poniedziałek, 1 października 2012

Hajota, zapomniana konkurentka Deotymy

Helena Janina Pajzderska domo Boguska primo voto Rogozińska urodziła się 16 maja 1862 r. Chyba nie miała szczęścia w życiu a i po śmierci popadła w zapomnienie. Co prawda o zmarłych "aut bene aut nihil", ale nie da się ukryć, że literatką była marną. Zaskakująco, o dziwo, dobrze wypadła natomiast jako tłumaczka - jej przekład "Plebana z Wakefield" Olivera Goldsmitha czyta się zaskakująco dobrze w porównaniu z jej oryginalną twórczością.

Życie prywatne zdecydowanie się jej nie układało - wygląda na to, że ze Stefanem Szolc-Rogozińskim miała "krzyż Pański". A i sama Hajota, jeśli miała charakter zbliżony do stylu, w jakim pisywała swoje utwory to na dłuższą metę też musiała być męcząca. Mnie zainteresowały w jej twórczości wątki afrykańskie. Jak wiadomo, po ślubie z Szolc-Rogozińskim (zawartym przy, oględnie rzecz ujmując, braku entuzjazmu ze strony jego rodziny), Hajota wyjechała "za mężem" na Fernando Poo u brzegów Kamerunu. Po pobycie na wyspie powróciła do Warszawy w 1891 r. Dwa lata później ukazał się jej zbiór opowiadań "Z dalekich lądów" a w 1902 r. powieść "Ostatnia butelka" - dwie najbardziej wartościowe pozycje w jej dorobku literackim. Opowiadania doczekały się nawet powojennej edycji w 1954 r., a "Ostatnia butelka" drugiego wydania w 1927 r. 



Hajota wytrzymała z Szolc-Rogozińskim siedem lat (pobrali się 29 sierpnia 1885 r.). Rozstali się niedługo po powrocie z Kamerunu ale z formalnego punktu widzenia do końca, czyli do śmierci Szolc-Rogozińskiego (1 grudnia 1896 r. w Paryżu) byli małżeństwem, choć w trakcie procesu rozwodowego, na wniosek Hajoty. O dziwo, w zapiskach dokonywanych przez nią w trakcie powrotu z Kamerunu do Polski nic jeszcze nie wskazuje na nadciągającą burzę a i w trakcie procesu, jak i po śmierci Szolc-Rogozińskiego w Paryżu, jej stosunek do niego nie był nacechowany niechęcią czy nienawiścią. Za to z zapisków Szolc-Rogozińskiego widać, że co najmniej jej nie cierpiał. Odnosi się jednak wrażenie, że takie nastawienie chyba w dużej mierze wynikało z jego trudnego charakteru i braku minimum obiektywizmu, na który nie mógł się zdobyć, trzeba przyznać, że w niekomfortowym dla siebie położeniu. Hajota zmarła 4 grudnia 1927 r została pochowana na Starych Powązkach w grobie ojca - Jana Boguskiego, dzisiaj opuszczonym i zapomnianym. Niedaleko od jej grobu pochowani zostali również związani z Afryką, choć w różnym stopniu, Małgorzata Sałacińska-Grzesiewicz i Jan Nelli Grzesiewicz ale to już całkiem inna historia. 

Jej "afrykańską" twórczość od biedy da się to jakoś czytać, widać wyraźne pokrewieństwo z twórczością Deotymy (obie panie zresztą się znały i chyba nawet lubiły, w każdym razie Hajota bywała u Deotymy) ale mówiąc szczerze jest to ten poziom, przy którym pisarki w rodzaju Grocholi, Sowy czy Enerlich mają się tak do Hajoty, jak w stosunku do nich  Virginia Woolf. To co  w niej interesujące, to obserwacje z lokalnego życia, w którym czarni występują tylko jako tło. Obserwacje dotyczące białych nie wystawiają im najlepszego świadectwa, podobnie zresztą jak i w powieściach Antoniego Dębczyńskiego ale talent zdecydowanie nie ten, że o Conradzie nie wspomnę. Poziom literacki skłania raczej do szybszego przebiegania wzrokiem po kartkach niż do namysłu i snucia refleksji, z jednym może wyjątkiem. Zdecydowanie próbę czasu przetrzymało ostatnie z opowiadań zawartych w zbiorze z 1893 r. będące całkiem ciekawą relacją z wyprawy na najwyższy szczyt Fernando Poo. 


Ale tak na prawdę popadłaby do szczętu w zapomnienie, gdyby nie to, że została zauważona i uwieczniona przez ... Juliana Tuwima w "Polskim słowniku pijackim" za sprawą określenia "ulabyryntowany": "nieunikniony night-cap, to, co u nas nazywałoby się po staropolsku do "poduszki", dopełnia zwykle brakującej miarki i znieczula wyobraźnię tak skutecznie, że "ulabyryntowany" przedstawiciel wyższej kultury pogrąża się w zupełną nirwanę" Hajota (Helena Rogozińska-Pajzderska) "Ostatnia butelka", Warszawa 1927, t. I, s. 54.

Wartość tej powieści Hajoty polega głównie na zawartych w niej obserwacjach etnograficznych i społecznych. Te pierwsze dotyczą Kalabaru (obecnie Calabar w Nigerii). "Przodem biegł człowiek w masce na twarzy, dziwacznie i jaskrawo pomalowanej, z pękami różnokolorowych piór na głowie, w obszernej, fałdzistej opończy, pozeszywanej z najrozmaitszych pstrych kawałków perkalu, aksamitu, krajowych tkanin i atłasu. W ręce trzymał spory żelazny dzwonek i wstrząsał nim co chwila. Za tym szczególnym heroldem sunęła w podrygach ogromna kula, opięta błękitną, jedwabną materją; obwieszona tasiemkami, trzęsidłami, kłami zwierząt, skórami małych małpek i węży i mnóstwem innych podobnych ozdób, z koroną wielkich, czerwonych, żółtych i błękitnych piór u szczytu, chwiejącą się na wszystkie strony. Wewnątrz tej kuli coś się wyraźnie ruszało, w wysuwające się z dalekiego obwodu bose, czarne stopy zdradzały, że tem czemś jest postać ludzka. Po bokach pędzili dwaj ludzie, również zamaskowani i w podobnych, jak pierwszych opończach tylko zamiast dzwonka trzymali w rękach po dwie spore, grube pałeczki, opatrzone w płaskie krążki na kształt rękojeści, i uderzali niemi jedną o drugą, sprawując ów tępy klekot. Chwilami z błyskawiczną szybkością opierali krążki o ziemię i, unosząc się na wyprężonych rękach, wywijali piętami w powietrzu, jak cyrkowi akrobaci. Pochód zamykała w oddaleniu kilku kroków podążająca zbita gromada jakich dwudziestu lub więcej postaci zamaskowanych, powiewających pstrokacizną opończy, a nad ich głowami, tak samo w pęki różnobarwnych piór przystrojonemi, górowało uroczyście wielkie "dżudżu" - fetysz drewniany, wyobrażający ucięty po biodra kadłub ludzki z głową o dwóch twarzach, niby zabłąkane echo Janusowego mitu, ze sterczącymi po bokach ogromnymi uszami z bawolej skóry i czworokątem drewnianych wieżyczek na wierzchołku czaszki. Potworne to bóstwo miało w obu naśladujących usta otworach po dwa szeregi wyszczerzonych zębów; policzki pomalowane na żółto z czarnymi pręgami, a nos i oczy na biało." (prawdopodobnie chodziło o orszak Ekbo/Ekpo - zdjęcie poniżej).


W drodze wyjątku, bo książka jest generalnie niedostępna, podaję tym razem streszczenie. Akcja, jak to u Hajoty, niezbyt skomplikowana. Operatywny, robiący karierę kupiec Ewerard Benson urządza przyjęcie, na które zaprasza swoich nielicznych kolegów po fachu z Kalabaru. Ale ma kłopot - statek, który zapewnia dostawy towarów i zaopatrzenie dla białych spóźnia się więc może być za mało piwa na przyjęciu. Ewerardowi wpada w oko Diana Fairlay, piękna krewna misjonarskiej pary (Hajota daje upust swojej niechęci do anglikańskich misjonarzy w każdej swojej powieści), która niemając już rodziny w Anglii zamieszkuje u nich. W czasie przyjęcia, pijani goście Bensona urządzają świętokradczy pogrzeb ostatniej butelce piwa, czym wstrząśnięta jest zarówna misjonarska para i jak i panna Fairlay, będący świadkami "uroczystości". Jednak Benson nie jest zepsuty do szpiku kości - ożywia go miłość do matki, która pozostała w "starym kraju" i sam zdaje sobie sprawę z miałkości charakterów towarzystwa, w którym się obraca, choć też i hołduje jego zwyczajom. Z jego starań o pannę Fairlay nic nie wychodzi bo jest ona oburzona jego zachowaniem, jemu zaś męska duma nie pozwala się ukorzyć i przyznać do niestosowności swojego postępowania. Tymczasem dociera do niego wiadomość o śmierci matki, która wywołuje u niego wstrząs tak, że wymaga pielęgnacji. W chorobie opiekuje się nim Diana, wbrew woli wujostwa. Na dodatek okazuje się, że matka zmarła w dniu, w którym urządzi ostatniej butelce piwa pogrzeb, który tak oburzył Dianę - postanawia więc się zmienić. Oświadcza się Dianie (okazuje się, że marzył o niej od dawna, przypadkowo spotykając w tawernie, w Anglii - Diana była córką właściciela) i wszystko kończy się szczęśliwie. W sumie wyszło ckliwe romansidło, w którym Hajota wykorzystuje nie tylko ograne schematy ale także eksploatuje motywy podpatrzone w czasie swojego pobytu w Afryce - to akurat jest dosyć interesujące - z tego wszystkiego ktoś obdarzony trochę większym talentem literackim mógłby wykrzesać znacznie bardziej interesującą historię. W sumie jednak, jak na Hajotę, niektóre partie książki wydają się być "całkiem-całkiem" i pewnie temu zawdzięczała ona swoje drugie wydanie. Na trzecie raczej nie ma szans.

12 komentarzy:

  1. Pani zupełnie mi nie znana i z tego co piszesz, jakoś nie odczuwam z tego powodu dyskomfortu. Choć z drugiej strony zawsze to żal, jak ludzie odchodzą nic po sobie nie zostawiając. No cóż Hojota pozostawiła Ostatnią butelkę. Streszczenie nie wywołało we mnie natychmiastowego poszukiwania wiekopomnego dzieła, zwłaszcza, że jak piszesz- niedostępne. Ale podziwiam, że skądś wygrzebałeś taką informację. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak pisałem w poście nic nie straciłaś nie czytając jej a gdyby nie to, że interesuję się trochę Afryką to też nie byłbym świadom jej istnienia :-). Jej twórczość bardzo szybko się zestarzała chociaż za życia cieszyła się sporą popularnością, zwłaszcza do początków XX w. Zmarła może nie w biedzie ale jak to się mówi "nie przelewało" się jej. Jej grób nie wygląda dużo gorzej od groby Deotymy mimo, że "Panienka z okienka" wydawana jest chyba do dzisiaj.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To masz bardzo dobrą pamięć :-) zanim wyjechała do Afryki, rzeczywiście popełniła kilka romansideł par excellance, potem romansową treść wplatała w afrykańskie "okoliczności przyrody".

      Usuń
    2. Inka - 17 pażdziernika 2012 r
      w starych książkach rodzinnych posiadam wymienioną książkę Hajoty. Czytałam

      Usuń
    3. To gratuluję samozaparcia :-)

      Usuń
  3. Teraz wiem skąd wzięła się nazwa ulicy Hojoty na Bielanach warszawskich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Bielanami akurat nie miała nic wspólnego bo mieszkała na Nowogrodzkiej :-)

      Usuń
  4. Hajota powiadasz ? Zastanawiam się .... nie zdradzę nad czym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Broń Boże nie zachęcam czytania - ani Hajoty ani Deotymy :-)

      Usuń
  5. Pragnę podziękować za ten wpis. Bądź co bądź Hajota pisała po polsku, tworzyła dla Polaków i... to jest dla mnie ważne. Dzięki temu artykułowi dopisałem kolejną osobę- twórcę do zbioru pisarzy zapomnianych. Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za dobre słowo i również pozdrawiam.

      Usuń