środa, 15 czerwca 2016

W polu, Stanisław Rembek

Cenzura odeszła w przeszłość ale jedna z najlepszych powieści dwudziestolecia międzywojennego ciągle jakoś nie może się przebić pod czytelnicze strzechy, a przecież po 1989 r. doczekała się co najmniej czterech wydań (przynajmniej tyle naliczyłem), całkiem nieźle jak na książkę zapoznanego autora, jakim jest Stanisław Rembek. Z drugiej strony, wydaje się, że wytłumaczenie tego faktu jest dosyć proste; nie ma w powieści "momentów", akcja nie rozgrywa się w żadnej krainie lodu a bohaterami są zwykli ludzie a nie zombie albo chociaż wilkołaki, na domiar złego czas akcji - wojna 1920 roku zapowiada narodowe nudy.  


Więc cóż tu może być ciekawego? Nie bez kozery jednak Maria Dąbrowska uznawała "W polu" za jedną z wybitniejszych powieści dwudziestolecia i stawiała ją wyżej niż "Na zachodzie bez zmian". I miała rację, bo powieść Remarque'a w porównaniu z książką Rembeka jest rzewną opowieść, o tym jaka wojna jest zła a ludzie dobrzy. Rembek pokazuje, że wcale to nie jest takie proste i oczywiste.

Już choćby więc z tego powodu warto poświęcić czas na lekturę jego książki. Ale nie tylko dlatego, powieść Rembeka jest bowiem ewenementem w naszej literaturze, traktuje bowiem temat wojny odmiennie od batalistycznej sztampy, być może za sprawą własnych doświadczeń autora, choć "W polu" nie jest powieścią autobiograficzną. Nie zmienia tego nawet fakt, że można w niej odnaleźć to czym pisze w "Dzienniku 1920 r.". Rembek pisze o wojnie w sposób daleki od bogoojczyźnianego patosu i tromtadracji, nie ma tu scen z ułanem i dziewczyną u studni a zamiast tego serwuje czytelnikowi brutalny obraz wojny i postaw człowieka w jej obliczu.

Ale to też nie jest jednak wszystko. To czym mnie zafrapowała powieść Rembeka to jej enigmatyczność. Z jednej strony fabuła jest oczywista - obraz klęski i zagłady oddziału zapoczątkowany śmiercią żołnierza - kaprala Górnego. Z drugiej jednak strony, ma się przekonanie graniczące z pewnością, że za tym ukrywa się coś więcej, że potraktowanie "W polu" tylko w kategoriach nawet świetnej powieści wojennej to jednak byłoby uproszczenie. Nie sposób bowiem uwierzyć by wola jednostki - sierżanta Derenia, mogła sprawić, że ginie ponad sześćdziesięciu żołnierzy, to absurdalne, żeby przypadkowa śmierć pociągnęła za sobą takie pasmo klęski, i to zupełnie niezasłużonej, wszak giną ci, którzy do tej śmierci się nie przyczynili bo przecież żołnierza, który pociągnął za spust nigdy nie poznajemy. Kim jest sierżant Dereń, że jego wola ma taką moc sprawczą i kim był kapral Górny, że jego śmierć wywołała taki efekt? Rembek niby daje na to odpowiedzi ale trudno jest w nie uwierzyć. Właśnie - uwierzyć.

Dowiadujemy się, że "wiara to zawsze co innego niż wiedza, a myśl - niż doświadczenie", ale co z tego? Przecież to nie tłumaczy, fenomenu zagłady kompanii. Jak śmierć jednego żołnierza może pociągnąć za sobą śmierć pozostałych? Jak to wyjaśnić? Przecież nie oni go zabili, choć byli świadkami tego jak wysyłano go, jak się okazało, na śmierć. Przekonanie sierżanta Derenia, że winni śmierci są nie tylko bezpośredni sprawcy ale także, ci którzy jej nie zapobiegli, sprawia, że urasta on do rangi Nemezis albo jednego z jeźdźców (a w tym przypadku piechura) Apokalipsy - "jego małe, szeroko osadzone oczka czerniały gdzieś w szerokich lejach oczodołów, gruby przetrącony nos wyciągnął się na kształt dzioba papugi, kości policzkowe i guzy zaznaczających się pod wyschłą skórą zębów trzonowych sterczały niby chorobliwe narośle, a dołek w podbródku zamienił się w głęboką dziurę." A może jest to Talos z "Upadku Ikara" Breughla, który jako jedyny widzi śmierć, jednocześnie przyjmując ją jako spokojny obserwator bo jest ona dla niego aktem sprawiedliwości? Nie wiem i sam mam poczucie krążenia po omacku. Bo oczekujemy racjonalnych wyjaśnień tego co nas dotyka, odkrycia jakiegoś związku przyczynowo-skutkowego, który moglibyśmy zrozumieć. A Rembek takich wyjaśnień jednak nie daje.

Że śmierci oddziału sierżanta Derenia nie da się wytłumaczyć, w kategoriach winy za śmierć kaprala Górnego? Cóż z tego! Rozsądek nie ma tu nic do rzeczy, wystarczy przekonanie, że tam "gdzie istnieje krzywda, tam musi być i wina" i rozkłada się ona po trosze na każdego, otarł się o ofiarę. Okazuje się, że "nie ma ludzi niepotrzebnych". Tak jak w słynnej Medytacji XVII Johna Donne'a, także u Stanisława Rembeka "żaden człowiek nie jest samoistną wyspą" "śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością", chociaż u niego brzmi to inaczej - "zdaje się istnieć pomiędzy pewnymi wypadkami niedostępny dla ludzkiej logiki związek, jak gdyby świat stanowił jednolity mechanizm, gdzie poruszenie najdrobniejszej nawet cząstki może spowodować nieoczekiwaną reakcję całości." 

I na koniec ostrzeżenie, książka zdecydowanie nie dla tych, którym podobał się film "1920 Bitwa warszawska". 

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Kochanica Francuza, John Fowles

John Fowles nadal swojej powieści trochę mylący tytuł, główną postacią nie jest bowiem, jakby się mogło wydawać, tytułowa bohaterka, lecz zakochany w niej mężczyzna, no, ale czegóż w końcu można się spodziewać po autorze-facecie. A jednak z pewnością byłoby to krzywdzące dla Fowlesa, gdyby to "qui pro quo" potraktować jako wyraz męskiego szowinizmu, bo to co dzisiaj jest literacką modą i przejawem politycznej poprawności wciskanym czytelnikom przez autorki/autorów "z pretensjami", u niego jest "rękawicą w twarz" rzuconą XIX-wiecznej powieści angielskiej. Co prawda, mówiąc ściśle Fowles akcję swojej powieści umieszcza pod koniec lat sześćdziesiątych XIX w., nie dając o tym zapomnieć ale nie trzeba wielkiej przenikliwości by zorientować się, że to tylko taki "skrót myślowy" bo literackie aluzje wychodzą poza to, co uważa się za związane z epoką wiktoriańską.


Fowles przeniósł akcję swojej powieści, co prawda, w czasy panowania królowej Wiktorii ale główni bohaterowie "Kochanicy Francuza" w gruncie rzeczy niewiele mają z nimi wspólnego. W przeciwieństwie do tego z czym się nam kojarzą bohaterowie powieści wiktoriańskich, oni żyją i przeżywają dylematy, których nie powstydził by się, a może nawet mógłby pozazdrościć człowiek XXI wieku, bo oczywiście, dzisiaj znaczenie konwenansu jest zupełnie inne a stratyfikacja społeczna ma zupełnie inny przebieg, przynajmniej z naszego, polskiego punktu widzenia, ale postawienie na pierwszym miejscu własnej tożsamości i zasad, w konfrontacji z "a co powiedzą inni" i "ile mnie to będzie kosztować" jest także dzisiaj czymś niezbyt często spotykanym, nie mówiąc już o bohaterach powieści sprzed stu pięćdziesięciu lat.

W "Kochanicy Francuza" z tym właśnie mamy do czynienia, z wyborem pomiędzy "mogli żyć długo i szczęśliwie", oczywiście w małżeństwie a obroną własnej tożsamości i indywidualizmu. Okazuje się, że nici z happy endu, to przez kobietę! Co za dysonans, z tym do czego przyzwyczaiła nas literatura dla pań. Zamążpójście nie jest dla kobiety najlepszym i jedynym sposobem na życie. Można kochać ale nie koniecznie wyrzec się samej siebie, skoro małżeństwo miałoby oznaczać okowy pętające życie. Co za policzek w twarz dla mężczyzny! Kobieta, która nie chce zrezygnować ze swej niezależności za ceną "spokojnego gniazdka", zgroza! A przecież mogło być tak pięknie. Sara mogłaby trochę poudawać, docenić odwagę, tego który ją kochał, a tu nic, cóż z niej za egoistka.

Przecież stryj jej niedoszłego męża był całkiem szczęśliwy, a przynajmniej nic nie wiadomo na temat tego, że był nieszczęśliwy żeniąc się z kobietą, która niekoniecznie wyszła za niego za mąż z wielkiej miłości. Fakt, może starszy pan nie był zbyt przenikliwy, ale czy to ważne, skoro był szczęśliwy?

Tu pewnie byłoby inaczej - obydwoje byli zbyt inteligentni i wrażliwi. Jej, mam wrażenie, z czasem, co raz bardziej ciążyła by rola pani domu, wieczorki i przyjęcia z rozmowami o niczym, on po zdobyciu upragnionego celu pewnie spocząłby na laurach, bo cóż miałby robić skoro wyzbył się swoich zainteresowań, pędził życie rentiera snując się bez celu i pożytku po świecie, byleby tylko zabić czas. Pozostał tym kim był bogatym próżniakiem, owszem inteligentnym i wrażliwym, co jest nie bez znaczenia, ale nikim/niczym więcej.

Co mógł zaproponować takiej kobiecie jak Sara w zamian ze rezygnację z życia takiego, w którym czuła się spełniona i szczęśliwa? A czy jego z kolei nie zaczęłyby nachodzić znacznie większe wątpliwości co do jej osobowości. Owszem, defloracja (uff, jak to brzmi) przecięła wszystkie wątpliwości, co do jej "prowadzenia się" ale nie zmienia to faktu, że Karol ożeniłby się ze Sfinksem. Na dłuższą metę taki związek mógłby okazać się męczący dla niego męczący - nie móc górować nad "drugą połową", mieć poczucie że jakoś mu się wymyka, że są w niej dla niego obszary w jakiś sposób niedostępne, tak, to mogłoby się okazać nieznośne.

I nie zapominajmy w tym wszystkim o Ernestynie, to na "trupie" narzeczeństwa z nią miało być budowane szczęście rodzinne Karola - specyficzny fundament, który szczęścia nie przyniósł. Gdyby to tylko chodziło o narzeczeństwo, to jeszcze pół biedy ale to chodziło o jej uczucie. Kiedy Karol użala się nad tym, jak traktowany jest przez Sarę, to wypadało by przypomnieć mu jak on traktuje Ernestynę. A przecież ona nie chce wyjść za niego za mąż dla samego zamążpójścia ale dlatego, że go kocha. W jej przypadku nie ma kalkulacji jest za to miłość i wiara, że znajdzie w nim ideał męża. To nie jest słodka idiotka, którą należałoby przeciwstawić femme fatale, jaką jest Sara. Przecież o zainteresowaniach tej ostatniej Karol dowiaduje się już poniewczasie, wówczas gdy jest już "pozamiatane". Dał się złapać na lep "odwiecznej tajemnicy" jaką jest natura kobiety, zostawiając po sobie gruzy. Goniąc za ułudą udało mu się zranić Bogu ducha winną dziewczynę (nie wspominając o upokorzeniu jej rodziców), siebie samego a także i Sarę. A przecież od dorosłego mężczyzny można by oczekiwać więcej rozsądku. Eh, czy John Fowles nie mógł skończyć swojej powieści bardziej konwencjonalnie?! Cóż za niezrozumienie czytelniczych oczekiwań! Polecam.

poniedziałek, 30 maja 2016

Polska lat 70., red. Anna Musiałówna

To nie miało prawa się nie udać! Przed Anną Musiałówną kuratorką wystawy "Polska lat 70.", której pokłosiem jest album o tym samym tytule, stało bardzo trudne zadanie, z którego wywiązała się znakomicie. Wybrać 130 fotografii spośród ponad 3000 zdjęć 34 czołowych polskich fotografików, to nie przelewki. Ale też i efekt robi wrażenie. Ja wybrałem tylko 10 zdjęć z olbrzymim poczuciem niedosytu, ale co zrobić, coś w końcu trzeba wybrać. 

Dla pokolenia, które zna tylko rzeczywistość po roku '89, "Polska lat 70." to egzotyka.  Egzotyka, skansen równie odległy, jak dla mojego pokolenia okres międzywojenny a może i jeszcze bardziej bo postęp cywilizacyjny zmienił Polskę przez ostatnie ćwierć wieku w sposób głębszy niż wcześniejsze pół wieku. Podczas gdy Polska lat 70. korzeniami tkwiła jeszcze w latach gomułkowskich, to niezależnie od ocen współczesnych realiów nie da się powiedzieć, że Polska tkwi w latach gierkowskich.

Krzysztof Pawela
"Polska lat 70." jest obrazem siermiężnej rzeczywistości, w różnych jej odcieniach, owszem chwilami mogącymi wywołać uśmiech na twarzy, może czasami nostalgię, bo wiadomo na lata młodości patrzy się przez różowe okulary ale przeważnie jednak budzącą gorzką refleksję. To świat szarości życia, braku perspektyw, który nie zdaje sobie sprawy z własnego upośledzenia, traktując je jako coś normalnego. Nawet to co w pierwszej chwili widzowie wydaje się zabawne, po chwili zastanowienia zabawne już nie jest.

Kobieta na rowerze, na pustej szosie, zasłaniająca twarz jakby przed fotografem. Ale ona nie zasłania się przed nim lecz przed śniegiem, który pada jej prosto w oczy. Musiało mocno to jej dokuczać skoro straciła orientację i zjechała z prawej strony drogi na lewą. Na szczęście żaden samochód, oprócz samochodu fotografa nie jechał. Wiedziała, że tam nic nie jeździ i właśnie dlatego, że wiedziała, że nie ma co liczyć, ani na "podwózkę", ani na PKS wybrała się w taką pogodę do sklepu na rowerze. Mam nadzieję, że nic się jej nie stanie i szczęśliwie dojedzie do domu bo przecież w taką pogodę na rowerze ,nawet znacznie lepszym niż ten, na którym ona jedzie, o upadek nie trudno.

Krzysztof Wojciewski
Chłopaki, moi rówieśnicy nie mają co ze sobą robić w czasie wakacji, co tu robić - zagrajmy w karty. Kto z nas nie grał w "tysiąca" i nie korzystał z porad kolegi siedzącego nieopodal. Eh, młodość. Jak się tu nie uśmiechnąć? A że na cmentarzu? Niemieckim? Żydowskim? Komu to przeszkadza, przecież nie zmarłym, im już jest to przecież obojętne. Jednak nie wiem, czy nasza tolerancja nie obniżyła by się gdybyśmy zobaczyli młodych Litwinów grających w karty na polskich grobach na Cmentarzu na Rossie albo Ukraińców siedzący na zdewastowanych polskich nagrobkach na Cmentarzu Łyczakowskim.

Bogdan Łopieński

Scena gonitwy za prosięciem. Dwa "stare konie" nie mogą dać sobie rady ze spanikowanym zwierzakiem, który być może walczy o życie. Uciekł im z chlewika ale to chyba nic trudnego. To przecież poniemieckie gospodarstwo, którego właściciele nie do końca czują się gospodarzami na swoim, bo jeśli ich rodziny musiały opuścić swoje gospodarstwa na Kresach i zajęły obce domy, to jaką można mieć pewność, że sytuacja się nie zmieni. "Nie opłaca" się nawet kłaść dachu na stodole ani reperować wrót do niej. A może zwyczajnie nie mają pieniędzy, może to nie kwestia poczucia niepewności lecz biedy, wiązania z trudem końca z końcem. Pewnie się już nigdy nie dowiemy... 


Andrzej Polec

I tak można pisać o każdym ze zdjęć, bo każde z nich opowiada jakąś historię, historię autentyczną. To nie celebryckie ustawki (choć mam podejrzenia co do fotografii Adama Haydera - jeśli się mylę, to oczywiście, z góry, Autora przepraszam) lecz prawdziwe życie.

Kolejne "śmieszne" zdjęcie. Faktycznie, trudno się nie uśmiechnąć widząc nieporadnie gramolącą się do wagonu kobietę uchwyconą w mało atrakcyjnej pozie. Ale czy uśmiechnęlibyśmy się także wówczas, gdybyśmy na jej miejscu widzieli własną mamę albo babcię? Dlaczego ten pociąg zatrzymał się poza peronem? Czyżby był jakiś wypadek? Ktoś zginął? A może to nie było nic strasznego, może tylko semafor był opuszczony przed wjazdem na stację. Ktoś otworzył drzwi "na dziko" - przecież jest tak gorąco. Do peronu jeszcze daleko więc czemu nie spróbować wejść już teraz. Ale czy widzi to maszynista albo konduktor? Co stanie się jeśli drzwi nagle się zamkną albo pociąg ruszy? Mam nadzieję, że udało się wejść i tylko sukienka trochę się pobrudziła ale to nic, wypierze się.

Piotr Borowicz


Postać emeryta z ulicy Zapłotkowej z "Awantury w Niekłaju" Edmunda Niziurskiego. Co sprawia, że starszy pan wyszedł na targowisko? Czy zmusiła go bieda, a może po prostu nie ma co zrobić z wolnym czasem i chce być między ludźmi? Ile lat musiał zbierać te stare buty i roboczą odzież dzisiaj już mu niepotrzebną. Szkoda mu było ich wyrzucić bo "może jeszcze się przydadzą" ale okazało się, że jednak się nie przydały. W akcie desperacji teraz się zdecydował je sprzedać, przecież szkoda je wyrzucić, są jeszcze całkiem dobre, a że trochę używane, to co to szkodzi. Może komuś jeszcze się przydadzą, może ktoś kupi... 

I można tak o każdym zdjęciu ale myślę, że Wasze historie na ich temat mogą być ciekawsze.

Adam Hayder
Witold Kuliński
Krzysztof Barański i Sławomir Biegański


Leszek Fidusiewicz

Nie będę pisał, że polecam (nie tylko miłośnikom fotografii), bo to oczywiste.

niedziela, 29 maja 2016

Miazga, Jerzy Andrzejewski

Skończyłem lekturę "Miazgi" i mam tzw. mieszane uczucia, takie jak zięć gdy widzi, że teściowa spada w przepaść jego nowym samochodem. Mieszczą się gdzieś pomiędzy przytoczonymi przez Krzysztofa Masłonia opiniami Andrzeja Kijowskiego "Czytanie 'Miazgi', która wydaje mi się żałosna. Stary dureń: on nas wszystkich zdemaskował, zdekonspirował przed tymi draniami: ujawnił im, że nie mamy nic do powiedzenia. A nie mamy - bo nie ma nic do powiedzenia. Czytam i czytam tę 'Miazgę' i właściwie - nic mi w związku z nią nie przychodzi do głowy. Takie sobie. Czyli nic mnie nie obchodzi. A takie bliskie - pozornie!" i Stefana Kisielewskiego "Że też, kiedy już mamy wieszcza, musi to być osobliwy Narcyz, przepuszczający wszystko przez pryzmat swej mimozowatej natury! Budzi niechęć, choć i podziw - kawał roboty jednak zrobił!".


To miała być powieść kultowa, po której Andrzejewski spodziewał się literackiej nagrody Nobla i przy pisaniu, której robił szum nie gorszy, od tego jaki dzisiaj robią specjaliści od marketingu wokół kolejnego bestsellera, który muszą akurat wypromować. I to mogła być powieść kultowa. Tyle, że Andrzejewski pogrzebał ją swoim oportunizmem i kunktatorstwem a reszty dokonał czas. Gdy ukazało się pierwsze pełne wydanie (1992) powieść miała już tylko historyczny, że tak powiem, wydźwięk. "Elity", niezależnie, od tego co tam o sobie myślały, już nie były "inżynierami dusz", pieszczochami władzy, z jednej strony korzystającymi z państwowych a właściwie partyjnych profitów, z drugiej stojących na piedestale i przybierających pozy Katona i skrzywdzonych niewinności.

"Wieża z kości słoniowej" legła w gruzach i o "elitach" można sobie do woli czytać począwszy od łam "brukowców" a kończąc na książkowych panegirykach. (Nawiasem mówiąc, nomen omen, jedna rzecz pozostała aktualna, chociaż ci, którzy powinni się o tym przekonać się, założę się, że "Miazgi" nie czytali. To opis procesu twórczego niedostępny nie tylko dla pisarzy z gatunku, nad którym od czasu do czasu "pastwi się" Koczowniczka czy Paweł Pollak ale także tych, których produkcje można zobaczyć w normalnych księgarniach).

A teraz trochę o tych "mieszanych uczuciach", choć właściwie nie odnoszą się one do samej powieści, bo jeśli o nią chodzi to chapeau bas, a jej bohaterów. Przede wszystkim wrażenie robi strona formalna "Miazgi", w której przemieszany jest dziennik autora, opis twórczego procesu nad książką, której tematem jest wesele dzieci członków peerelowskiego establishmentu, wreszcie sama "książka w książce". Partie te mimo, że rozdzielone, to jednak wzajemnie się przenikają i to do tego stopnia, że trudno rozdzielić rzeczywistość samego Andrzejewskiego od rzeczywistości jego porte-parole. Bo zakładam, że skoro "Miazga" to powieść, to stanowi ona jakiś rodzaj gry z czytelnikiem, którą Andrzejewski w sumie w książce potwierdza - "to wszystko jest prawdą, ale także prawdą nie jest, zbyt wiele przemilczałem, ale dlaczego przemilczałem? Te przemilczenia sprawiają, że będąc sobą nie jestem sobą, przemilczałem dlaczego?" 

Ale nawet gdyby "Miazga" miała być spowiedzią peerelowskiego dziecięcia wieku, to jest to spowiedź w pewnym sensie żałosna. Penitent nie budzi w czytelniku (na pewno nie we mnie) ani sympatii, ani zrozumienia ani współczucia. Bo trudno, żeby posiadł je ktoś, obnoszący się z ekshibicjonizmem na miarę programów Ewy Drzyzgi. Ktoś kto ochoczo wskakując do bajora i unurzany w nim po szyję głośno, tak by wszyscy wokół słyszeli, hamletyzuje, o tym jak bardzo chciałby zachować czystość. Nie ma nic do rzeczy, nie jest żadnym wytłumaczeniem, to że w tym bajorze obok Andrzejewskiego pluskali się także inni, których bez większego trudu można rozpoznać (np. Zbigniew Cybulski, Kazimierz Dejmek, Marek Hłasko). Dzisiaj, po latach nie wydaje się to jakoś specjalnie pasjonujące.

Lektura "Miazgi" z tego punktu widzenia jest bardzo pouczająca. Nie tylko zresztą tego - jako obraz względności, wydawałoby się, fundamentalnych problemów ale także jako obraz wyobcowania ówczesnych elit ze społeczeństwa. Ktoś, kto pamięta normalne życie przełomu lat 60/70 (ja - przyznaję - nie miałem na to szans) albo chociaż ma pojęcie jak wyglądała rzeczywistość przeciętnego Polaka w latach 70-tych i 80-tych (o tym mogę coś niecoś już powiedzieć) może być zdumiony odizolowaniem elit od społeczeństwa. Niczym u Mickiewicza "Jedzą, piją, lulki palą, Tańce, hulanka, swawola; Ledwie karczmy nie rozwalą" tyle, że karczma to nie "Rzym" a pałac w Jabłonnie. Tak, tak, pod tym względem bliżej "Miazdze" do "Pani Twardowskiej" niż do "Wesela". Trudno więc w takich okolicznościach o zrozumienie cierpień moralnych, "tajni duszy" jak mówił Poeta, kogoś kogo proza życia dosięga o tyle, że musi iść do sklepu po wódkę. Ale zrozumienie i podziw dla "dylematów moralnych" Andrzejewskiego to jedno a uznanie dla jego powieści to drugie. Tym, którzy jeszcze pamiętają o statusie, jaki miała niegdyś inteligencja - polecam.  

czwartek, 26 maja 2016

Na ustach grzechu, Magdalena Samozwaniec

"Na ustach grzechu" powstało jako "szydera" z najsłynniejszej polskiej szmiry, dzisiaj już mocno przykurzonej poczytności jednak której współczesne polskie - pożal się Boże - autorki mogą tylko marzyć. Chodzi oczywiście o "Trędowatą" Heleny Mniszkówny. Zaryzykowałbym jednak stwierdzenie, że miłośniczki łzawych romansów mogłyby się na żarcie Magdaleny Samozwaniec nie poznać i wziąć jej książkę całkiem serio, żałując jedynie że tak szybko się kończy. Zawiera ona bowiem wszystko to co klasyczna powieść kobieca zawiera i świetnie utrzymuje się w konwencji, w której napisany został jej pierwowzór. 


Są więc wyższe sfery i mezalians, kobieta z przyszłością i mężczyzna po przejściach a oboje piękni, jest miłość i rozsądek (a właściwie wyrachowanie), miłość oczywiście zwycięża, a że o rozwodzie mowy być nie może więc połączyć ich może dopiero śmierć. Czy można się nie wzruszyć, zwłaszcza jeśli to wszystko napisane jest jeszcze z emfazą? Nie ma innej opcji. Czy może być coś piękniejszego? Zwłaszcza, że do tego dochodzą jeszcze emocje i styl: "- Milcz ! - wydarła ze spienionych warg hrabina - jeżeli nie chcesz, bym wyszła wobec ciebie ze złoconych ram mego dobrego wychowania. Och, Zeni! - wybuchnęła, nie kryjąc się ze łzami - jak ty mnie dręczysz, już czuję w głowie moje częste palpitacje mózgu". Nie, nawet największy seksista nie mógłby się temu oprzeć!

Jednak parodia parodią, ale tak naprawdę nie ma się z czego śmiać, a książki Samozwaniec traktować tylko jako dowodu temperamentu jej autorki, którego przyczyna wybuchu ginie w pomroce dziejów (trzymając się kryteriów czasu gimbazy). Pod względem zwartości konstrukcji i logiki fabuły dla wielu współczesnych autorek bestsellerów "Na ustach grzechu" mogłoby stanowić niedościgły wzór, nie mówiąc już o tym, że jest ponadczasową rękawicą rzuconą w twarz bezguściu.

Owszem, kiedyś Jerzy Andrzejewski próbował w "Miazdze" bronić szmiry pisząc "pogarda dla szmiry treściowej i artystycznej wydaje mi się równie niedorzeczna, jak niedorzeczną byłaby np. pogarda dla nawozu, który - być może - nie jest przyjemny w wyglądzie i zapachu, jednak sprawia, że dzięki niemu świat roślinny uzyskuje bujną płodność. Zaryzykowałbym twierdzenie, iż większość dzieł wybitnych i uznanych za arcydzieła zawdzięcza w pewniej mierze swoją znakomitość właśnie elementom szmiry, szmiry wczorajszej i współczesnej, bowiem to ona - łatwa, niecierpliwa i przypochlebcza nawet w buntach - w sposób najbardziej bezpośredni reaguje na rozległe manifestacje życia. Spłyca je, trywializuje i upraszcza! Oczywiście! Lecz w ostatecznym rozrachunku bywa dobroczynnym nawozem, bowiem tak zawsze było i dzieje się nadal, iż sztuka, ta z wysokich rejonów, żywi się nie tylko życiem, i nie tylko osobą samego artysty, żywi się także sztuką, i to w najróżniejszych przejawach, także tych płaskich, jarmarcznych i durnych, chociaż do tych powinowactw wielcy twórcy nie lubią się zazwyczaj przyznawać. Powiedziałbym nawet więcej, powiedziałbym, iż nie dowierzam arcydziełom, które nie pozwalają mi, dzięki ich skamieniałej doskonałości, odnaleźć zanikających ech oraz cieni natrętnej i wulgarnej szmiry."

Ale jak widać, to próba równie "przekonująca" co sama "Miazga". Zachowanie właściwych proporcji nie musi być od razu wyrazem pogardy wobec szmiry, i nawet Andrzejewski powinien był wiedzieć, że nie ma żadnego "być może", żadnych wątpliwości co do wyglądu i zapachu nawozu, choć naturalnie mogą być tacy, którym się on podoba. Generalnie jednak jeśli wyciska on łzy, to nie są to łzy zachwytu i wzruszenia a obronna reakcja organizmu przed odorem. Jakby jednak nie było, wszystkim którzy mają choć trochę poczucie humoru i dobrego smaku, lekturę "Na ustach grzechu" polecam. Trudno się przy niej nie uśmiechnąć. 

poniedziałek, 16 maja 2016

Martin Eden, Jack London

Ach, jak mi się podobała w szkolnych latach ta amerykańska wersja baśni Andersena o świniopasie (może dlatego, że nie zauważałem wówczas wcale tych trochę męczących wywodów dotyczących politycznych i społecznych przekonań bohaterów powieści). Zakochać się w kobiecie, okazać jej to i zostać odrzuconym, a potem, mimo przeciwności, zdobyć ją i odejść. Jakie to tragiczne. Jakże miałem za złe Andersenowi i Londonowi, że nie kazali swoim bohaterom schować męskiej dumy do kieszeni, wybaczyć i zapomnieć a potem żyć długo i szczęśliwie. Ale cóż można na to poradzić, że stworzyli nadwrażliwców. Zresztą nie oni jedni.


Taki Prus na przykład i jego Stanisław Wokulski. Podobnie jak Martin Eden pokochał kobietę, która nie była jego warta (?). Obaj u szczytu kariery, którą traktowali nie jako cel, ale narzędzie dla osiągnięcia celu, którym było zdobycie ręki ukochanej, zahartowani przez dotychczasowe przeciwności losu, kiedy wydawało by się, że mają już wszystko, nagle popadają w depresję i odbierają sobie życie. Tyle, że o ile w "Lalce" zaproszenie do domu kupca galanteryjnego i znajomość z nim to był szczyt tolerancji (z punktu widzenia gospodarza domu), to w "Martinie Edenie" zaproszenie biedaka, bez określonego zajęcia na rodzinne spotkania w zamożnej rodzinie nie jest niczym nadzwyczajnym. Co więcej, rodzina choć nie nadmiernie szczęśliwa jest w stanie przełknąć nawet małżeństwo córki z kimś takim, pod warunkiem, że weźmie się do uczciwej roboty. W Warszawie drugiej połowy XIX wieku byłoby to nie do pomyślenia i pan Łęcki ze zgrozy zapewne dostałby ataku apopleksji znacznie wcześniej a i panna Izabella również z pewnością nie posiadałaby się z oburzenia. Cóż, oto osiągnięcia amerykańskiej demokracji.

Widać je nawet postawie Ruth Morse, która przecież kocha Edena, nie zwodzi go, stawia sprawę jasno - chce mieć ustabilizowane, solidne, bezpieczne życie. Jakie to filisterskie! ale przecież ona ma takie samo prawo do swojego filisterstwa jak Martin do swojego indywidualizmu. Czy można mieć o to do niej pretensje, albo do jej rodziców, że chcieli szczęścia swojego córki, tak jak je rozumieli? Nikt tu Martina nie oszukiwał, wiedział w co się pakuje. Po chwilowym zauroczeniu "wyższymi sferami", wiedział ile są one warte, jakie są tam priorytety i jakie oczekiwania wobec innych. Gardzi tymi wartościami, tak jak gardzi członkami tej sfery ale też akceptuje istnienie takiego porządku. Osiągając sukces, stał się jednym z członków tych "wyższych sfer". Owszem nie zapomniał o swoim dotychczasowym życiu, co pozwala mu czuć się lepszym ale to przecież nic nie zmienia. O co mu więc chodzi? Że świat nie jest taki jakim go sobie wyobrażał? Czy gdyby Ruth nie zerwała zaręczyn, to wszystko byłoby w porządku? Przecież gdy ma do niej o to pretensja, twierdząc że zawsze był tym samym człowiekiem to i ona zawsze była tą samą kobietą - nigdy nie ukrywała, co sądzi o jego pisarskich próbach, nigdy nie tylko nie podziwiała go jako autora ale nawet nie rozumiała. Dopóki byli zaręczeni jakoś mu to nie przeszkadzało.

Jakoś nie dostrzegłem w Martinie wdzięczność wobec Ruth za jej, po części mimowolną rolę katalizatora, który wyzwolił w nim chęć innego życia, uświadomił własne braki ale także własne ukryte pragnienia. I przecież nie z poczucia wdzięczności Martin kochał Ruth. Ją czy wyobrażenie, ideał jaki sobie wymyślił po pierwszym spotkaniu? Ruth przecież się nie zmienia, ciągle jest taka sama. Gdy "zaręcza się" z Martinem i gdy zrywa z nim. On doskonale zdaje sobie sprawę z jej poglądów na świat i życie. I jest w postawie Martina wobec Ruth niekonsekwencja stawiająca go, moim zdaniem, w bardzo niekorzystnym świetle.

Otóż przyjmuje on akt odwagi z jej strony, jakim były "zaręczyny" zamożnej panny z ubogim kawalerem jako coś normalnego, a przecież nawet głupiec musiał zdawać sobie sprawę z tego, że patrząc na dzielące ich różnice społeczne nie jest to związek jak każdy inny. I warto tę odwagę ze strony Ruth zestawić z odrzuceniem przez Martina jej starań o jego względy - wówczas, gdy on jest już na szczycie. Warto spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy gdyby Ruth zdecydowała się wrócić do Martina gdy jeszcze był "w dołku" potraktowałby jej starania tak, jak to zrobił wówczas gdy odniósł sukces? Może wtedy cechy jej i jej środowiska nie byłyby jeszcze takimi barierami nie do zaakceptowania jakimi nagle okazały się potem. Ale nie ma co gdybać - biedna Ruth, uraziła miłość własną Martina! Jak mogła mu coś takiego zrobić, niektórzy faceci takich rzeczy nie tylko zapominają ale i nigdy nie wybaczają! 

sobota, 14 maja 2016

Targowisko próżności, William Thackeray

"Ach! Vanitas Vanitatum! Kto z nas jest szczęśliwy na tym świecie? Komu spełniają się marzenia? Kto jest zadowolony, gdy się spełnią? A teraz drogie dzieci, wyciągamy marionetki i otwieramy skrzynkę. Przedstawienie rozpoczęte". Tak trawestując nieco zakończenie "Targowiska próżności" mogłaby się zaczynać powieść Williama Thackeray'a, chyba jeden z bardziej rozpoznawanych tytułów klasyki, oczywiście nie za sprawą poczytności książki ale dzięki tytułowi magazynu "z pretensjami" - "Vanity Fair", lokująca się pomiędzy książkami Jane Austen i Charlesa Dickensa


To kolejne stadium stosunków damsko-męskich, wyższy poziom tego, o czym pisała Jane Austen, bo o ile u niej można je było porównać do niemrawej walki na poduszki, to u Thackeray'a mamy do czynienia już nawet nie z MMA gdzie obowiązują twarde ale jednak reguły, lecz z walką na gołe pięści a i kopnięcie kolanem w podbrzusze zdarza się od czasu do czasu. Nie ma co ukrywać, podobnie jak powieści Austen, "Targowisko próżności" jest powieścią o zamążpójściu jako metodzie przetrwania dla kobiet z "lepszej" sfery. Za mąż chce wyjść Amelia, za mąż chce wyjść Rebeka, za mąż chcą wyjść siostry Jerzego, za mąż chce wyjść każda panna, która pojawia się na kartach powieści. Można by pomyśleć, że zamążpójście jest motorem napędzającym świat londyńskiego City, przynajmniej żeńskiej jego części. Ale cóż w tym dziwnego - "pozwolę sobie sformułować bezsporną prawdę: każda kobieta bez widocznego garbu potrafi w średnio sprzyjających okolicznościach poślubić każdego, kogo zechce". Tak... i skuteczności, w tej mierze, nie można paniom odmówić. Przynajmniej głównym bohaterkom. 

Ale oprócz romansowych perypetii "Targowisko próżności" jest też, a może przede wszystkim, satyrą społeczną, w wielu momentach złośliwą i gorzką, której gorycz stosuje się nie tylko do bohaterów powieści ale także jej czytelników i okazuje się, że po ponad 150 latach książka jest zaskakująco aktualna. Owszem, czasami sarkazm Thackeray'a przeradza się, na szczęście w niezbyt długie i z rzadka, umoralniające "kazanie" nudnawe i irytujące podobnie jak dwoje głównych, pozytywnych bohaterów, bo nie ma co ukrywać - szwarccharaktery w "Targowisku próżności" wyszły znacznie lepiej niż ci, z którymi czytelnik się powinien identyfikować.

To dzięki nim targowisko próżności pokazuje swoje prawdzie oblicze. To nie dobrotliwy światek, w którym popija się herbatkę i obgaduje bliźnich ale w którym, w gruncie rzeczy, nikt nikomu nic złego nie robi a w finale wszyscy żyją długą i szczęśliwie. Nobles obliges - "to bardzo podejrzany rynek, pełen fałszu, obłudy, kłamstwa i szacunku dla pozorów". Tu nie ma sentymentów, nie ma poczucia przyzwoitości, tu się dąży do celu za wszelką ceną. Kto silniejszy, bardziej bezwzględny, ten lepszy. To świat antypatyczny, w którym podłość byleby tylko zachowywała pozory, jest czymś najzupełniej zrozumiałym. Człowiek jest skazany na rozpychanie się łokciami, walkę może nie tyle o przetrwanie, co o należne miejsce w świecie a przynajmniej takie, które uważa się za należne sobie.

Dopóki odbywa się to w kręgu ludzi tego samego pokroju można to jakoś zrozumieć i nawet wybaczyć, ale targowisko próżności nie jest hermetycznie zamkniętą enklawą i odłamkami obrywają też niewinni. A przecież to nie musi być całkiem zepsuty świat. Uczestnicy targowiska próżności mają swoje wady (któż ich nie ma) ale mają też i cechy, które czynią ich rozumianymi przez czytelnika, a nawet pozwalają zaskarbić jego sympatię. Dopiero, ci którzy są "bezkompromisowi" we własnym egoizmie i w posługiwaniu się innymi sprawiają, że gaśnie resztka zrozumienia dla nich. 

Thackeray, choć w gruncie rzeczy, napisał powieść z rodzaju "dole i niedole czyli triumf ostateczny uciśnionej cnoty", chwilami jest cyniczny (by nie powiedzieć realistyczny) do bólu. Mówi - taki jest ten świat i jeśli chcesz osiągnąć sukces musisz być Machiavellim na co dzień. Nie ma się co gorszyć, to norma. Ale jednocześnie nie ma się wątpliwości, że pisze o tym z goryczą i wiadomo czyją stronę trzyma. Stawia na wartości, które na targowisku próżności nie mają racji bytu - uczciwość, honor, rzetelność, sprawiedliwość. Owszem, wydawać się może, że na bohaterów, którzy je uznają patrzy jak na dziwadła, ze zdziwieniem, że tacy jeszcze istnieją ale nie ulega wątpliwości, że darzy ich sympatią.

Ale, nie ma co ukrywać, tak jak już wspomniałem, wypadają oni znacznie bardziej blado w porównaniu z ucieleśnieniem zła wszelakiego. Kiedy przyjrzeć się ideałowi łagodności i słodyczy jakim jest Amelia, to okazuje się, że to ale w gruncie rzeczy słodka idiotka, pierwsza naiwna, ślepa na rzeczywistość, bezradna i bezwolna, która nic robi, niczym się nie interesuje pielęgnując w sobie uczucia cierpiętnicy. Cóż za przeciwieństwo Rebeki. Ta to dopiero zrobiłaby karierę w środowisku feministek. Rozpychając się na lewo i prawo nie gorzej od mężczyzn, gdy ci usiłują się jej zrewanżować pięknym za nadobne, krzyczy - ależ jak tak można krzywdzić słabą kobietę! Pozornie walczy o równe prawa na targowisku próżności a w gruncie rzeczy chodzi jej o przywileje. W stosunku do nich obu stosuje się to prawo opisywane przez Austen, zgodnie z którym ratunkiem przed deklasacją kobiety jest zamążpójście. Tyle że jedna ujmuje własny los we własne ręce manipulując ludźmi, druga nie robi kompletnie nic, a cała jej zasługa polega na tym, że znalazł się amator takiej lokatorki cielętnika.

Co tu dużo mówić, świetna rozrywka, wciągająca powieść, budząca uczucia rozmaite, w zależności od temperamentu czytelnika - ja polecam.

środa, 20 kwietnia 2016

Król Lear, William Shakespeare

"Król Lear" Szekspira przeczytany, "Ran" Kurosawy obejrzany i co tu dużo mówić, wyszło na to, że chyba japoński wariant jest lepszy od angielskiego oryginału, ale być może to wrażenie to tylko objaw lekkiego "przejedzenia" się Szekspirem. Właściwie "Ran" jest nie tyle filmową wersją "Króla "Leara" co filmem na jego motywach i ma się do dramatu Szekspira mniej więcej tak jak "Czas Apokalipsy" Copolli do "Jądra ciemności" Conrada. Ale mimo braku ścisłego związku pomiędzy sztuką a filmem, ten dystans w stosunku do oryginału, sprawdza się. Kurosawa rzucając inne światło na dramat "twórczo rozwinął myśl" Szekspira przedstawiając możliwy wariant odczytania "Króla Leara" i "stawiając kropkę nad i" tam gdzie wcześniej było pole do domysłów.


"Król Lear" jest jakby zapowiedzią tego, co zostanie rozwinięte w "Makbecie" - konsekwencji dojścia do głosu zła drzemiącego w naturze człowieka. Zła, którego nic nie usprawiedliwia. Ani poczucie krzywdy i niesprawiedliwości jak w przypadku Edmunda, ani żądza władzy i miłość jak w przypadku Goneryli i Regany. Patrząc przez "szkiełko i oko", to co wydaje się szczególnie interesujące to postawa Edmunda - syna z nieprawego łoża. Ciążący na nim status bękarta i związane z tym odium sprawia, że jego odruch buntu i próba zajęcia należnego (?) mu miejsca jest w pełni zrozumiała. To zrozumienie topnieje jednak, gdy okazuje się, że ta próba odbywa się per fas et nefas, a tak właściwe to tylko nefas, tak że w ostateczności nic z tego pierwotnego zrozumienia, ze strony czytelnika, nie zostaje i okazuje się, że ostracyzm towarzyszący nieprawemu pochodzeniu jest uzasadniony, bo czego w końcu można się spodziewać po kimś takim.

A co z tytułowym bohaterem? Moim zdaniem, on w sumie wypada jakoś blado ze swoją nieznajomością ludzi. Jakim cudem tak długo utrzymał się na tronie? To, że lubił pochlebstwa można zrozumieć ale to że nie potrafił ich odróżnić od rzeczywistości wydaje się zaskakujące. Przecież nie jest debiutantem na tronie. To przekonanie, że mając władzę posiadło się też słuszność i nieomylność sądów, w przypadku Leara okazało się zgubne. Do tego stopnia, że ratunkiem przed rzeczywistością stał się dla niego obłęd. Tylko przed czym właściwie jest to ucieczka, czy przed rozczarowaniem postawą najbliższych, świadomością rozmiarów własnych błędów czy też niemożnością pogodzenia się z tym, że stało się nikim we własnym do niedawna państwie? To musiało zaboleć, z pana życia i śmierci stać się zwykłym człowiekiem, równym tym, o których losach się decydowało.

Ale trzeba płacić za błędy, nie można zjeść ciasteczka i mieć ciasteczko, tak jak nie można zrezygnować z panowania i oczekiwać, że nadal się będzie traktowanym jak władca. To znaczy można tego oczekiwać przynajmniej od najbliższych ale nie w świecie Szekspira, w którym obowiązuje zasada "homo homini lupus" i cel uświęca środki. Lear musi zapłacić za tak kardynalny błąd, jakim jest zdanie się na poczucie sprawiedliwości, honoru, lojalności i wreszcie miłości drugiego człowieka. To nie było z jego strony mądre posunięcie. Na "usprawiedliwienie" tego "błędu" bycia normalnym człowiekiem może tylko powiedzieć, że w tej chwili słabości nie był odosobniony. Przecież Kent zamiast dalej robić karierę przy boku następcy Leara stawia ją na szali (i przegrywa) mówiąc prawdę Learowi i próbując odżegnywać go od popełnienia błędu. Czy tak robi normalny człowiek? To już bardziej normalny, na swój sposób, jest Gloucester, chętnym uchem przyjmując oszczerstwa wobec własnego syna, zapominając kto mu je sączy.

Tak, tak, żyć w świecie dramatów Szekspira to nie przelewki. Trzeba mieć oczy i uszy na około głowy. Tu prostolinijność to prosta droga do klęski i marną pociechą jest to, że sprawiedliwość na końcu zatriumfuje skoro szanse na dożycie tej chwili są bardzo mizerne.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Poskromienie złośnicy, William Shakespeare

Nie ukrywam, jestem pod wrażeniem Szekspira w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka, tak że postanowiłem pójść za ciosem (w kolejce czeka jeszcze "Król Lear") i przypomnieć sobie "Poskromienie złośnicy", zwłaszcza, że mam do tej komedii duży sentyment, od czasu gdy obejrzałem film z Elizabeth Taylor i Richardem Burtonem, a było to w starożytnych, z punktu widzenia gimbazy, czasach, gdy nie znane były jeszcze nie tylko smartfony ale nawet telefony komórkowe. A przecież "Poskromienie złośnicy"  jest jeszcze starsze...


Dzisiaj oczywiście to przeżytek a samą komedię można uznać za skandaliczną, bo jak to, mężczyzna w sporze z kobietą może być górą?! Faktem, jest, że jak czerwona płachta na byka, na niektóre czytelniczki, podziałać może deklaracja Petruchia:

"Ona jest moją własnością, dobytkiem,
Domem, sprzętami, polem i stodołą,
Koniem i wołem, i osłem, i wszystkim.",

który zresztą nie krył, że nie tyle chodzi mu o Katarzynę, co o jej posag. A i Baptista "sprzedaje" Biankę temu z konkurentów starających się o rękę jego córki, który da więcej. Nie wygląda to dobrze.

Także "czy chcesz, czy nie chcesz, i tak cię poślubię" Petruchia nie wskazuje, oględnie rzecz mówiąc, na upodmiotowienie jego wybranki ale przecież Katarzyna po sprzeciwie podjętym w pierwszym odruchu, nie prostuje, gdy Petruchio wyjeżdża umówiwszy termin ślubu a i w dzień ślubu stawia się w kościele narażając się zresztą na impertynencje ze strony pana młodego. A wszakże to taka niezależna osoba, przecież nikt jej do niczego nie zmusza, jednak godzi się wyjść za mąż za człowieka, które poznała przed tygodniem i który "kupił" ją w ciemno. Co za policzek dla całego rodzaju żeńskiego! Co więcej, w gruncie rzeczy się nie buntuje przeciwko swemu losowi, jest tam tylko jedna silniejsza próba obrony własnej niezależności:

"(...) Mogę coś powiedzieć?
Powiem i tak. Nie jestem niemowlęciem.
Lepsi od ciebie słuchali, co mówię:
Jeśli ty nie chcesz - zatkaj sobie uszy:
Język wypowie gniew, co wzbiera w sercu:
Gniew ukrywany serce by rozerwał
Nagłą eksplozją. Muszę mu więc w słowach
Dać upust i nie krępować się niczym."
ale i ona spełzła na niczym.

Ale, przyznaję, jakoś mam wrażenie, że ostateczny skutek tych "transakcji" i "wojny płci", którą zaserwował nam Szekspir, wcale nie jest taki oczywisty jakby się to na pierwszy rzut oka wydawało. Zmiana frontu Katarzyny, to "poskromienie", to tylko zmiana taktyki. Tak jak wcześniej osiągała swoje cele krzykiem i awanturami, tak teraz osiągać je będzie układnością. Biedny, naiwny Petruchio, nawet nie będzie wiedział kiedy, a znajdzie się pod pantoflem żony. On jeszcze tego nie wie, że to tylko pozorny triumf, chwilowa możliwość napuszenia się pawimi piórami męskiej dumy i pokazania się przed kolegami. Niech biedny naiwniaczek, cieszy się tą chwilą, póki może. Będzie z niego drugi Krzysztof Okpisz, mądrala przekonany, że to on "rozdaje karty" a z którego wszyscy (prawie) robią durnia, (choć szczerze mówiąc, nie bardzo muszą się wysilać), który pozór bierze za rzeczywistość.

Wygląda na to, że Szekspir mimowolnie przecierał szlaki "samotnikowi z Królewca", odróżniając przedstawienie od rzeczywistości. Swoją drogą, ciekawe co się stało z Okpiszem, czy zrozumiał coś ze sztuki, o ile w ogóle dotrwał do jej końca, zważywszy że rokowania co do tego już w połowie pierwszego aktu były "takie sobie". Jak długo trwały jego złudzenia? Pewnie krócej Petruchia ale za to dłużej niż Lucentia i Hortensja.

Lucentiowi nawet złudzenia nie pozostały, to pokorne i układne dziewczę, jakim wydawała Bianka, pokazało pazurki jak tylko wyszło za mąż, a przecież powinien był przewidzieć co się święci. Jej zaradność w "tłumaczeniu" Owidiusza powinna była być dla niego przestrogą. Przecież tak nie zachowują się niewinne panienki z dobrych domów, co to tylko "buzię w ciup i rączki w małdrzyk". Jeśli szybko nie zrozumie, że żonaty mężczyzna ma do wyboru "albo mieć rację albo mieć święty spokój w domu", to chciałbym być w jego skórze.

Dziwna sprawa, ale w "Poskromieniu złośnicy", tej z pozoru trochę mizoginicznej (jak zapewne powiedziałyby feministki) komedii, złudzeniami żyją tylko mężczyźni. To im się wydaje, że "ogarniają" rzeczywistość, gdy tymczasem to oni są wodzeni za nos, kobiety zaś twardo stąpają po ziemi. Nic przecież nie wiadomo by wybranki Petruchia, Lucentia i Hortensja miały jakieś złudzenia i rozczarowania co do swych brzydszych połówek. Tylko w przeciwieństwie do nich, one wiedzą co robią. Ale co się w sumie dziwić, jak to ktoś powiedział, kobiety to wyższy stopień w ewolucji człowieka. 

wtorek, 5 kwietnia 2016

Makbet, William Shakespeare

Niedawno, jedna z blogerek, poruszona do żywego, tym że ośmieliłem się targnąć na "Rozważną i romantyczną" podniosła konieczność odniesienia postawy bohaterów książki do realiów epoki w jakiej książka powstała. "Coś w tym jest", jak powiedział promotor, czytając moją pracę magisterską. Rzecz w tym, że dzieło literackie par excellence jest ponadczasowe a tej akurat cechy powieść Austen jest pozbawiona. To ponadczasowość sprawia, że problem Antygony nie traci na znaczeniu mimo upływu 2500 lat. A piszę to wszystko, ponieważ niedawno obejrzałem "Tron we krwi" czyli Makbeta po japońsku. Okazuje się, że historia rozgrywająca się w XI wieku, napisana przez Anglika w wieku XVII, odczytana przez Japończyka w XX wieku jest interesująca także w wieku XXI. Postanowiłem też przekonać się jak to jest z pierwowzorem i mogę tylko żałować, że gdy po raz pierwszy go czytałem, mordowałem się z przekładem Józefa Paszkowskiego i Leona Ulricha, którzy dzisiaj w zestawieniu z tłumaczeniem Stanisława Barańczaka wydali mi się zupełnie niestrawni.


"Makbet" okazuje się interesujący nie jako dramat, w którym walczą rycerze i krew się leje ale dlatego, że prowokuje do postawienia pytań, na które nie ma chyba dobrych odpowiedzi. Czy jesteśmy niewolnikami przeznaczenia? Czy nasz los, niezależnie od naszych czynów, jest z góry wyznaczony? Dzisiaj te pytania na pierwszy rzut oka nie tylko pobrzmiewają retoryczne ale i śmieszne. Jak to, cóż za głupie pytanie, przecież tylko my decydujemy o własnym życiu! Ale czy na pewno jest z czego się śmiać? Skoro nie możemy być pewni tego co będzie się z nami działo za rok, miesiąc, tydzień czy jutrzejszego dnia, to jak możemy odpowiedzialnie twierdzić, że jesteśmy panami własnego życia. Z drugiej strony, nie popadamy też w prostrację, biernie czekając, na to co przyniesie nam dzień.

Człowiek okazuje się u Szekspira tylko igraszką losu, niezależnie od tego, czy działa, tak jak Makbet czy jest bierny, tak jak Banquo. Los jest nieuchronny a wola człowieka okazuje się nie mieć znaczenia. Czyny człowieka służą tylko ziszczeniu się fatum, ale to człowiek ponosi konsekwencje własnych czynów i od tej odpowiedzialności nic go nie może uwolnić. I trzeba przyznać, że Makbet od tej odpowiedzialności nie ucieka i nie zasłania się ani przeznaczeniem, ani żoną.

W tym małżeństwie, wydaje się, że "spodnie nosi" Lady Makbet. Podczas gdy on "i chciałby i się boi", ona wie od początku, jaka decyzja jest właściwa i zdecydowana jest iść po trupach, w dosłownym tego słowa znaczeniu, do celu. Tyle że po przekroczeniu Rubikonu zbrodni, Makbet już nie ogląda się za siebie, jedna zbrodnia pociąga za sobą kolejną, "ugrzązł w bagnie krwi i stoi w nim po kolana, świadom, że zabrnął tam, skąd powrócić byłoby mozołem cięższym, niż dalej brnąć". Chwila słabości przeminęła. Został prawdziwym twardzielem. Za to z Lady Makbet opada powłoka bezwzględności i nie jest w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności za zbrodnie, mimo, że była "tylko" ich inicjatorką a nie wykonawczynią. Naturalny porządek rzeczy zostaje przywrócony, mężczyzna okazuje się silny i ostatecznie zdobywa się na walkę z przeznaczeniem, mimo świadomości przegranej, a kobieta okazuje się słaba i załamuje się pod wpływem wyrzutów sumienia. Wszystko więc wróciło do "patriarchalnej" normy.

Co sprawia, że porządny człowiek wkracza na drogę zła i "skorpiony kłębią się w jego duszy"? - Żądza władzy, ambicja która, jak się okazuje, nieuświadomiona, tkwi w każdym człowieku, a do której wydobycia wystarczy impuls. Ambicja tak silna, że w konfrontacji z nią przegrywają wszelkie skrupuły, nawet świadomość czynienia zła.

Jeśli weźmie się to pod uwagę, to nieco inne, niż się wydaje na pierwszy rzut oka, znaczenie przybierają najsłynniejsze chyba słowa z dramatu Szekspira (swój tytuł zawdzięcza im jedna z powieści Faulknera).  Kiedy Makbet mówi, że "życie jest jedynie przelotnym cieniem; żałosnym aktorem, co przez godzinę puszy się i miota na scenie, po czym znika; opowieścią idioty; pełną wrzasku i wściekłości, a nieznaczącą nic" to, trzeba wziąć pod uwagę, kto i kiedy to mówi - człowiek ze świadomością kresu własnego życia, świadomością bycia przedmiotem w planach sił, od których zależy i świadomością bezsensowności własnych uczynków. A chociaż "życie jest jedynie przelotnym cieniem" i nic na to nie poradzimy, to od nas już zależy czy będzie "pełne wrzasku i wściekłości".