niedziela, 28 października 2012

Żywe kamienie, Wacław Berent

To prawdziwie ciężki kaliber, książka na długi spokojny wieczór (a prawdopodobnie na kilka). Jest w niej co prawda mowa o poszukiwaniu świętego Graala, jest i miłość ale wielbiciele Dana Browna i Danielle Steel lepiej niech dadzą sobie z powieścią Berenta spokój bo "ta jest powieść o duszach tułaczych i ducha człowieczego wiecznym nieukoju in figmentis rzeczy dalekich wam tu wiernie opowiedziana. Sobie i wam wiernie. A i w czwórton, jaki gęśle poddały: w trubadurski, żonglerów, goliardowy i mniszy ton, by kamieniom wschodów człeczych nadać czasów życie i kolory."


Już nawet po tej niewielkiej próbce widać, że lekko nie będzie, chociaż gdzie jej tam do "po dniu wielce słonecznym skoczniów murawiowych bezliki biorą strumienia nuty na tysiącogłosowy chorał swoich namiętności po nocach utęsknienia" czy "aż się w tym zadumaniu wmyślił po niewoli w żarliwość zamodlenia". Nie namawiam więc, ale nie dlatego, że nie warto - wręcz przeciwnie ale trochę dlatego, że mój bliski entuzjazmu odbiór książki jest "skażony" osobistym do niej stosunkiem. Trafiłem na "Żywe kamieni" jakieś ćwierć wieku temu (jak ten czas leci) za sprawą profesora a ówczesnego doktora Mieczysława Jankowiaka, o którym już kiedyś wspominałem. Czytał nam ich fragmenty i podejrzewam, że z lekkim politowaniem i zadziwieniem słuchał tego co mieliśmy do powiedzenia na ich temat. Trudność "Żywych kamieni" utrzymała się do dzisiaj (i to niezależnie od wieku czytelnika) - dla mnie była ona jakby podwójna - jak wyobrazić sobie świat barwnego (tak, tak) średniowiecza, jeśli wychowało się w cieniu gotyckiego zamku, którego wnętrza starannie wybiałkowano. To co prawda nie była żadna z twierdz, jaką mogli zobaczyć bohaterowie powieści ale od czego wyobraźnia ... Książka Wacława Berenta jest powieści o początkach zmierzchu średniowiecza. Smutek średniowiecznego miasta rozproszony jest przez wagantów (inni, niż ci o których pisał T. Gautier w "Kapitanie Fracasse" i T. Kraszewski w "Wozie wagantów"), którzy wnoszą ze sobą muzykę, taniec i poezję, a którym przewodzi goliard. Ale okazuje się, że ideał rycerstwa opiewany przez nich dotąd w pieśniach jest tylko mitem, w który nie wierzą już nawet ci, którzy z jego głoszenia żyją. Są jednak tacy, dla których to ideał ciągle żywy, którzy są mu wierni, wierni idei świętego Graala i czystej miłości rycerskiej. Nie ma jednak i dla jednych i dla drugich miejsca wśród statecznych mieszczan. O ile może żyć pośród nich kacerz, który w gruncie rzeczy jest zakorzeniony w tym starym, dobrze znanym świecie, to ci, którzy mają w sobie pęd do poznania nowych horyzontów muszą z murów miasta uciekać. Radość przegrywa z acedią, goliard, przewodnik duchowy umiera w ruinach świata, który był jego natchnieniem i u boku tej, która go kochała. Wydawałoby się więc, że melancholia i zobojętnienie zwyciężą lecz duch nowego spojrzenia, nowych pragnień, przetrwa, o dziwo, w klasztorze za sprawą nękanego wyrzutami sumienia mnicha i przeora.

"Żywe kamienie" są książką do smakowania - nie ma co ukrywać, nieco przymusowego bo archaizacja  języka, wobec której "Bolesław Chrobry" A. Gołubiewa jest dziecinnie prosty, nie mówiąc już o "Starej baśni" czy  "Krzyżakach" Sienkiewicza, i której efekt spotęgowany jest młodopolską stylizacją i licznymi aluzjami do kultury średniowiecza sprawia, że momentami przez książkę trzeba się przedzierać. Ale to przedzieranie wciąga. Jeśli więc ktoś ma czas i nastrój to będzie miał szansę sam przekonać czym były żywe kamienie i czy do dzisiaj żyją.

33 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet dwa razy w życiu :-) Z czytaniem "Żywych kamieni" nie jest chyba tak źle :-) skoro przed wojną miały pięć wydań a po wojnie dwa.

      Usuń
  2. No proszę. A u mojego Ojczastego pokutuje kilku Berentów i ja nawet miałam szczery zamiar kiedyś się za nie zabrać... nie wiedząc, na co się porywam :)

    Teraz mam lepszy ogląd sytuacji, zarówno dzięki Twojej notce jak i wpisowi Alicji2010. Chyba jeszcze odczekam. Zresztą nawet ich sobie nie przywiozłam z domu, póki co.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak pisze Alicja to cięęęęężki orzech do zgryzienia :-)

      Usuń
  3. Nazwisko mi znane, ale nie spotkałam się z jego książkami dotąd.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W antykwariacie i bibliotece jest szansa bo nie sądzę by ktoś się ośmielił go teraz wydać, a nawet gdyby to na listę bestsellerów raczej by się nie znalazł :-)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    3. Fakt, ich można podejrzewać o taki "wyskok" :-) i ewentualnie jeszcze Ossolineum w "Bibliotece Narodowej".

      Usuń
  4. Gratuluję! Ktoś, kto przeczyta Berenta, zasługuje na najwyższe uznanie.:) Lubie takie książki, które można smakować, nie boję się takich archaicznych lektur, dlatego do Berenta chciałabym wrócić, tym bardziej że duch pisarza unosi się nad krakowską dzielnicą, w której teraz mieszkam:) Zamieściłam na swoim blogu niedawno fotkę z tablica upamiętniającą jego pobyt w Krakowie.

    "Aż się w tym zadumaniu wmyślił po niewoli w żarliwość zamodlenia". Piękna fraza!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    2. Beato, bez przesady :-) sama książka na pewno nie jest archaiczna a tylko jej styl ale właśnie paradoksalnie dzięki niemu ma się wrażenie zetknięcia ze średniowieczem.

      Ja po wrażeniu jakie zrobił na mnie Parnicki "Aecjuszem, ostatnim Rzymianinem" złapałem się za "Śmierć Aecjusza" wrażenie podobne do Twoich, Alicjo, przy okazji "Końca Zgody Narodów" (za to podobno "Srebrne orły" są bardzo dobre).

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    4. Nie po to wrócił do kraju, żeby nie wydano jego książek :-) ja przymierzam się właśnie do "Srebrnych orłów".

      Usuń
    5. Nie przesadzam:D A pisząc o "archaicznych lekturach", miałam na myśli właśnie styl Berenta, o którym Lirael przywołała dawniejsze opinie krytyków. W każdym razie dobrze było sobie przypomnieć jego postać dzięki twojemu postowi. Widać, że nie gonisz za nowościami, tylko "odkurzasz" zapomniane utwory, czego nie mogę o sobie powiedzieć:) Miałam czytać arcydzieła, ale mnie ciągle coś od nich odrywa...

      Usuń
    6. Podchodzę dosyc sceptycznie do nowości, książka w coraz większym stopniu staje się towarem takim samym jak nie przymierzając buty czy krem a rozgłos zawdzięcza PR-owi a to niewiele ma wspólnego z jej wartością. Nowy bestseller co tydzień czy co miesiąc mnie nie kręci :-). A jeśli książka przetrwała kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat to znaczy, że jest coś warta. Tak że po dzisiejsze nowości sięgnę jak już będzie wiadomo, że warto :-).

      Usuń
  5. Jaka niespodzianka! To w naszej literaturze też mamy jakoweś dzieła "nie do przejścia" na podobieństwo "Ulissesa"? :) Chyba muszę się zainteresować, bo zetknęłam się tylko z nazwiskiem pisarza, a nie z jego twórczością. Ale ja nie po polonistyce;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie po polonistyce ani innej filologii :-) a co do "nie do przejścia" to myślę, że takich książek znajdzie się sporo :-) Dużo zależy od gustu i desperacji :-)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    3. "Rękopis" pewnie zniechęca samą objętością. Ja przyznaję ze wstydem utknąłem na nim ze trzy razy a film Hasa ma, jak dla mnie, właściwości usypiające :-). Teraz zabieram się za biografię Potockiego, też trzeci raz - myślę, że u mnie w domu wisi nad nim jakieś fatum :-)

      Usuń
    4. "Rękopis..." czytałam dawno temu w jakimś skróconym wydaniu i muszę przyznać, że bardzo mi się podobało. Ale pamiętam tylko swoje wrażenia, a nie treść. :)

      Usuń
    5. Ooo ... ?! Nie miałem pojęcia, że było jakieś skrócone wydanie! :-)

      Usuń
    6. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    7. Mam, wydaje mi się, że przyzwoite wydanie czytelnikowskie z 1965 r. - nie działa :-), a męczę się nad biografią F. Rosseta i D. Triaire wydaną w serii "Fortuna i fatum". Sam nie wiem czemu tak ciężko mi to idzie bo jest naprawdę dobrze napisana.

      Usuń
    8. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    9. To trochę mi ulżyło bo już myślałem, że ze mną coś jest nie tak :-) ale nie poddaję się :-)

      Usuń
  6. Właśnie przeczytałam, że Berent (doktor ichtiologii!) był zwany m.in.: „architektem prozy polskiej”, „polskim Flaubertem”, „wirtuozem stylu”, „arcyoryginalnym cyzelatorem słowa polskiego”. Szczególnie zainteresował mnie "polski Flaubert", choć zacytowane przez Ciebie fragmenty raczej nie wskazują na liczne podobieństwa.
    Średniowiecze mnie fascynuje od dawna, trubadurzy i truwerzy szczególnie, więc może kiedyś zmierzę się z tych orzechem. :) Mam nadzieję, że moje uzębienie na tym nie ucierpi. Ewentualnie będę domagać się odszkodowania. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Żywe kamienie" nie wskazują na to by Berent był "polskim Flaubertem" za to "arcyoryginalnym cyzelatorem słowa polskiego" już tak :-). Ja, pamiętając o Berencie, zabrałem się kiedyś za Wolframa von Eschenbacha :-) - życzę zdrowia w tym oczywiście zdrowych zębów :-).

      Usuń
  7. Powracasz do przeszłości, odkurzasz wspomnienia. Czytałam, czytałam, ale w ogóle nie pamiętam tego z lekcji. Chociaż ... coś mi się przypomina, ale jakoś mętnie. Musimy chyba zorganizować jakieś grupowe wspominkowe spotkanie :-). Za parę lat będzie "okrągła" okazja. Pozdrawiam. D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. D.! Nie dziwię Ci się, że mętnie to pamiętasz, jestem raczej pełen podziwu, że w ogóle coś Ci się przypomina :-).

      Usuń
  8. A ja mogę pochwalić sie, że przed chwilą skończyłam czytać Berenta i wykorzystam go w prezentacji maturalnej :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie taki diabeł straszny ...? Prawda?! :-) Życzę powodzenia na maturze :-)

      Usuń
  9. A propos Koniec Zgody Narodów - jeśli Alicja i jej podobni nie rozumieją jestnagranie Polskiego Radia w którym występował Krzysztof Chamiec (tak, tak ni eto co dziś - chały amerykańskie na każdej stacji Orlenu...)
    Berenta pokochałem po przeczytani 4 różnych tłumaczeń Nietzschego - to co nowe nie jest niestety zawsze lepsze, a już zwłaszcza kiedy porówna się Sonety Szekspira w tłum. Słomczyńskiego w gazetowym Barańczakiem...Parnickiego Koniec... przetłumaczono na francuski - nawet dobrze, ale i tak najlepsza na początek Beatrycze z uagi na wielośc zdań podrzędnie złożonych już u nas nigdzie nieużywanych

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwagi do Alicji najlepiej kierować na jej aktualnym blogu www.archiwummeryorzeszko.blogspot.com.

      Usuń