "tylko wobec okrutnie pogodnego nieba, w bezlitosnym blasku słońca oślepione oko nie dostrzega subtelnych szczegółów, widzi jedynie grube zarysy, podczas gdy barwy w niezmiennym świetle wydają się surowe i bez wyrazu. A jednak jest to ten sam obraz".

niedziela, 28 lutego 2016

Dziennik. Pięć zeszytów z łódzkiego getta, Dawid Sierakowiak

Zeszytów było więcej, nie zachował się niestety ten, obejmujący okres utworzenia getta w Łodzi ani ten (jeśli w ogóle powstał), który dotyczy ostatnich dni Dawida Sierakowiaka, szkolnego prymusa, który zmarł z głodu w łódzkim getcie w sierpniu 1943 r. przeżywszy śmierć, a ściślej rzecz biorąc, wywózkę z Łodzi matki i śmierć ojca. Odnalezione zapiski Sierakowiaka pochodzą z okresu (z przerwami) czerwiec 1939 - kwiecień 1943, zaczynał je pisać mając lat piętnaście kończył mając lat dziewiętnaście. I nie ma co ukrywać, to w "Dzienniku" widać. Wakacyjne wzmianki a potem troska o to czy odbędą się lekcje, mówiąc szczerze, niespecjalnie przykuwają uwagę czytelnika. Owszem, Dawid ma dalej do szkoły, problemy z lekcjami, które wynikają też z.... bezwzględnego domagania się przez szkołę czesnego, na które nie stać jego rodziców, w mieszkaniu pojawiają się Niemcy szukając wartościowych rzeczy a on sam przeżywa upokorzenie przymusowych prac publicznych. To wszystko to zdarzenia, których nie doświadcza się w czasach pokoju ale daleko im jeszcze do grozy wojny. 


Nawet uwidocznione w diariuszu, pojawiające się szybko poczucie głodu, które nie opuści Dawida Sierakowiaka aż do śmierci przez pewien czas nie robi na czytelniku większego wrażenia. Tak jak nie robią go przytaczane wojenne wiadomości i plotki czy młodzieńcze próby komunizowania, nie wychodzące zresztą poza spotkania i lektury. Wiadomo przecież, co mówił na ten temat Bismarck. Mówiąc szczerze, trudno dziwić się takim nastrojom wśród młodych ludzi, bo to co coraz bardziej dociera do autora "Dziennika" to rozwarstwienie społeczności żydowskiej i nie chodzi tylko o podział na biednych i bogatych lecz wytworzenie się nowej kasty, uprzywilejowanej żydowskiej administracji getta kierowanej przez Chaima Rumkowskiego, żyjącej kosztem pozostałej części społeczności żydowskiej. 

Czytając zapiski Sierakowiaka można odnieść wrażenie, że w jego oczach największym winowajcą nie są Niemcy ale właśnie Rumkowski i jego ekipa, a na tle modnego, ostatnimi czasy, poszukiwania sprawców Zagłady wśród Polaków, zaskakiwać może prawie całkowity brak wzmianki o nas. (Przy okazji warto zwrócić uwagę na kuriozalne "Wprowadzenie" do książki, w którym, na dobrą, sprawę trzeba się domyślać tego, że getto łódzkie utworzyli Niemcy). Tak, z "Dziennika" płynie "niemodny" czy też "przestarzały" wniosek, że to postawa samych Żydów przynajmniej w pewnym stopniu ułatwiła Niemcom Zagładę i nie myślę tu o bierności ofiar ale o ich aktywnej współpracy. Zresztą i ten pierwszy aspekt w przypadku Dawida i jego kolegów z grupy jest zastanawiający. Wyznając buntownicze poglądy, nie wychodzą poza werbalne deklaracje a i to tylko w wąskim gronie. Nie płynie z tego żadna praktyczna konsekwencja, wręcz przeciwnie. Młodzi, żydowscy komuniści bez żadnych oznak buntu czy protestu starają się jakoś urządzić wg prawideł społeczności, które poddają krytyce. Skoro Niemcy i żydowska administracja getta coś postanawia to tak musi być. 

Atmosfera zagęszcza się dopiero w czwartym zeszycie, kiedy głód przybiera już stadium wyniszczające psychicznie, czego dowodem jest postawa ojca Dawida korzystającego z darowanych i kradzionych porcji żywnościowych żony i dzieci, co i tak zresztą nie uchroniło go od śmierci ale za to uczyniło zobojętniałym na los najbliższych, jak i fizycznie, czego z kolei świadectwem jest autor "Dziennika". Zresztą nie on jeden, bo opisując postępujące wyniszczenie swojego organizmu wielokrotnie wspomina o ofiarach głodu wśród bliższych i dalszych znajomych. Wraz z grozą śmierci, pojawia się zdumiewająco późne uświadomienie losu własnego narodu. U Sierakowiaka widać to dopiero w zapiskach z 1942 roku (właśnie w czwartym zeszycie), mimo że wyraźne sygnały ostrzegawcze występowały znacznie wcześniej, tyle że Dawid (i zapewne nie tylko on) nie wyciągał z tego wniosków.  

Nie ma co ukrywać, na tle tego co można znaleźć w książkach publikowanych w serii "Żydzi polscy" czy "Biblioteka Świadectw Zagłady", historia Dawida Sierakowiaka nie jest, jakkolwiek niezręcznie by to nie brzmiało, jakimś nadzwyczajnym ewenementem. To los jednego z kilkuset tysięcy młodych ludzi, którzy zginęli u progu dorosłego życia, tym jednak co czyni książkę wyjątkową to, to że ten możemy poznać z pierwszej ręki, na bieżąco a nie tylko w pisanych po latach wspomnieniach, częstokroć bardziej wstrząsających, ale w których pamięć ludzka stanowi mniej lub bardziej świadomy filtr zdarzeń, które miały miejsce w tych okrutnych czasach. 

niedziela, 21 lutego 2016

W pustyni i w puszczy, Henryk Sienkiewicz

Rok Sienkiewiczowski to dobry pretekst, żeby odświeżyć się sobie jego powieści, zwłaszcza że mam wrażenie, że niby są znane ale chyba jednak nie tak do końca. Mój wybór padł na "W pustyni i w puszczy", książkę o tyle ciekawą, że choć adresowaną do dzieci, to budzącą emocje u dorosłych. I nie ma się temu co dziwić. Do dzieci docierają warstwy najbardziej oczywiste i najbardziej rzucające się w oczy; przygodowa i egzotyczna podlana sosem patriotyzmu i dumy narodowej połączonych z wiarą (swoją drogą ciekawe, jakiego wyznania była Nel?). To są rzeczy oczywiste, nie wymagające dowodzenia ale dla porządku wypada je wykazać.


Przygody - cóż chcieć więcej, "W pustyni i w puszczy" to jedno, wielkie pasmo przygód poczynając od porwania, zakończonego zabiciem porywaczy i lwa, wędrówce przez sawannę z osiedleniem się w "Krakowie", spotkaniem Lindego, walce z plemieniem Samburu, by wymienić tylko niektóre epizody. Egzotyka - czy jest coś bardziej dla nas egzotycznego, także i dzisiaj, niż Afryka? Pustynia, dżungla, sawanna (które zresztą mylą się Sienkiewiczowi) z ich florą i fauną, dzikie plemiona z echem ludożerstwa, nieodkryte (przez białych) regiony Afryki, nieznane (białym) zwierzęta to chyba najjaskrawsze elementy egzotyki.

Patriotyzm - już na początku powieści dowiadujemy się, że Tarkowski senior walczył w powstaniu styczniowym, a Anglicy dumni są, że ich pułk w przeszłości wsławił się walką z Polakami, oni też zresztą w finale powieści podkreślają polskość Stasia, który swoją obecność w Afryce unieśmiertelnił nie własnym imieniem i nazwiskiem lecz pierwszymi słowami hymnu narodowego. Z poczuciem dumy narodowej u Stasia, tego "nieodrodnego potomka obrońców chrześcijaństwa, prawa krew zwycięzców spod Chocimia i Wiednia", o lepsze w zawody idzie przywiązanie do religii, bo nie waha się postawić na szali życia swego i Nel nie godząc się zostać odstępcą od wiary, "przeciwstawia" modłom muzułmanów antyfonę "Pod Twoją obronę", chrzci umierających, niczego nieświadomych Murzynów (co może być interesujące z teologicznego punktu widzenia) i zaszczepiając chrześcijaństwo Kalemu (i Mei) a za jego pośrednictwem, także w jego plemieniu i w ogóle dosyć często, jak na czternastolatka, zawierza wszystko Bogu.

Ale bądźmy uczciwi, nie ma się co za bardzo czepiać Sienkiewicza i "W pustyni i w puszczy". W końcu, jakby nie było, jest to powieść dla dzieci, dlatego doszukiwanie się w niej realizmu psychologicznego w sytuacji, gdy jedyną głębiej zarysowaną postacią jest tylko główny bohater albo czerpanie z książki wiedzy o XIX-wiecznej Afryce byłoby naiwnością. Co prawda Sienkiewicz był kilka miesięcy w Afryce ale jej znajomość w jego przypadku porównywalna może być ze znajomością Afryki u kogoś kto spędził wakacje w Sharm el-Sheikh i wyskoczył przy okazji na safari do Kenii albo Tanzanii. Czytając "W pustyni i w puszczy" ma się też wrażenie, że to ukłon w stronę H. M. Stanley'a (który zresztą wspomniany jest w książce jako najwyższy autorytet, jeśli chodzi o umiejętności przeżycia w Afryce) i jego, mówiąc oględnie, mało finezyjnych metod poznawania Afryki, u podstaw, których leżało, podparte siłą, przekonanie o wyższości białego człowieka.

Bo jak młody Tarkowski nie miał się czuć lepszy od Arabów skoro wiadomo, że mają oni "dzikie i niedorozwinięte dusze" a "każdy prawie Arab" jest "chciwy i ambitny"? Nic więc dziwnego, że "czuł się nie tylko zwyciężonym, lecz i upokorzonym przez nich w swej dumie białego człowieka" gdy znalazł się u nich w niewoli. Można więc go zrozumieć, że gdy "pędzi wbrew woli na wielbłądzie dlatego tylko, że tego wielbłąda pogania z tyłu półdziki Sudańczyk" to "czuł się tym okropnie upokorzony" (...). Upokorzony biały chłopiec albo powiedzmy sobie to szczerze, smarkacz, który dla którego nie istotne jest to, że ustępuje przed siłą dorosłych mężczyzn lecz to, że jakiś czarny dzikus decyduje o tym, co ma robić biały - faktycznie, cóż za zniewaga! nic dziwnego, że przypłaci ją później, wraz z towarzyszami, życiem.

O Murzynach w ogóle nie ma co mówić. To nacja stworzona by służyć białym, przecież Kali gdy tylko zginął jego prześladowca "padł na twarz przed Stasiem i Nel na znak, że pragnie do końca życia zostać ich niewolnikiem" a jego umiłowanie podległości białemu było silniejsze niż pragnienie sprawowania władzy nad swoim ludem. A już o Mei, która została Nel podarowana jako niewolnica, to nawet nie ma co wspominać. Biedna dziewczyna "czuła się po chrzcie nieco zawiedziona, albowiem w naiwności ducha rozumiała, że po chrzcie wybieleje natychmiast na niej skóra, i wielkie było jej zdziwienie, gdy spostrzegła, że pozostała czarna jak i przedtem". Cóż za niesprawiedliwość!

Tylko dlaczego była zdziwiona, przecież nawet zwierzęta uznawały wyższość białego człowieka (czyżby Sienkiewicz miał jakiś dług u Kiplinga? Nawiasem mówiąc, da się w powieści dopatrzyć także podobieństw do... "Krzyżaków"), nie wspominam już nawet o Kingu. Wszakże lampart nie zaatakował Nel a przecież "gdyby Nel była Murzynką, zostałaby natychmiast porwana" przez niego. Nie ma się więc też co dziwić Lindemu, że tak się ucieszył ze spotkania ze Stasiem (co kojarzyć się może ze słynnym spotkaniem Stanley'a i Livingstone'a) bo wiadomo, że przed śmiercią "dobrze choć popatrzeć na europejską twarz" a co mu zostało? - jakiś murzyński służący. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

Ciekawe, czy panie od polskiego zwracają uwagę na ten aspekt "W pustyni i w puszczy"? A przecież to nie jedyne "grzeszki" Sienkiewicza bo przecież dla feministek książka może być ciężkostrawna za jej seksizm a ekologom pewnie ciężko przychodzi przełknąć mordercze instynkty Stasia i jego chęć zabijania zwierząt dla samego zabijania. Ale może lepiej o tym nie wspominać?

poniedziałek, 8 lutego 2016

Lew Tołstoj. Ucieczka z raju, Pawieł Basiński

Czytając jakiś czas temu książkę Szkłowskiego narzekałem, że nie ma niczego nowszego niż taki staroć a tu dzięki Ance trafiłem na biografię Błońskiego, bardzo nietypową biografię Tołstoja, której leitmotivem jest rodzinny skandal z pisarzem w roli głównej. To ci dopiero historia! Osiemdziesięciodwuletni, staruszek potajemnie, w nocy ucieka od żony, "z którą przeżył czterdzieści osiem lat, która urodziła mu trzynaścioro dzieci, z których żyło siedmioro (...), na której barki złożył całe gospodarstwo, wszystkie sprawy związane z wydaniem swoich dzieł literackich, która po kilka razy przepisywała częściami dwie najważniejsze jego powieści oraz mnóstwo innych prac, która przed dziesięciu laty, kiedy umierał na Krymie, nie spała po nocach i nikt poza nią nie mógł wykonać przy nim najbardziej intymnych posług." Dlaczego? - wiadomo, "bo to zła kobieta była".


Basiński podejmuje próbę wyjaśnienie przyczyn tej rejterady sięgając w niej aż do dzieciństwa i młodości Tołstoja i idąc tropem jego dzieł, w których odnajduje auto- i biograficzne ślady. Robi to bardzo interesująco, ani chwili nie nużąc czytelnika. Ale gdy pyta "kto tutaj był ofiarą? Ona, zwykła kobieta mająca służyć geniuszowi, czy też on, geniusz skazany na życie ze zwyczajną kobietą?"  to tym samym pokazuje coś czego trzyma się z uporem godnym lepszej sprawy, coś co powoduje zgrzyt, by nie powiedzieć absmak. Otóż widać w podejściu Basińskiego coś, co można określić mianem radzieckiego myślenia i które przywodzi na myśl anegdotkę o zbożu w Związku Radzieckim, bo Lew Tołstoj to dla Basińskiego nie ekscentryczny, poddający się nastrojom, by nie powiedzieć rozchwiany emocjonalnie wybitny pisarz ale "geniusz", "największy ze światowych pisarzy", "genialny artysta". Czytając "Ucieczkę z raju" chciałoby się po wielokroć zapytać, doprawdy? geniusz? A z czegóż to niby wynika, bo na pewno nie z książki Basińskiego. Samo zestawienie z... Buddą jakoś trudno uznać za wystarczające, a i zestawienie z Schopenhauerem i Nietzschem też wydaje się mocno na wyrost.

To ustawienie Tołstoja jako geniusza rzutuje na podejście Basińskiego do swojego bohatera. Kiedy uwodzi on zamężną chłopkę, z którą ma potem syna, to dowiadujemy się, że był to związek, który "przysporzył mu najwięcej udręk". Proszę, jaki wrażliwiec z tego Tołstoja, uwiedzenie zależnej od niego kobiety przysporzyło mu udręk, ale co z nią, z uwiedzioną kobietą? Z nią? nic, a co ma być. Basiński jest rozbrajająco szczery gdy pisze - "Ale co takiego się stało? Młody pan zgrzeszył z chłopką, której mąż przebywał w mieście, zarabiając na rodzinę i czynsz dla tegoż pana. Sprawa, oczywiście naganna, ale nierzadka." Właśnie, o co tyle krzyku. Nie wystarczy, że geniusz był udręczony? Nie ma się co zajmować jakąś ciemną, wiejską babą.

Tołstoj, mimo starań Basińskiego nie wypada za dobrze. Choćby jego "chłopomania" (która i u nas miała się dobrze), to rzeczywiście ciężki przypadek bo realizowany przez człowieka, który miał przekonanie o swojej 101% ale przecież w gruncie rzeczy to kaprys bogatego pana, który gdy tylko się znudzi można zmienić. Bratać się z ludem ale żyć w pałacu. Gdy Tołstoj wybiera się w wędrówkę do klasztoru, przebrany za chłopa, to idzie z nim służący, pewnie jak za każdym rosyjskim chłopem-pątnikiem. "Jeśli chciał pisać, to pisał, chciał orać - orał. Kiedy wpadł na pomysł, żeby szyć buty, to zawzięcie je szył. Gdy zapragnął uczyć dzieci, to je uczył. Jak mu się znudziło - przestał." Właśnie, jak mu się znudziło - przestał. W tym leży clou "geniuszu" Tołstoja ale tego Basiński nie rozwija, choć chwała mu za to, że i nie przemilcza a czytelnik ma sam szansę wyrobić sobie pogląd. Geniusz? Może po prostu sekciarz, przecież sam Basiński przyznaje, że religijne i społeczne idee Tołstoja to nic specjalnie oryginalnego bo są zaskakująco podobne do tego co głosi prosty, rosyjski chłop a jakoś nie doczytałem w "Ucieczce z raju" by i on był geniuszem.

Przełom, odejście do Cerkwi, wyzbycie się majątku, to ma jakoś objaśnić postawę pisarza ale w gruncie rzeczy niczego nie wyjaśnia. Od dawna, żeby nie powiedzieć, od zawsze, Tołstoj nie był gorliwie wierzącym, to nie żaden przełom a stopniowe odchodzenie, które osiągnęło punkt, poza który Tołstoj już się nie posunął. Rezygnacja z majątku? dobre sobie! Formalna, i owszem, ale przecież w praktyce nic się nie zmieniło, i przed, i po przepisaniu majątku na żonę i dzieci, Tołstoj dalej spał w swoim łóżku, w swoim pokoju, w swoim dworze a jego komfort życia pozostał bez zmian. O tym Basiński zapomniał napisać opisując "przełom" w życiu Tołstoja, który zresztą i bez tego wypada jakoś blado. Może dlatego, że Basiński patrzy zaskakująco trzeźwo na relacje rodzinne pisarza. Chodzący z głową w chmurach geniusz i nie rozumiejąca go żona na granicy załamania nerwowego czy choroby psychicznej. Ciekawe, że życie z takim dobrotliwym człowiekiem, który głosił nieprzeciwstawienie się złu mogło kogoś doprowadzić do takiego stanu. A może jednak to nie był taki anioł? Może z tą swoją potrzebą stałej wiwisekcji, obnoszenia się z własnymi winami, które przerzucał na żonę, chcą się oczyścić jednocześnie ją ranił. Trochę tak jak książę Myszkin w "Idiocie" Dostojewskiego, rani swoją bezwzględną szczerością osoby, które kocha. A może Tołstoj, po prostu próbuje, na ile może sobie pozwolić wobec zależnej od niego kobiety, sprawdza gdzie jest jej próg wytrzymałości. Jaką siłę przebicia wobec kogoś takiego może mieć początkowo zupełnie niedoświadczona życiowo, naiwna, dużo młodsza od męża dziewczyna a potem obarczona gromadą dzieci i troską o utrzymanie domu. Że też nie potrafiła się wybić ponad prozę życia.

Tęsknota za innym prostym życiem, bo w domu co, żona, dzieci, gospodarstwo z wszystkimi tego konsekwencjami a to przecież takie nudne i nie inspirujące duchowo. Wyrwać się od żony, poudawać chłopa, a to proszę bardzo, zwłaszcza jeśli można jeszcze napić się kawy bezkofeinowej, o to zupełnie co innego. To potrafi tylko rosyjski geniusz. Ale prawdę mówiąc, mi wydaje się to jakieś smutne i żałosne.

sobota, 30 stycznia 2016

Beniaminek, Karol Irzykowski

Gdyby nie "Słówka", które, jak pisze Irzykowski to "doskonałe pchły" i które "podniosły plotki i kawały kawiarniane do rangi literackiej", pewnie mało kto pamiętałby o Tadeuszu Żeleńskim Boy'u a przecież w sumie jeszcze nie tak dawno (oczywiście patrząc z mojej a nie gimbazy perspektywy) doczekał się 26 tomowego wydania Dzieł. A przecież w latach międzywojennych Żeleński został uznany przez czytelników najlepszym polskim pisarzem, wyprzedzając nawet Leopolda Staffa, choć pewnie nie bez znaczenia było to, że plebiscyt urządzały "Wiadomości Literackie", których stałym współpracownikiem był Boy. W jeszcze gorszej sytuacji jest Karol Irzykowski. Na nic 19 tomów jego Pism i chyba już tylko na polonistyce "przerabiana" jest jego "Pałuba", choć i za to głowy bym nie dał.


Co prawda, Karol Irzykowski, jak twierdził, był ponad pragnienie popularności, to jednak sukces czytelniczy Żeleńskiego musiał mu ciężko leżeć na wątrobie skoro zdecydował się na napisanie czegoś takiego jak "Beniaminek", choć może, poniewczasie, poczucie goryczy, osłodziłaby mu dedykacja, którą znalazłem w moim egzemplarzu jego książki - "Za zajęcie I-go miejsca w konkursie na najlepszego kierowcę pododdziału szer. (...)". Pewnie byłby nią mocno zaskoczony zważywszy, że pisał "nie tyle dla czytelników, ile dla autora i wtajemniczonych literatów" i była zdania, że "taka krytyka powinna zainteresować - czy że ona dopiero może zainteresować także czytelników". Nie wiem czy "Beniaminek" zainteresował szeregowca z jednostki wojskowej w Dziwnowie, ale mnie tak, chociaż czytałem go z "mieszanymi uczuciami".

Książka Irzykowskiego w niczym nie przypomina wytworu klasycznej krytyki literackiej a to za sprawą jadu, którym Irzykowski strzyka nie tyle nawet w stronę twórczości Żeleńskiego, choć i jej się dostaje, bo przecież "na dobrą sprawę to Boy ani jednej prawdziwej książki nie napisał, to znaczy dzieła jednolitego, o długim oddechu, dzieła, w którym jakaś myśl czy idea była przeprowadzona od korzeni do rozgałęzień i kwiatów", co w stronę samego Boya odsądzając go od czci i wiary. Zarzuca mu grzechy wszelakie, m.in. "kokietliwą niemoralność", "koszenerię na pokaz" czy "fałszywy patos antybrązowniczy". Zwłaszcza ten ostatni brzmi szczególnie mocno, jeśli zestawi się go z zarzutem nachalnej autopromocji i merkantylnych pobudek działania Boya gdyż ten "jako wydawca, jako producent wielu książek musi dbać o ich rozsprzedaż".

Żeleński, według Irzykowskiego, "nie tyle krytykuje, ile felietonizuje i plotkuje a propos sztuki""z historii literatury zrobił wielkie plotkarium" a jego demaskacje "są tylko formą plotkarstwa, a nie czynnością intelektualną" i redukują wszystko do śmieszności, obłudy lub głupstwa. Jego "Brązownicy", w których pisał o romansach Mickiewicza to "próba zastąpienia legendy uroczystej legendą z pryszczami" a chwyty polemiczne "są zwykle demagogiczne; poprzestają na pozorach słuszności i zwycięstwa wobec czytelnika nie poinformowanego", czyli mówiąc wprost, nastawione są na "dokopanie przeciwnikowi" w oczach "prostaczków". To oni nie zauważają, że "w anegdociarskiej pustyni tylu książek Boya z rzadka rozsiane myśli pojawiają się jak smutne sieroty" a "ubóstwo wątpliwości i zastrzeżeń" czyni Żeleńskiego "dobrym kolporterem myśli cudzych, gotowych, i to jest może bardzo praktyczne w boju, ale to nie jest mędrcostwo".

Oczywiście ten cały jad, ta cała krytyka, nie jest podyktowana ze strony Irzykowskiego jakimiś przyziemnymi przyczynami, jak na przykład chęcią przypomnienia o własnych pracach czy tak prozaicznym uczuciem, jakim jest zazdrość albo frustracją wynikającą z poczucia bezradności i bezsilności wobec pomijania przez czytelników jego własnych tekstów. O nie, nic z tych rzeczy. Jak wyjaśnia, przyczyną jego tekstu jest walka "o rasę pisarską, o typ krytyka i klerka, który ma dominować", co prawda Irzykowski dostrzega, że dzięki Żeleńskiemu nawet przy całym "prymitywizmie" jego "modus operandi" czytelnicy mogli zainteresować się jakąś lekturą, ale też bez przesady, przecież nie wywołał on szału ani na punkcie Moliera ani Żmichowskiej, których zachwalał więc to niczego nie usprawiedliwia. Według Irzykowskiego nie tak powinna wyglądać poważna krytyka literacka, ona koniecznie musi być głęboka i nadawać na wysokim diapazonie a czytelnik powinien do niej dorosnąć, jeśli nie dorasta to tym gorzej dla niego a nie dla krytyki.

Pytanie, czy warto dzisiaj w ogóle czytać takie prehistoryczne bo liczące ponad 3/4 wieku, w gruncie rzeczy, efemeryczne teksty odwołujące się często do autorów i tekstów kompletnie zapomnianych. W przypadku "Beniaminka", moim zdaniem, tak bo warto przekonać się, że krytyka literacka nie musi być "drętwa" i były czasy gdy emocje środowiska literackiego rozpalały inne problemy niż to, kto jakim samochodem jeździ i z kim trzeba się przespać by otrzymać nagrodę literacką. Cóż, jacy literaci takie i problemy.

wtorek, 26 stycznia 2016

Dzieje grzechu, Stefan Żeromski

Dawno już minęły czasy, w których "Dzieje grzechu" wywoływały skandal. Dzisiaj to "śmiech na sali" jeśli zestawi się opis miłosnych uniesień u Żeromskiego, z tym co można wyczytać w pierwszym lepszym współczesnym polskim bestsellerze. Kto by tam na serio traktował opis, w którym "dreszcze przechodzą z ramion w ramiona i wracają na dawne miejsce, przynosząc wieść o wzruszeniach tajnych, o uczuciach poza wszelkim wyrazem zdolnym do wyjawienia ich bytu i siły. Pocałunki splatają nie ciała, lecz zaiste splatają dusze. Ciała nie mają dla siebie tajemnic, a dusze dążą do objawienia i do wykrycia swych najgłębszych tajemnic." i gdzie tam Żeromskiemu do ginekologicznych opisów z detalami przedstawiającymi co, kto, komu i gdzie włożył.


No i jeszcze ta młodopolska maniera, z jej egzaltacją - "Nie! Nie zapomnę go nigdy - przenigdy! - szeptała w szale z zamkniętymi oczami, z uśmiechem. - Choćby bił, choćby mię kopał nogami, choćby mię włóczył za włosy po ziemi - będę go całowała po rękach, po nogach, będę go wielbiła do ostatniego tchu! Żebym go tylko mogła zobaczyć, och, żebym go mogła zobaczyć!", która, nie da się ukryć, powieści nie pomaga, choć z drugiej strony czytając to co wypisują autorki współczesnych bestsellerów, to właśnie taki styl powinien zagwarantować popularność Żeromskiemu (nawiasem mówiąc, która z pań złożyła by w dzisiejszych czasach taką deklarację?).

Jest też i drugi element "żeromszczyzny", wykład na temat stosunków społecznych, choć na szczęście dopiero w końcowych partiach książki, w których czytelnik, o ile dotrwał do tego miejsca, jest już tak zainteresowany losami głównej bohaterki, że nic nie jest go w stanie zniechęcić do dalszej lektury, bo spod tego wszystkiego wyłania się pasjonująca historia dramatu młodej kobiety.

Czy miłość jest grzechem? To pierwsze pytanie jakie się nasuwa po lekturze powieści Żeromskiego, bo to nie są dzieje grzechu lecz dzieje miłości. Miłość okazuje szaleństwem, które doprowadza do zbrodni, nędzy i upadku, do grzechu. W imię czego? Pogoni za wyobrażeniem szczęścia, ułudy, która ma stać się uzasadnieniem i usprawiedliwieniem postępowania kobiety, która nie waha się złamać zasad, w których została wychowana i w które wierzy.  Ale miłość nie usprawiedliwia ani autodestrukcji, ani zbrodni i dlaczego to ona miałaby być czymś, co kieruje ludzkimi uczynkami? Wszak człowiek, z reguły, kieruje się także rozumem. Jednak nie w tym przypadku. Tu wszystko podporządkowane jest pragnieniu bycia razem z ukochanym - "Dążyłam do swego celu. Cel mój był - Łukasz. Podeptałam wszystko, co było na mojej drodze. Podniosłam rękę na Boga. I odstąpiła mnie łaska. W tym dniu, gdy byłam w łasce, ukazał się przede mną Łukasz. On stał się wieczną pokusą mego serca. Jest. Dlaczego tak się stało?", tak przemożnym, że wszelkie racjonalizowanie postępowania bohaterki Żeromskiego musi spalić na panewce. Nie da się wytłumaczyć odrzucenia szansy życia z człowiekiem, który ją kocha i oddania się, zbrodniarzowi. Jest w tej postawie coś, co przywodzi na myśl lekcję, którą Wokulski odebrał od pani Meliton, kiedy naiwnie sądził, że kobiety zdobywa się siłą rozumu, ta zaś wytłumaczyła mu z szyderczym uśmiechem, że "rozumu nie tyle, prędzej pięści".

Kiedy patrzy się na powieść Żeromskiego pod tym kątem, można zrozumieć atmosferę skandalu, którą wywołała, bo kobieta w "Dziejach grzechu" chce być i wyobraża sobie, że jest autonomiczna w swoich decyzjach i w swoim postępowaniu, niezależna od niczego i od nikogo. Widać to gdy mówi "Nie popełniłam zdrady względem nikogo. Chyba względem własnej duszy i względem wieczności. Może względem rodziny. Ale i rodzinie mojej nie przyrzekałam nic takiego, czego by później..." i później "czy świat, czy społeczeństwo, czy ktokolwiek stracił co na tym, że ja miałam tak zwany stosunek z najrozmaitszymi drabami? Nie wiem, czy ktokolwiek zyskałby co na tym, gdybym była oddawała się tylko jednemu. Moje ciało należało i należy do mnie". Ale to złudzenie, tragiczna pomyłka, bo o jakiej niezależności, niezależności od kogo i od czego może mówić kobieta, która w ostateczności stała się "dziewką schorowaną, zżartą od syfilisu, szelmą uliczną, sprzedajnym bydlęciem"

A przecież to nie jedyny aspekt "niezależności" bohaterki Żeromskiego, to także pasmo krzywd wyrządzonych innym, dzieciobójstwo i udział w morderstwie, z perspektywy czasu więc twierdzenie o "niepopełnieniu zdrady względem nikogo" okazuje się kłamstwem. I nie ma dla tych czynów żadnego usprawiedliwienia. Zbrodnia, której ofiarą stała się niewinny człowiek nie staje się mniej odrażająca tylko dlatego, że Ewa Pobratyńska wyobraża sobie, że to on "zepchnął ją z krużganku kościoła na podwórze lupanaru". Nikt, nikogo, nigdzie nie spychał. To kwestia wolnego wyboru przed którym staje człowiek ale wyboru z wszystkimi tego konsekwencjami.

Kiedy więc padają pytania - "Czy są takie grzechy ludzkiego życia, żeby już nigdy nie mogły być zmazane, zatarte, zgładzone? Czy są takie występki, których życie późniejsze już niczym, niczym zasłonić nie zdoła? Czy grzechy są niezniszczalne na wieki, czy one są same w sobie, czy są urojeniami naszej duszy? Czy natura ludzka nie może stać się po wtóre czystą, znowu taką jak przezrocze diamentu co do mocy i znowu tak żywą, tak śpiewającą jak wody morza?", to tak po ludzku, wydaje się, że może na nie paść tylko jedna odpowiedź - nie.

piątek, 22 stycznia 2016

Sprawa Niny Frank, Katarzyna Bonda

Katarzyna Bonda uchodzi za królową polskiego kryminału. Jeśli rzeczywiście nią jest, to stan polskiego kryminału pozostawia wiele do życzenia sądząc po poziomie "Sprawy Niny Frank". A miało być tak dobrze a ryzyko wydawało się niewielkie sądząc po entuzjastycznej recenzji Jarosława Czechowicza. Tymczasem z każdą stroną otwierałem coraz szerzej oczy ze zdumienia, bo rzeczywiście u Katarzyny Bondy jest "Oryginalnie. Ciekawie. Zaskakująco. Niepowtarzalnie." choć po skończonej lekturze określenia te nie muszą już brzmieć jak komplement, bo "Sprawa Niny Frank" jest przede wszystkim książką niedopracowaną i mieszaniną pretensjonalności i banalności.


To chyba jakaś ogólniejsza przypadłość, że kryminał koniecznie musi mieć szersze obyczajowe. Tak też jest i u Katarzyny Bondy, niestety ze szkodą dla tego co jest solą kryminału czyli poszukiwania mordercy. O ile sam wątek kryminalny jest całkiem, całkiem (choć czytelnik nie ma szans na odgadnięcie kim jest morderca bo objawia się on niczym deus ex machina) to społeczny i obyczajowy anturaż, którym jest obudowany i który przerasta zasadniczy wątek, okazuje się porażką. Nie chodzi już nawet o to, że Autorka jest dłużniczką autorów scenariusza "U Pana Boga za piecem" (co jest zresztą zrozumiałe, jeśli się weźmie pod uwagę, że akcja powieści rozgrywa się na jej rodzinnym Podlasiu) a główny bohater ma kłopoty rodzinne (czy w jakimś współczesnym polskim kryminale, prowadzący śledztwo ich nie ma?). Gorzej, że miesza w to tanie psychologizowanie i tandetne feministyczne ujęcie doli i niedoli tytułowej bohaterki, a i nie obyło się bez prób skandalizowania. Mamy więc seksualnego dewianta poznającego swoją biseksualną żona na pielgrzymce do Częstochowy, opis próby defloracji, wariant kompleksu Elektry "dla ubogich", szmirowate sceny żalu na cmentarzu, wątki parapsychologiczne itp., itd.

Można by to nawet wziąć za dobrą monetę i grę Autorki z czytelnikiem, prześmiewczą powieść naigrywającą się z feminizmu w literaturze, telewizyjnych oper mydlanych i świata show-businessu, a grafomanię wciąć za element tej gry bo aż trudno uwierzyć by ktoś pisał na serio, że "mijały miesiące, a żywioł ognia, który wspólnie podsycaliśmy, nie gasł. Dowiadywałam się o nim rzeczy strasznych, a on obserwował, jak gubię kolejne męskie serca i z uśmiechem nabijam na szpileczki, po czym wkładam do puzderka niczym suszone kwiaty do zielnika." i podaje genialną, w swojej prostocie, receptę na wyrzuty sumienia - "Odkręciłam kurki - huk spadającej wody zagłuszył na chwilę natrętne myśli. Wpatrywałam się w przezroczystą ciecz, w której za chwilę się zanurzę. Jak najszybciej pragnęłam zmyć z siebie kolejne warstwy mazi, która oblepia mi duszę i barwi ją na czarno. Jest jej tak dużo, że zaczyna być widoczna także w realu.", dzięki której można się dowiedzieć, że wystarczy się wykąpać by się ich pozbyć. Niemożliwe by Katarzyna Bonda pisała to na serio bo przecież "Sprawa Niny Frank" to taka skomplikowana formalnie powieść, w której wynurzenia ofiary, opowieść narratora i listy mordercy mieszają się ze sobą.

Ale ta moja pewność jest jakby trochę mniej pewna, gdy przychodzi co do czego, czyli rozpoczyna się mowa o szczegółach, bo czy aby na pewno jedna z bohaterek książki wie co mówi, gdy chce żeby jej syn znalazł sobie synową (żeby nie było wątpliwości, chłop nie ma syna na wydaniu)? Czy naprawdę nowości książkowe kupuje się w antykwariacie? Dlaczego mąż mówi (do osoby, która zna jego stan cywilny) o swojej kochance per narzeczona? Czemu mąż ofiary usiłuje ukryć ślady pobicia w czasie spotkania z policyjnym profilerem, chociaż ślady te o wiele wyraźniejsze widzieli już przesłuchujący go wcześniej policjanci? Jak to się dzieje, że facet który mieszka w ubogim domu, w którym pomieszczenia dla zwierząt graniczą z izbami dla ludzi, ma odtwarzacze wideo i DVD a gwiazda filmowa, choć ma płaski telewizor ciągle jeszcze ogląda filmy na kasetach VHS? Czy czytelnik ma naprawdę uwierzyć, że "seryjni mordercy, zawodowi kilerzy, cyngle mafii, pedofile, maniacy seksualni" zwierzają się pracownikowi policji? Jak to się dzieje, że w jednym z głupszych epizodów, rozmówcy "wysławiali się bardzo poprawnie, nadużywając jedynie archaicznych sformułowań" - a raptem można w nim znaleźć, choć epizod ciągnie się przez kilka stron, tylko jedno takie sformułowanie? Jakim cudem z najwyższego piętra Atrium Plaza może się rozciągać widok na całą Warszawę skoro budynek ma tylko 6 pięter i czy aby na pewno sportowe porsche jest limuzyną?

Można by tak to ciągnąć i ciągnąć, tylko po co, skoro odpowiedzi na te pytania zna chyba tylko Katarzyna Bonda i jej policyjny profiler Hubert Meyer, szczerze w to wierzę, udając się na poszukiwania przyzwoicie napisanego polskiego kryminału.

sobota, 16 stycznia 2016

Matka, Maksym Gorki

Z "Matki" uczyniono "wzorzec z Sèvres" socrealizmu w literaturze, zapewniając jej tym samym, swego czasu, obowiązkową popularność, a obecnie skazując na zapomnienie, tak jak całą tego typu literaturę. Powieść Gorkiego wyróżnia z tej bezwartościowej masy to, że nie jest efektem koniunkturalnego zapotrzebowania władzy lecz powstała w czasach gdy "władza ludu" istniała jedynie w sferze marzeń, co rzutuje na jej propagandowo-agitacyjny wydźwięk. Nie da się ukryć, że to on ciągnie książkę na dno niczym "betonowe skarpetki" ofiary mafii, mimo że w powieści nawet nie wspomina się o Marksie, Leninie i Stalinie (w tych dwóch ostatnich przypadkach z naturalnych powodów) i za jego sprawą "Matka" jest dzisiaj traktowana co najwyżej jako literackie świadectwo czasów a nie literatura par excellence wciąż będąca w czytelniczym obiegu.


A przecież mogłaby to być nie najgorsza powieść gdyby tylko dało się przymknąć oko na propagandowe wtręty (choć jest to zadanie, które w tym przypadku graniczy niemożliwością)  bo w partiach opisowych chwilami pobrzmiewa niczym "Germinal" albo "Ziemia obiecana" "Codziennie nad osadą robotniczą w zadymionym, oleistym powietrzu drżała i wyła syrena fabryczna i, posłuszni jej wezwaniu, wybiegali z małych szarych domków, niby wystraszone karaluchy, ponurzy ludzie, nie zdążywszy pokrzepić snem swych zmęczonych mięśni. W chłodnym mroku szli po nie wybrukowanej ulicy ku wysokim, kamiennym klatkom fabryki, która czekała na nich z obojętną pewnością siebie, oświetlając błotnistą drogę dziesiątkami zatłuszczonych oczu, kwadratowych oczu. Błoto chlupotało pod nogami. Rozlegały się ochrypłe, senne głosy, plugawe przekleństwa targały powietrzem, a na spotkanie ludziom płynęły inne dźwięki - ciężki jazgot maszyn i świst pary. Ponuro i surowo majaczyły wysokie, czarne kominy, niby wzniesione nad osadą grube pałki."

Jednak mimo swej zasadniczej wady, moim zdaniem, nawet dzisiaj dałoby się co nieco "wycisnąć" z "Matki". Pierwsze, co się rzuca w oczy, to położenie robotnicy w hierarchii ucisku społecznego. Kobieta znajduje się w niej na samym dnie, jedyną możliwą pozycją, jaką może zajmować jest pozycja ofiary. Inni mają swoich prześladowców ale też i pokrzywdzonych przez siebie, na których odreagowują swoją krzywdę ale kobiety już nie - pozostaje im wyłącznie cierpienie, na które są skazane. "Myślałam o swoim życiu. Jezu Chryste! Po cóż ja żyłam? Bicie... praca... niczego nie widziałam prócz męża, niczego nie zaznałam prócz strachu" wyznaje tytułowa bohaterka. "Ciężki to babski los. Najgorszy na świecie". To sprawia, że odbiera się ją, kobietę w późnym wieku balzakowskim odbiera się nieomalże jak staruszkę u schyłku życia. Nie bez znaczenia, w takim odbiorze jest także jej opiekuńczość i troska o innych, także tych, którzy są niewiele od niej młodsi a zdarzają się i rówieśnicy, ale jednak przede wszystkim fakt, że jest ona określana jako matka także wówczas gdy w takim kontekście w powieści nie występuje, w relacji do osób trzecich, co w sumie sprawia, że wypada to mało przekonująco.

Interesujące, że będąc "propagitką", agitacja ta, z punktu widzenia "jedynie słusznego" kierunku ma miejscami kuriozalny wydźwięk i czasach realnego socjalizmu nie brzmiała jak heroiczna pieśń przeszłości ale miała zaskakującą aktualność. Przecież słowa - "Czy chodzi nam tylko o to, byśmy byli syci? Nie! (...) Tym którzy siedzą na naszych karkach i zamykają nam oczy, trzeba pokazać, że widzimy wszystko, że nie jesteśmy głupcami ani zwierzętami, że nie tylko chcemy jeść - ale żyć życiem godnym ludzi." mają wymiar uniwersalny a w czasach socjalizmu w gruncie rzeczy zmienił się tylko jego adresat, istota problemu ciągle pozostała ta sama. Zapewne Gorkiemu, "pożytecznemu idiocie" wówczas gdy książkę pisał nie przyszło nawet do głowy, czym w praktyce skończy się realizacja szczytnych idei.

Innym z punktu widzenia socrealizmu "ciałem obcym" obecność Boga w "Matce" (choć ściśle mówiąc Chrystusa, bo główna bohaterka nie wierząc w Boga wierzy w Chrystusa). Gorki zrównał ideały rewolucjonistów z działalnością Chrystusa ("A chociaż każdy z nich miał inne oblicze, dla niej wszystkie twarze zlewały się w jedną, chudą, spokojną, stanowczą, jasną twarz o głębokim spojrzeniu ciemnych oczu, łagodnym i surowym jak spojrzenie Chrystusa idącego do Emaus"). A ateizm wcale nie stanowi warunku koniecznego komunizmu i choć jest widoczny wcale nie jest jakoś specjalnie akcentowany. W wersji Gorkiego ateizm nie oznacza walki z wiarą, co najwyżej przeciwstawienie wiary - Cerkwi, która wypaczyła słowo Nowego Testamentu, a skoro Cerkiew nie chce i potrafi go wcielać w życie, to muszą ją w tym wyręczyć walczący o "sprawiedliwość społeczną" bo przecież w gruncie rzeczy idee komunizmu bliskie są nauczaniu Chrystusa.

Raczej dla ciekawskich. 

środa, 6 stycznia 2016

Świat się rozpada / Wszystko rozpada się, Chinua Achebe

O Achebe usłyszałem po raz pierwszy przy okazji jego dyskusyjnego, mówiąc bardzo efuemistycznie, oskarżenia Conrada o rasizm, prezentowany rzekomo w "Jądrze ciemności" (także w "Świat się rozpada" widać tę conradowską manię pisarza). Cóż można powiedzieć; rasizm w porównaniu z zarzutem seksizmu, bo i taki się trafił, nie brzmi nawet jakoś specjalnie egzotycznie, w każdym razie Chinua Achebe zaintrygował mnie i chciałem się przekonać "na własne oczy", co on sam ma do zaproponowania w literaturze. A trzeba przyznać, że ma całkiem sporo i jeśli mówi się o nim jako o najwybitniejszym pisarzu afrykańskim, to wydaje mi się, że jest to opinia w zasłużona (zastrzegam "wydaje mi się" bo przyznaję, nie mam skali porównawczej), zresztą nie widzę konieczności używania tego ograniczającego geograficznie piętna i spokojnie można mówić o Achebe jako powieściopisarzu wybitnym "w ogólności".


Perłą w koronie jego pisarstwa jest trylogia afrykańska, choć właściwie można by mówić o trylogii nigeryjskiej, a jeszcze bardziej ściśle o trylogii igboańskiej, jako że akcja powieści rozgrywa się wśród członków plemienia Igbo, której pierwszą część stanowi "Świat się rozpada" / "Wszystko rozpada się" (w zależności od tego, który przekład wpadnie nam w ręce). Na pierwszy rzut oka, można by powiedzieć, że to egzotyczne, etnograficzne scenki z życia plemienia w okresie zetknięcia się białych i czarnych, ale byłoby zbytnie uproszczenie, choć takie proste objaśnienie książki nie jest do końca pozbawione słuszności, zważywszy na fakt, że książka ukazała się w 1958 roku w czasach, kiedy żyło jeszcze pierwsze pokolenie Nigeryjczyków, które zetknęło się z białymi. To trochę tak jakbyśmy, mutatis mutandis, mieli do czynienia ze świadectwem, któregoś ze wczesnośredniowiecznych Polan, którego rodzice pamiętali wprowadzenie chrześcijaństwa. Mamy więc w pewnym sensie z etnograficznym świadectwem kultury odchodzącej w przeszłość.

Jednak książka jest przede wszystkim dramatem człowieka, self-made mana pełnego ambicji, którego przerasta rzeczywistość, a zetknięcie z Brytyjczykami jest tylko katalizatorem jego załamania. W gruncie rzeczy można powiedzieć, że problemem nie jest przegrana w konfrontacji z białymi lecz konfrontacja słabszego z silniejszymi, prymitywnego z wyżej zorganizowanym, barbarzyństwa i oświecenia, w której słabsi przegrywają z silniejszymi, narzucającymi swoje reguły, których główny bohater nie chce zaakceptować. 


Aż dziwne, że główny bohater powieści, w której jej postacie na wszystko znajdują ludowe powiedzenie, objaśniające prawa rządzące rzeczywistością nie zna tego, które mówi, że burza łamie drzewa a trzciną tylko kołysze. Okonokwo miałby problem zawsze w przypadku przegranej, niezależnie od tego jakiego koloru byłby zwycięzca. Granicą jego możliwość pojmowania są stałe reguły, w których wyrastał a nie zmiana, która przychodzi z zewnątrz. To jego wewnętrzny, można powiedzieć osobisty problem. Inni zmiany przyjmują jako zło konieczne, niektórzy je tolerują, inni akceptują nie godząc z plemienną rzeczywistością. Ale Okonkwo żyje w przekonaniu, że świat jest niezmienny, wierzy w status quo i całe swoje życie temu podporządkowuje. Nie docieka, czy rzeczywistość jest dobra czy zła - jest jak jest, ma zawsze być tak jak było i jest. Tego typu człowiek, którego "całe jego życie zdominował lęk, lęk przed porażka i słabością. Ten lęk był w nim głębiej zakorzeniony niż lęk przed złymi i kapryśnymi bogami, przed magią, przed puszczą, przed siłami przyrody, złowieszczymi, o czerwonych zębiskach i szponach. (...) był większy niż wszystkie lęki. Nie pochodził z zewnątrz, lecz wypływał z jego wnętrza. Był to lęk przed samym sobą, obawa, aby się nie okazać podobnym do ojca." przegrywa w każdym okolicznościach, niezależnie od tego czy jest to Nigeria przełomu wieków (chodzi oczywiście o wiek XIX i XX), wczesnośredniowieczna Polska albo jakiekolwiek kraj nam współczesny - wiadomo, że zawracanie Wisły kijem nie ma przyszłości.

Oczywiście nie ma co ukrywać, kolonializm odgrywa w powieści Achebe istotną rolę ale jego wydźwięk jest trochę inny od stereotypu kolonializmu: żyjących w ogólnej szczęśliwości Murzyni i okropnych białych najeźdźców brutalnie wkraczających w tę rajską krainę. Świat zastany przez Brytyjczyków daleki był od Edenu. To świat z wierzeniami i obyczajami nieakceptowalnymi dla kultury Zachodu, w którym "niemowlęta wkłada się do glinianych garnków i wyrzuca do lasu", główny bohater "pijał wino palmowe ze swej pierwszej zdobycznej ludzkiej czaszki" a wymiar sprawiedliwości sprowadzał się do morderstwa na niewinnym człowieku. Feministki zapewne nie pominęłyby panującego seksizmu, spychającego kobiety do służebnej roli a i nie bez znaczenia jest też udział samych czarnych u boku białych w ich kolonialnych podbojach, w dodatku udział, w którym nie odgrywają tylko roli biernego narzędzia ucisku ale przejawiają własną inicjatywę na tym polu.

Świetna książka, bez dwóch zdań.