Lubię wiedzieć - podobno szybciej się przez to człowiek starzeje, ale dla mężczyzny (to ważne) nie jest to aż tak istotne. Postanowiłem więc trochę "pociągnąć" moją znajomość z Konopnicką, co prawda "Szkolnych przygód Pimpusia Sadełko", wbrew pierwotnemu zamiarowi, nie zaserwowałem swojemu synkowi ale za to sam uraczyłem się "Naszą szkapą" i "Miłosierdziem gminy" w myśl zasady "omne trinum perfectum" i przystąpiłem do lektury książki Leny Magnone.
Wydawnictwo słowo/obraz terytorium, luka w podejmowaniu tematu i budząca respekt objętość książki zapowiadały się obiecująco. I może tym większy był mój zawód. Już wstęp zabrzmiał ostrzegawczo, gdy dowiedziałem się, że celem Autorki "nie jest ani budowanie, ani rujnowanie, ale spowodowanie rozchwiania" podczas gdy sądziłem, że celem książki jest pokazanie postaci Marii Konopnickiej taką jaką była w rzeczywistości i przedstawienie jej twórczości, albo jakby to powiedziała Lena Magnone jej dekodowanie. Im dłużej książkę czytałem tym bardziej też doceniałem angielski styl żartu, że jest ona "nieznacznie skróconą i poprawioną wersją pracy doktorskiej" bo aż prosi się one o rzeczywiste skrócenie o wywody, które z postacią bohaterki książki i jej twórczości nie mają nic wspólnego i aż włos jeżył się na głowie na myśl, jak wyglądała niepoprawiona wersja pracy. "Konopnicka. Lustra i symptomy" jest klinicznym przykładem braku umiejętności pisania prostym językiem i jasnego przekazywania myśli. O ile w przypadku pracy doktorskiej jest to jeszcze jakoś usprawiedliwione bo wiadomo, że nikt jej nie czyta i ląduje ona na półkach biblioteki uniwersyteckiej nabierając kurzu, to w przypadku publikacji adresowanej bądź co bądź do czytelnika "masowego" wypada zadać sobie nieco trudu i przedstawić wariant nadający się do czytania. Tymczasem czytelnik jest skazany na przedzieranie się przez gąszcz różnorakich dygresyjnych zastrzeżeń/objaśnień/wprowadzeń, które imponują poziomem erudycji Autorki ale nie posuwają jego wiedzy na temat Konopnickiej i jej twórczości nawet o krok. Ona sama, jako absolwentka pensji u sióstr sakramentek pewnie byłaby zdumiona, że do książki o niej został wmieszany Hegel, Kant, Schopenhauer czy Nietzsche. Efekt tego jest mniej więcej taki, jak w przypadku molierowskiego Pana Jourdain, który dowiaduje się od nauczyciela, że mówi prozą. Lena Magnone, z kolei zapoznaje nas z równie odkrywczą konstatacją, zgodnie z którą "przyjmujemy założenie o pierwotności mowy wobec pisma", podpierając to "założenie" (sic!) - ręka w górę, proszę te osoby, które najpierw pisały a dopiero potem mówiły - autorytetem Jacquesa Derridy. Można się też dowiedzieć, że "Odkrycie niekompletności matki, która na etapie preedypalnym funkcjonowała dla dziecka nie tylko jako zbiornik wszystkiego co pożądane, ale również figura jedności, całości, jest w oczywisty sposób traumatyczne" ale uczciwie trzeba przyznać, że jest to doprawdy pestka z niektórymi stwierdzeniami, z uporem godnym lepszej sprawy, przywoływanego przez Autorkę, Jacquesa Lacana, którego bełkot został obśmiany w głośnej swego czasu, a publikowanej także w Polsce książce "Modne bzdury: o nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów". Cały ten "naukawy barok" aż prowokuje do postawienia pytania, czy Autorka naprawdę musi spoglądać na Konopnicką wyłącznie przez cudze okulary? Innym mankamentem książki, o którym, trzeba oddać sprawiedliwość, Lena Magnone lojalnie informuje, jest brak chronologiczności wywodów. Nie mają one związku ani z kolejami życia Konopnickiej ani jej twórczości, co nawet jeśli już się przekopiemy przez balast, o którym wcześniej wspominałem i dotrzemy do sedna książki nie ułatwia w uporządkowaniu wiadomości na temat poetki. A jak na tak olbrzymią pracę (choć moim zdaniem w większości niepotrzebną) tych informacji jest zaskakująco niewiele. Nawet to co miało stanowić crème de la crème, czyli listy do córek nieco rozczarowuje ponieważ Autorka zajmuje się relacjami Konopnickiej tylko z dwójką swoich dzieci, "zaniedbując" pozostałą czwórkę, choć w odniesieniu do Heleny i Laury trzeba przyznać jest to rzeczywiście ciekawy materiał. Interesujące są również wywody dotyczące mitologizacji własnego dzieciństwa i autokreacji Konopnickiej, wreszcie stosunku do niej i jej twórczości współczesnych. Przyznaję, książkę przeczytałem tylko w 2/3 a i to uważam, za osiągnięcie - więcej było ponad moje siły - cóż, wygląda na to, że na biografię Konopnickiej z prawdziwego zdarzenia ciągle jeszcze trzeba poczekać.









