Należę do tego pokolenia, które załapało się jeszcze na słynny stolik Konwickiego, Holoubka i Łapickiego u Bliklego. Co tu dużo mówić, dzisiaj już takich stolików nie ma, to znaczy stoliki są ale nie ma przy nich towarzystwa takiego formatu. Nie zmienia tego fakt, że choć lubiłem filmy z Gustawem Holoubkiem i Andrzejem Łapickim to jednak jakoś nie mogłem nabrać przekonania do pisarstwa Tadeusza Konwickiego. A wszystko przez Leopolda Tyrmanada i jego "Dziennik 1954", w którym uwiecznił Konwickiego na jednym z zebrań sekcji prozy Związku Literatów.
"Pastwiono się nad niejakim Konwickim - młodym literatem, posłusznym i oddanym członkiem partii i wszelkich jej młodzieżowych przybudówek. Napisał opowiadanie o miłości. Z wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustannie mowa o proletariacie. A jednak okazało się "nie takie". Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar - Melania Kierczyńska, Adam Ważyk - informowali ludzi w średnim wieku i o normalnym wyglądzie, o tym co to jest spółkowanie - dojrzałe, klasowo odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne.
Ta Kierczyńska, szara eminencja czerwonej literatury, na oko koszmarny zlepek wyschłych kości i brodawek, która w życiu wypełnionym walką o socjalizm, i przy swej urodzie, kutasa widziała chyba w atlasie anatomicznym, pouczyła nas, że zdrada małżeńska jest przeżytkiem kapitalizmu i zniknie w nowej erze. Noweli Konwickiego chyba nie wydrukują: twarze partyjnych wieszczów i mędrców pokryły się starczym wypiekiem pod wpływem tematu, audytorium jakby spuściło się przy pomocy branzlu o Wedekindach i Havelock Ellisach, odwiecznych symbolach ich bezzębnej seksuologii, Konwickiego niezdarny produkt może iść na złom bez zatruwania zajętego odbudową Warszawy narodu."
Po latach dowiedziałem się, że chodziło o "Godzinę smutku". A że w przeciwieństwie do "Władzy", innego, pisanego z "jedynie słusznych pozycji" utworu Konwickiego, nie ma zniechęcającej objętości więc postanowiłem sprawdzić, ile jest prawdy a ile przesady w opinii Tyrmanda.
Teoretycznie jest to opowiadanie o biurowym romansie. Można się zastanawiać, czy nie ocierającym się o molestowanie seksualne, w którym znudzony żoną szef uwodzi swoją pracownicę, żonę kolegi. Teoretycznie, bo uczuciu dwojga kochanków Konwicki poświęca niewiele miejsca, choć właściwsze byłoby mówienie o uczuciach głównego bohatera bo jego kochanka jest tylko przedmiotem i o jej uczuciach nie wiadomo prawie nic. Główny nacisk położony jest na życiorysy i osiągnięcia budownictwa socjalistycznego, dzięki któremu uboga wieś zmienia swoje oblicze, choć nie bez trudu, bo nieodpowiedzialne elementy, "podziemne kułactwo" rzuca kłody pod nogi okradając budujące się przy fabryce szklarnie. Na szczęście dzięki inicjatywie i czujności czynnika społecznego szkodnicy zostali złapani. Ale wróg nie śpi - mści się, dokonując zamachu na życie i zdrowie głównego bohatera.
Życiorysy, jak można się domyśleć są "słuszne", z jednym wyjątkiem, którym jest "czarna owca", która wkradła się w szeregi partii, swoją pryncypialnością usiłująca załatwić osobiste porachunki i przykryć mało chwalebne karty z przeszłości. Ale gdzie jej tam do głównego bohatera, który nie dość, że wywodził się z wiejskiej biedoty i "podczas wojny, spróbował partyzanckiego chleba w AL, potem, tuż po wojnie, pracował w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa, uganiając się za bandami. Następnie, po ranieniu, przerzucono go do roboty politycznej w komitecie powiatowym" itp., itd., to jeszcze aktywnie włączył się w dzieło budowy komunizmu, kierując budową kombinatu chemicznego. A i jego żona nie miała się czego wstydzić - "córka KPP-owca zamordowanego podczas wojny, oddana pracy politycznej, rozgarnięta".
Tylko jakim cudem, tych dwoje, oddanych "sprawie" mogło ochrzcić córkę?! Nie dziwię się, że Kierczyńska i Ważyk zirytowali się. Jeszcze na dodatek jakieś wzmianki o wiejskim kościele. Owszem, wiadomo, że są we wsiach kościoły, tylko czy trzeba zaraz o tym pisać? No i jak główny bohater mógł przedłożyć nad towarzyszkę partyjną, niepartyjną pracownicę?! Jak tak można, jak członek partii można brnąć w "mieszczańskie niesnaski w rodzinach drobnomieszczańskich"? Przecież jest świadomym marksistą, o czym nie omieszka zresztą przypomnieć w czasie schadzki swojej kochance.
Na szczęście, jest jeszcze aktyw partyjny, zakładowa egzekutywa - tak, to ona zajmie się romansem kierownika budowy, który "ukradł" żonę bezpartyjnemu koledze publicznie. Wiadomo, partia zrozumie, partia wybaczy ponad pryncypialne potępienie przedkładając dojrzałą wyrozumiałość dając szansę poprawy swojemu członkowi i ratując (?) jego małżeństwo. I tylko obnoszeni publicznie na językach; nieszczęśliwa w małżeństwie, szukająca miłości kobieta i zraniony mąż pozostaną sami ze swym bólem. Może powinni byli zapisać się do partii, mieliby wówczas szansę przedyskutować na zebraniu swoje problemy. Cóż, Tyrmand nie przesadzał...
"Pastwiono się nad niejakim Konwickim - młodym literatem, posłusznym i oddanym członkiem partii i wszelkich jej młodzieżowych przybudówek. Napisał opowiadanie o miłości. Z wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustannie mowa o proletariacie. A jednak okazało się "nie takie". Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar - Melania Kierczyńska, Adam Ważyk - informowali ludzi w średnim wieku i o normalnym wyglądzie, o tym co to jest spółkowanie - dojrzałe, klasowo odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne.
Ta Kierczyńska, szara eminencja czerwonej literatury, na oko koszmarny zlepek wyschłych kości i brodawek, która w życiu wypełnionym walką o socjalizm, i przy swej urodzie, kutasa widziała chyba w atlasie anatomicznym, pouczyła nas, że zdrada małżeńska jest przeżytkiem kapitalizmu i zniknie w nowej erze. Noweli Konwickiego chyba nie wydrukują: twarze partyjnych wieszczów i mędrców pokryły się starczym wypiekiem pod wpływem tematu, audytorium jakby spuściło się przy pomocy branzlu o Wedekindach i Havelock Ellisach, odwiecznych symbolach ich bezzębnej seksuologii, Konwickiego niezdarny produkt może iść na złom bez zatruwania zajętego odbudową Warszawy narodu."
Po latach dowiedziałem się, że chodziło o "Godzinę smutku". A że w przeciwieństwie do "Władzy", innego, pisanego z "jedynie słusznych pozycji" utworu Konwickiego, nie ma zniechęcającej objętości więc postanowiłem sprawdzić, ile jest prawdy a ile przesady w opinii Tyrmanda.
Teoretycznie jest to opowiadanie o biurowym romansie. Można się zastanawiać, czy nie ocierającym się o molestowanie seksualne, w którym znudzony żoną szef uwodzi swoją pracownicę, żonę kolegi. Teoretycznie, bo uczuciu dwojga kochanków Konwicki poświęca niewiele miejsca, choć właściwsze byłoby mówienie o uczuciach głównego bohatera bo jego kochanka jest tylko przedmiotem i o jej uczuciach nie wiadomo prawie nic. Główny nacisk położony jest na życiorysy i osiągnięcia budownictwa socjalistycznego, dzięki któremu uboga wieś zmienia swoje oblicze, choć nie bez trudu, bo nieodpowiedzialne elementy, "podziemne kułactwo" rzuca kłody pod nogi okradając budujące się przy fabryce szklarnie. Na szczęście dzięki inicjatywie i czujności czynnika społecznego szkodnicy zostali złapani. Ale wróg nie śpi - mści się, dokonując zamachu na życie i zdrowie głównego bohatera.
Życiorysy, jak można się domyśleć są "słuszne", z jednym wyjątkiem, którym jest "czarna owca", która wkradła się w szeregi partii, swoją pryncypialnością usiłująca załatwić osobiste porachunki i przykryć mało chwalebne karty z przeszłości. Ale gdzie jej tam do głównego bohatera, który nie dość, że wywodził się z wiejskiej biedoty i "podczas wojny, spróbował partyzanckiego chleba w AL, potem, tuż po wojnie, pracował w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa, uganiając się za bandami. Następnie, po ranieniu, przerzucono go do roboty politycznej w komitecie powiatowym" itp., itd., to jeszcze aktywnie włączył się w dzieło budowy komunizmu, kierując budową kombinatu chemicznego. A i jego żona nie miała się czego wstydzić - "córka KPP-owca zamordowanego podczas wojny, oddana pracy politycznej, rozgarnięta".
Tylko jakim cudem, tych dwoje, oddanych "sprawie" mogło ochrzcić córkę?! Nie dziwię się, że Kierczyńska i Ważyk zirytowali się. Jeszcze na dodatek jakieś wzmianki o wiejskim kościele. Owszem, wiadomo, że są we wsiach kościoły, tylko czy trzeba zaraz o tym pisać? No i jak główny bohater mógł przedłożyć nad towarzyszkę partyjną, niepartyjną pracownicę?! Jak tak można, jak członek partii można brnąć w "mieszczańskie niesnaski w rodzinach drobnomieszczańskich"? Przecież jest świadomym marksistą, o czym nie omieszka zresztą przypomnieć w czasie schadzki swojej kochance.
Na szczęście, jest jeszcze aktyw partyjny, zakładowa egzekutywa - tak, to ona zajmie się romansem kierownika budowy, który "ukradł" żonę bezpartyjnemu koledze publicznie. Wiadomo, partia zrozumie, partia wybaczy ponad pryncypialne potępienie przedkładając dojrzałą wyrozumiałość dając szansę poprawy swojemu członkowi i ratując (?) jego małżeństwo. I tylko obnoszeni publicznie na językach; nieszczęśliwa w małżeństwie, szukająca miłości kobieta i zraniony mąż pozostaną sami ze swym bólem. Może powinni byli zapisać się do partii, mieliby wówczas szansę przedyskutować na zebraniu swoje problemy. Cóż, Tyrmand nie przesadzał...










