Często "ciągi dalsze" ustępują "częściom pierwszym", trochę więc z duszą na ramieniu zabrałem się za "Rajską jabłoń" ale ku mojemu przyjemnemu rozczarowaniu obawy okazały się płonne i zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że w przypadku Poli Gojawiczyńskiej kontynuacja jest nawet lepsza niż część pierwsza.
Bohaterki pozostają te same, trochę jednak starsze (ewidentnie rozpoznawalne chronologicznie są epizody związane z pogrzebem Gabriela Narutowicza i zamachem majowym, akcja kończy się w drugiej połowie lat 30-tych) ale problemy wydają się w gruncie rzeczy te same. Mierzą się z nimi nie pensjonarki ale kobiety w pełni świadome, nawet do Amelii, która sprzedała się za "wikt i opierunek" dociera prawda, że poczucie bezpieczeństwa materialnego to jednak nie wszystko, od przemiany w "tułuba", wzorem rodziców, Kwirynę ratuje tylko uczucie do męża, a nawet Bronkę, zobojętniałą na ciosy zadawane przez życie z letargu budzi miłość. Okazuje się, że proza życia, przyziemna walka o byt, niezależnie do formy jaką przybiera nie jest treścią życia, potrzeba bycia z kimś drugim by "we dwoje smutki dzielić a radości mnożyć" jest czymś podstawowym.
Tak jak bohaterki "Rajskiej jabłoni" są bardziej dojrzałe tak i obraz Warszawy i panujących stosunków społecznych sprawia wrażenie znacznie ostrzej zarysowanej. Wyraźnie widać, że Gojawiczyńska daje wyraz swoim poglądom politycznym (przy okazji wspomnianego pogrzebu Narutowicza ale także w relacjach Bronki i Ignacego). Jeszcze wyraziściej niż "Dziewczętach z Nowolipek" rzuca się w oczy krytyka działalności organizacji dobroczynnych (i to do tego stopnia, że mam wrażenie, że musiały się czymś mocno Gojawiczyńskiej narazić) stanowiących podstawową formę aktywności społecznej wyższych sfer. Przy tej okazji nasunęła mi się pewna analogia ze Strug. Czym u niego były różnego rodzaju komitety narosłe wokół wojska i wojskowych, tym u Gojawiczyńskiej są organizacje charytatywne. O ile jednak tam bohaterowie stykali się z nimi niejako "przy okazji" tak tu są one trwałym elementem krajobrazu powieści. To już nie jest tylko, jak w "Dziewczętach z Nowolipek" zarzut "rozejścia się" oferowanej pomocy i rzeczywistych potrzeb ale także oskarżenie o traktowanie tego rodzaju działalności, jako platformy do lansowania się, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli i czerpania bardziej bezpośrednich, wymiernych korzyści materialnych.
Pojawia się też nowa jakość - poszerzenie obrazu społeczeństwa Warszawy okresu międzywojennego o obraz życia mieszczaństwa w całym tego słowa znaczeniu życia (w przypadku Amelii), awansu społecznego a przede wszystkim materialnego (Kwiryna). To z jednej strony dążenie do zapewnienia sobie możliwie dostatniej egzystencji, z drugiej poczucie, że to jednak nie jest wszystko stanowi zwornik książki. To na co warto zwrócić uwagę, to fakt, że bohaterki powieści nie są postaciami z powieści kobiecych, to nie są błędne owce padające ofiarą złych mężczyzn. Żadna z nich nie jest bezwolna, każda dokonuje świadomego wyboru, z wszystkimi tego konsekwencjami niezależnie od tego czy wybiera filisterskie życie (Amelia) czy niezależność (Bronka). W którymś momencie życia zawsze są świadome własnej wartości.
Są w książce i słabsze fragmenty - jakoś mało przekonuje mnie pomysł uczynienia z Amelii lady Makbet albo przemiana Kwiryny w Wokulskiego w spódnicy. Te zabiegi wyglądają raczej na ukłon w stronę "popularnych" gustów i osłabiają wymogę "Rajskiej jabłoni". Inna wątpliwość, to nie do końca jasne przesłanie tytułu, niby jego wyjaśnienie pojawia się w finałowej scenie ale jest jakieś takie ... Co miałoby stanowić rolę biblijnego drzewa złego i dobrego, z którego zrywanie owoców jest zakazane? Dla Gojawiczyńskiej jest to samo życie, przeznaczenie przed którym nie można uciec, a gdzie tu pokusa, gdzie możliwość wyboru, rezygnacja ze szczęśliwego życia w zamian za dar wiedzy, a przecież to tego właśnie w losach bohaterek można się dopatrzeć.
Nie wiem, czy to arcydzieło polskiej literatury ale z pewnością dobra książka.
Tak jak bohaterki "Rajskiej jabłoni" są bardziej dojrzałe tak i obraz Warszawy i panujących stosunków społecznych sprawia wrażenie znacznie ostrzej zarysowanej. Wyraźnie widać, że Gojawiczyńska daje wyraz swoim poglądom politycznym (przy okazji wspomnianego pogrzebu Narutowicza ale także w relacjach Bronki i Ignacego). Jeszcze wyraziściej niż "Dziewczętach z Nowolipek" rzuca się w oczy krytyka działalności organizacji dobroczynnych (i to do tego stopnia, że mam wrażenie, że musiały się czymś mocno Gojawiczyńskiej narazić) stanowiących podstawową formę aktywności społecznej wyższych sfer. Przy tej okazji nasunęła mi się pewna analogia ze Strug. Czym u niego były różnego rodzaju komitety narosłe wokół wojska i wojskowych, tym u Gojawiczyńskiej są organizacje charytatywne. O ile jednak tam bohaterowie stykali się z nimi niejako "przy okazji" tak tu są one trwałym elementem krajobrazu powieści. To już nie jest tylko, jak w "Dziewczętach z Nowolipek" zarzut "rozejścia się" oferowanej pomocy i rzeczywistych potrzeb ale także oskarżenie o traktowanie tego rodzaju działalności, jako platformy do lansowania się, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli i czerpania bardziej bezpośrednich, wymiernych korzyści materialnych.
Pojawia się też nowa jakość - poszerzenie obrazu społeczeństwa Warszawy okresu międzywojennego o obraz życia mieszczaństwa w całym tego słowa znaczeniu życia (w przypadku Amelii), awansu społecznego a przede wszystkim materialnego (Kwiryna). To z jednej strony dążenie do zapewnienia sobie możliwie dostatniej egzystencji, z drugiej poczucie, że to jednak nie jest wszystko stanowi zwornik książki. To na co warto zwrócić uwagę, to fakt, że bohaterki powieści nie są postaciami z powieści kobiecych, to nie są błędne owce padające ofiarą złych mężczyzn. Żadna z nich nie jest bezwolna, każda dokonuje świadomego wyboru, z wszystkimi tego konsekwencjami niezależnie od tego czy wybiera filisterskie życie (Amelia) czy niezależność (Bronka). W którymś momencie życia zawsze są świadome własnej wartości.
Są w książce i słabsze fragmenty - jakoś mało przekonuje mnie pomysł uczynienia z Amelii lady Makbet albo przemiana Kwiryny w Wokulskiego w spódnicy. Te zabiegi wyglądają raczej na ukłon w stronę "popularnych" gustów i osłabiają wymogę "Rajskiej jabłoni". Inna wątpliwość, to nie do końca jasne przesłanie tytułu, niby jego wyjaśnienie pojawia się w finałowej scenie ale jest jakieś takie ... Co miałoby stanowić rolę biblijnego drzewa złego i dobrego, z którego zrywanie owoców jest zakazane? Dla Gojawiczyńskiej jest to samo życie, przeznaczenie przed którym nie można uciec, a gdzie tu pokusa, gdzie możliwość wyboru, rezygnacja ze szczęśliwego życia w zamian za dar wiedzy, a przecież to tego właśnie w losach bohaterek można się dopatrzeć.
Nie wiem, czy to arcydzieło polskiej literatury ale z pewnością dobra książka.






