niedziela, 20 stycznia 2013

Konopnicka. Lustra i symptomy, Lena Magnone

Lubię wiedzieć - podobno szybciej się przez to człowiek starzeje, ale dla mężczyzny (to ważne) nie jest to aż tak istotne. Postanowiłem więc trochę "pociągnąć" moją znajomość z Konopnicką, co prawda "Szkolnych przygód Pimpusia Sadełko", wbrew pierwotnemu zamiarowi, nie zaserwowałem swojemu synkowi ale za to sam uraczyłem się "Naszą szkapą" i "Miłosierdziem gminy" w myśl zasady "omne trinum perfectum" i przystąpiłem do lektury książki Leny Magnone. 


Wydawnictwo słowo/obraz terytorium, luka w podejmowaniu tematu i budząca respekt objętość książki zapowiadały się obiecująco. I może tym większy był mój zawód. Już wstęp zabrzmiał ostrzegawczo, gdy dowiedziałem się, że celem Autorki "nie jest ani budowanie, ani rujnowanie, ale spowodowanie rozchwiania" podczas gdy sądziłem, że celem książki jest pokazanie postaci Marii Konopnickiej taką jaką była w rzeczywistości i przedstawienie jej twórczości, albo jakby to powiedziała Lena Magnone jej dekodowanie. Im dłużej książkę czytałem tym bardziej też doceniałem angielski styl żartu, że jest ona  "nieznacznie skróconą i poprawioną wersją pracy doktorskiej" bo aż prosi się one o rzeczywiste skrócenie o wywody, które z postacią bohaterki książki i jej twórczości nie mają nic wspólnego i aż włos jeżył się na głowie na myśl, jak wyglądała niepoprawiona wersja pracy. "Konopnicka. Lustra i symptomy" jest klinicznym przykładem braku umiejętności pisania prostym językiem i jasnego przekazywania myśli. O ile w przypadku pracy doktorskiej jest to jeszcze jakoś usprawiedliwione bo wiadomo, że nikt jej nie czyta i ląduje ona na półkach biblioteki uniwersyteckiej nabierając kurzu, to w przypadku publikacji adresowanej bądź co bądź do czytelnika "masowego" wypada zadać sobie nieco trudu i przedstawić wariant nadający się do czytania. Tymczasem czytelnik jest skazany na przedzieranie się przez gąszcz różnorakich dygresyjnych zastrzeżeń/objaśnień/wprowadzeń, które imponują poziomem erudycji Autorki ale nie posuwają jego wiedzy na temat Konopnickiej i jej twórczości nawet o krok. Ona sama, jako absolwentka pensji u sióstr sakramentek pewnie byłaby zdumiona, że do książki o niej został wmieszany Hegel, Kant, Schopenhauer czy Nietzsche. Efekt tego jest mniej więcej taki, jak w przypadku molierowskiego Pana Jourdain, który dowiaduje się od nauczyciela, że mówi prozą. Lena Magnone, z kolei zapoznaje nas z równie odkrywczą konstatacją, zgodnie z którą "przyjmujemy założenie o pierwotności mowy wobec pisma", podpierając  to "założenie" (sic!) - ręka w górę, proszę te osoby, które najpierw pisały a dopiero potem mówiły -   autorytetem Jacquesa Derridy. Można się też dowiedzieć, że "Odkrycie niekompletności matki, która na etapie preedypalnym funkcjonowała dla dziecka nie tylko jako zbiornik wszystkiego co pożądane, ale również figura jedności, całości, jest w oczywisty sposób traumatyczne" ale uczciwie trzeba przyznać, że jest to doprawdy pestka z niektórymi stwierdzeniami, z uporem godnym lepszej sprawy, przywoływanego przez Autorkę, Jacquesa Lacana, którego bełkot został obśmiany w głośnej swego czasu, a publikowanej także w Polsce książce "Modne bzdury: o nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów". Cały ten "naukawy barok" aż prowokuje do postawienia pytania, czy Autorka naprawdę musi spoglądać na Konopnicką wyłącznie przez cudze okulary? Innym mankamentem książki, o którym, trzeba oddać sprawiedliwość, Lena Magnone lojalnie informuje, jest brak chronologiczności wywodów. Nie mają one związku ani z kolejami życia Konopnickiej ani jej twórczości, co nawet jeśli już się przekopiemy przez balast, o którym wcześniej wspominałem i dotrzemy do sedna książki nie ułatwia w uporządkowaniu wiadomości na temat poetki. A jak na tak olbrzymią pracę (choć moim zdaniem w większości niepotrzebną) tych informacji jest zaskakująco niewiele. Nawet to co miało stanowić crème de la crème, czyli listy do córek nieco rozczarowuje ponieważ Autorka zajmuje się relacjami Konopnickiej tylko z dwójką swoich dzieci, "zaniedbując" pozostałą czwórkę, choć w odniesieniu do Heleny i Laury trzeba przyznać jest to rzeczywiście ciekawy materiał. Interesujące są również wywody dotyczące mitologizacji własnego dzieciństwa i autokreacji Konopnickiej, wreszcie stosunku do niej i jej twórczości współczesnych. Przyznaję, książkę przeczytałem tylko w 2/3 a i to uważam, za osiągnięcie - więcej było ponad moje siły - cóż, wygląda na to, że na biografię Konopnickiej z prawdziwego zdarzenia ciągle jeszcze trzeba poczekać. 

sobota, 19 stycznia 2013

Saturn, Jacek Dehnel

Oj, przydała się lektura "Goyi", przydała, bo mam wrażenie, że książce Hughes'a Jacek Dehnel ma znacznie więcej do zawdzięczenia niż skłonny jest przyznać w lakonicznej wzmiance w posłowiu "Od autora". Widać to choćby po motywach świń oczyszczających ulice Madrytu czy odciętych uszu i palców (co było zwyczajem jednego z guerrilleros w okresie wojny z Francuzami). Jak by jednak nie było, z czystym sumieniem mogę powiedzieć;  komfort wiedzy o tym, o czym wspominają bohaterowie "Saturna" - bezcenne ...  


"Saturn" to książka o niszczącej relacji pomiędzy ojcem i synem, do której ewidentnie nawiązuje reprodukcja z okładki jak i motyw ołowicy (saturnismo), o którym wspomina matka Javiera, a która jest przyczyną poronień i śmierci innych dzieci artysty.

Oczekiwania, pokładanie niespełnionych nadziei, rozczarowanie z jednej strony, z drugiej zaś lęki, frustracje z powodu poczucia niesionego rozczarowania i co najmniej niechęć. A przecież ojciec i syn mimo wzajemnych oskarżeń nie są sobie obojętni, nie rozchodzą się każdy w swoją stronę by zapomnieć o sobie lecz nadal się ranią. Uczucia i nadzieje zostają przeniesione z syna na wnuka, który też czuje się bardziej związany z dziadkiem niż ojcem.

Ale okazuje się, że jak deus ex machina następuje "przebudzenie" po śmierci ojca. Uwolniony od tłamszącej go pogardy i poczucia niezrozumienia, Javier pokazuje swoje prawdziwe oblicze - podobieństwo do ojca - jako autor malowideł nawiązujących do jego najbardziej niepokojących prac. Świadomie niszczy swoje freski nawiązujące do okresu "knotów" Goyi, mających odzwierciedlenie w projektach tapiserii schlebiających gustom rodziny królewskiej i daje tym samym upust temu co męczyło go przez całe dotychczasowe życie.

Ostatni monolog Javiera brzmi tak jakby jego autorem był sam Francisco, a "wspominki" Mariano można wziąć za, wydawałoby się, naturalną konsekwencję "rozwoju" ojca. Tak więc w ostatecznym rozrachunku to nie syn zawiódł nadzieje Goyi lecz wnuk, który tak dobrze się zapowiadał, a który okazuje się tylko trutniem myślącym o pieniądzach i przejadającym otrzymaną w spadku fortunę. (W rzeczywistości ani jeden ani drugi nie wyróżnili się niczym szczególnym i nic nie wiadomo by Javier namalował jakiś obraz, choć ojciec w jednym z listów określił go mianem malarza).

Nie wiem jak czytałbym powieść Dehnela nie znając biografii Goyi, zapewne robiłaby wrażenie bardziej ezoterycznej, ale niezależnie od tego miałem wrażenie, że stanowi ona na swój sposób kontynuację i rozwinięcie motywu starości i brzydoty, który widoczny był w "Lali", w partiach dotyczących starości tytułowej bohaterki. Będąc oczywiście książką odmienną, "Saturn" chyba jednak nie jest tak dobry jak "Lala".

Trochę rozczarowująca jest dla mnie "ścisłość" w wykorzystywaniu biografii artysty i interpretacje "Czarnych obrazów". Zwłaszcza po nich spodziewałem się czegoś co rzuca na kolona - nie rzuciło. "Kulawo" wyszedł też motyw stosunków homoseksualnych Francisco i jego przyjaciela i nie chodzi o to, że ten motyw został wykorzystany nie tylko w "Domu dla obłąkanych" (dostrzec go można również w cyklu "Kaprysy") ale bardziej dlatego, że w świetle jednego z wcześniejszych monologów Francisco domysły te brzmią w książce po prostu niewiarygodnie. Nie jest to książka, o której wiem, już tuż po przeczytaniu, że będę musiał do niej wrócić ale to niezła powieść i oby takich więcej.

niedziela, 13 stycznia 2013

Skarb pradziadka, Ewa Kołaczkowska

Nie wytrzymałem. Z uporem godnym lepszej sprawy usiłuję ambitnie przeczytać całą "Komedię ludzką" ale pokonała mnie "Tajemnicza sprawa" i postanowiłem sobie odpocząć od Balzaka wracając do jednej z książek mojego dzieciństwa. Wybór padł na "Skarb pradziadka", między innymi za sprawą ilustracji Antoniego Uniechowskiego, które na zawsze (?) utkwiły mi w pamięci, choć doceniłem je dopiero jako dorosły, a na którego chyba trochę zapomniany grób natknąłem się na spacerze po Powązkach Wojskowych.


Książka doczekała się kilku wydań - 1957, 1969, 1976, 1980 i 2000 (moje pochodzi z 1976)  i kiedy wróciłem do niej po latach byłem zaskoczony, że autorce mimo, że powieść powstała w "nieciekawym" okresie udało się ustrzec naznaczenia tamtą epoką. Widać w niej wyraźny sentyment do stron rodzinnych, bo Ewa Kołaczkowska uwieczniła miejscowości ze swojego regionu (urodziła się w Strzyżewicach niedaleko Bychawy) przynajmniej z nazwy - Zaraszów, Fajsławice czy Krasnystaw, przedstawiając też jednocześnie ich "syntetyczny" obraz. Jest w "Skarbie pradziadka" atmosfera małego, biednego, miasteczka, które chwile swojej chwały ma już dawno za sobą, w przededniu wybuchu I wojny światowej, choć jego opisy kojarzyć się też chwilami mogą z obrazami Józefa Szermentowskiego. Świat, którego już nie ma, w którym ksiądz proboszcz, doktor, aptekarz i organista nadawali ton, w którym wszystko idzie utartym torem od pokoleń i na "wieki wieków". I w tym wszystkim znajdują się dzieci, które przyjechały na wakacje, uatrakcyjniając je sobie poszukiwaniami rodzinnego skarbu, którego pamięć związana jest z okresem powstania styczniowego.

Dzisiaj już takich książek się nie pisze - z wartką akcją, emocjami, w którym młodych bohaterów i czytelników traktuje się serio. Gdzie akcja osadzona jest w historii, nie tylko tej przez duże "H", gdzie nawiązuje się do tradycji miejsca, z którym się jest związanym, i w której przesłanie "nic nie jest warta młodość bez podziwu i miłości. Choćbyśmy się nawet czasami pomylili. Taki ogień wzbogaca"  nawiązuje do dumy z historii własnej rodziny, jednocześnie unikając zbędnego dydaktyzmu i moralizowania - dzisiaj to wszystko jest już, mam wrażenie, passé, niestety.

Ale w sumie nie się co się dziwić. Niedawno znalazłem, na na całkiem niezłym blogu Książki zbójeckie "wyzwanie" dotyczące literatury średniowiecznej a w zestawie "lektur uzupełniających" zupełny brak klasyki polskiej powieści historycznej, jak chociażby "Czerwonych tarcz" Iwaszkiewicza, "Krzyżowców" Kossak-Szczuckiej, "Kamienie wołać będą" Malewskiej czy "Bolesława Chrobrego" Gołubiewa. Na moje "dociekania" Autorka z rozbrajającą szczerością wyznała, że książek tych ... nie zna. Oczywiście można i tak. Wiadomo, że literatura polska nigdy nie nadawała tonu, choć wiele z jej pozycji to powieści wybitne a ja wyrosłem, przyznaję być może w naiwnym przekonaniu, że istnieje pewne quantum, jakiś wzorzec z Sèvres bez znajomości, którego nie ma co w ogóle podejmować rozmowy. Ale widać czasy się zmieniają - o, tempora, o mores!

W każdym razie tym, którzy mają latorośle wykazujące zainteresowanie historią i wieku "młodszej młodzieży", "Skarb pradziadka" polecam a i samemu można przy tym odpocząć, bo warsztat literacki Ewy Kołaczkowskiej wychodzi daleko poza poziom, jaki kojarzy się z literaturą dla dzieci i młodzieży.

środa, 9 stycznia 2013

Mendel Gdański, Maria Konopnicka

Skusiłem się na "Wybór pism" Marii Konopnickiej z 1954 r., nie dlatego, że jakoś za nią przepadam, raczej wręcz przeciwnie - irytuje mnie jej łzawość i sentymentalizm, ale, tak przyznaję, ze ... snobizmu - trafił mi się bowiem egzemplarz oprawiony w skórę a z wiekiem co raz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że hasło "nie ocenia się książki po okładce" jest najprawdopodobniej sloganem wymyślonym przez wydawców, którzy byle jak oprawiali książki.  


Jakby nie było, książka jest u mnie (skan powyżej to oryginał wydania bez papierowej obwoluty) i niezależnie od oceny twórczości Konopnickiej, która została wyciągnięta ostatnio z lamusa za sprawą jej domniemanego homoseksualizmu, trochę odświeżyłem sobie pamięć. "Nasza szkapa", "Miłosierdzie gminy" czy "Mendel Gdański" to były żelazne punkty w programie lektur za moich czasów a "Franek" był jedną z książek mojego dzieciństwa. Dzisiaj niewiele ostało się z dorobku literackiego Konopnickiej - może jeszcze literatura dla dzieci ("Na jagody", "O krasnoludkach i sierotce Marysi", "Przygody Pimpusia Sadełko"  czy wierszyki w rodzaju "Stefka Burczymuchy") trzyma się resztą sił, choć u moich dzieci jakoś nie znalazła życzliwego przyjęcia. Ale do rzeczy ... Na pierwszy ogień poszedł "Mendel Gdański". Kiedyś sądziłem naiwnie, że tytuł odnosi się do jednostki miary, która została zastosowana w Gdańsku ale moje przypuszczenia sprawdziły się tylko połowicznie, w odniesieniu do imienia tytułowego bohatera, który zawdzięczał je poniekąd męskiej sprawności swojego ojca jako piętnaste dziecko, to jego nazwisko jest pokłosiem działalności E.T.A. Hoffmanna (lub któregoś z jego kolegów) w czasie jego urzędniczej kariery, kiedy to nadawano Żydom charakterystyczne nazwiska w dużej mierze nawiązujące do miejsca zamieszkania czy urodzenia. Nawiasem mówiąc, o ile można co najwyżej domniemywać, gdzie się rozgrywa akcja (Stare Miasto w Warszawie), to na pewno można wykluczyć z tego domniemania właśnie Gdańsk. Nowela, jak wiadomo, powstała w 1890 r., na "polityczne zamówienie" a ściślej mówiąc na prośbę Elizy Orzeszkowej, gdy pamięć o pogromach, które miały miejsce w Polsce (także w Warszawie) na początku lat 80-tych XIX w. była jeszcze świeża. Pytanie - jak należy ocenić pogromy? - nie jest pytaniem na inteligencję, nic więc dziwnego, że Konopnicka wypowiedziała się przeciwko antysemityzmowi. Jeśli się jednak dobrze wczytać w nowelę, to widać, że starała się by ten antysemityzm był przedstawiony w sposób, że tak powiem, jak najbardziej strawny dla masowego czytelnika. Są u niej dwa rodzaje antysemitów. Antysemityzm pierwszych przejawia się tylko w stwierdzeniach w rodzaju "Żyd zawsze Żydem", co owszem jest denerwujące i mało odkrywcze, ale stąd jeszcze daleka droga do bezpośredniej przemocy (z tym rodzajem antysemityzmu "rozprawi się" dopiero Sartre w "Rozważaniach o kwestii żydowskiej"). W gruncie rzeczy są nieszkodliwi, o ile głupota może być nieszkodliwa, bo przecież od lat są klientami (dependent) i sąsiadami (zegarmistrz) Mendla Gdańskiego i relacje między nimi układały się całkiem poprawnie. Drudzy to bezpośredni uczestnicy pogromu, mający swoją forpocztę w postaci "chłopaków" i "obdartusa", i wiadomo o nich tylko tyle, że to "niedorostki" (a młody to głupi) oraz "pijani" (wszyscy wiedzą, co wódka robi z człowieka i że pijany nie jest sobą), to nie są więc zwykli obywatele. Zresztą tytułowy bohater noweli sam skłonny jest uznać, że źródłem antysemityzmu jest patologia "to powiada wódka, to powiada szynk, to powiada złość i głupota, to powiada zły wiatr co wieje" - "o, sancta simplicitas!". Zwykli obywatele, stają w obronie Mendla i jego wnuka, wiarą (przykład księdza z szacunkiem odnoszącego się do modlącego się Mendla, krzyż ofiarowany przez sąsiadkę i mający stanąć w oknie) oraz pokazem siły i determinacji (student). Okazuje się, że sam Żyd jest bezradny, jego duma ofiary nie stanowi żadnej ochrony przed agresją tłumu. Gorzej - ona ją tylko rozjątrza. Niby wszystko u Konopnickiej kończy się dobrze; Mendel wyszedł cało z opresji, ugodzony kamieniem wnuczek wyzdrowieje, szyba w rozbitym oknie pewnie będzie wstawiona, ale nie ma co kryć jakiś niesmak w sercu pozostał ... 

wtorek, 8 stycznia 2013

Absalomie, Absalomie ... , William Faulkner

Trochę czasu mi to zajęło ale udało się ... , wiedziałem od razu, że łatwo nie będzie, ale że był jeden z dawno zaplanowanych "powrotów" więc niejako nie miałem wyjścia i nie żałuję. I myślę, że ci którzy skuszą się na "Absalomie, Absalomie ..." (tajemnicą wydawcy pozostanie, dlaczego tytuł w oryginale zakończony wykrzyknikiem, w polskim tłumaczeniu kończy się wielokropkiem) również żałować nie będą. Nie ma się jednak co oszukiwać, to nie jest książka dla każdego. Niby jest tu wszystko co gwarantuje sukces literaturze popularnej ale to proza "gęsta", przez którą trzeba się mozolnie przebijać choć jednocześnie warta każdej godziny z nią spędzonej, posiadająca to "coś" - atmosferę, która fascynuje i wciąga czytelnika odsłaniając z wolna koleje losów Thomasa Sutpena i tych, którzy mieli nieszczęście się z nim zetknąć.


Powieść Faulknera, uchodzi za najlepszą w jego twórczości i zwieńczenie cyklu rozgrywającego się w hrabstwie Yoknapatawpha na Południu Stanów Zjednoczonych. Mimo swego starotestamentowego tytułu mi bardziej kojarzy się z antyczną tragedią. Żądza bogactwa, kazirodcze uczucie, nie znające hamulców pragnienie posiadania męskiego potomka, bratobójstwo to tylko niektóre z motywów, które dają się zauważyć bez większego wysiłku a nadających się na temat dla któregoś z wielkich tragików. I oczywiście pycha poprzedzająca upadek - by nawiązać do biblijnej opowieści o synu króla Dawida. Jeśli patrzeć na "Absalomie, Absalomie ..." z tej strony, to przesłań takich znaleźć można bez większego trudu znacznie więcej jak chociażby odpowiedź Faulknera na pytanie z księgi Koheleta  "Cóż przyjdzie pracującemu z trudu, jaki sobie zadaje?" - "człowiek wciąż i wciąż próbuje albo nawet musi próbować wciąż i wciąż, aż nagle ni stąd ni zowąd jest już po wszystkim i z tego całego próbowania zostaje tylko jakaś kamienna płyta z wydrapanym napisem, o ile w ogóle znajdzie się ktoś, kto pamięta, żeby się zająć wydrapaniem napisu, i zabiera się do tego, i ma na to czas. I na tę płytę deszcz pada, słońce świeci i po jakimś czasie już nikt nie pamięta ani tego imienia, ani niczego, co ten wyryty napis usiłuje wyrazić, więc to wszystko już nie ma znaczenia." Ten wanitatywny motyw dotyczy jednak bardziej protoplasty rodu, który równie szybko powstał jak zniknął. Historia Charlesa Bona pełniącego rolę tytułowego Absaloma, a która wbrew temu co mogłoby się wydawać ustępuje historii jego ojca, podobnie zresztą jak w w jego przypadku, bardziej dotyka, moim zdaniem, motywu kary za grzech pychy - hybris, jakim było życie "z bezwzględnym  (...) kodeksem pozwalającym brać wszystko, co się chce, byleby tylko było się dostatecznie silnym." Ma się też wrażenie, że nad bohaterami powieści wisi fatum, które stoi na drodze ich pragnieniom. Fatum, które ma postać rasizmu. O ile w pierwszym pokoleniu jest on reakcją na poniżenie i biedę i kojarzy mi się bardziej z postawą ojca Ruperta Andersona ("Missisipi w ogniu") oraz jego pytaniem "od kogo masz być lepszy jeśli nie od czarnucha?", to już w drugim jest rasizm "zaprogramowany", w którym się wyrasta i dojrzewa. Jego moc dominuje nad wszystkim - okazuje się bowiem, że bratobójstwo nie jest skutkiem obaw przed kazirodczym związkiem przyrodniego brata lecz niemożnością akceptacji kolorowego jako członka najbliższej rodziny. Przysłania on właściwy sens wizyty, która przez jednych odbierana jest jako mająca zwieńczyć kazirodczy związek choć w gruncie rzeczy miała zakończyć złudzenia zakochanej dziewczyny, która wierzy, że "miłość z wiarą na pewno istnieje, bo inaczej za cóż by mężczyźni walczyli? Za cóż innego warto by im było umierać? Przecież nie w puste imię honoru czy za dumę, czy nawet za pokój, ale za miłość z wiarą, która po nich pozostaje." i silniejsza jest niż moc tabu. Ale w gruncie rzeczy to tylko domysły, brak pewności którego są skutkiem, to efekt ciągle zmieniających się postaci relacjonujących wydarzenia. Czytelnik sam musi wyłuskiwać to co było faktem a czasami tylko hipotezą, która usiłuje odtworzyć motywy, jakimi kierowały się dramatis personae w rezultacie niekiedy zaciera się granica pomiędzy tym co rzeczywiste i nierzeczywiste.

Kończyłem książkę z pewnym żalem i wiem, że jeszcze do niej wrócę, bo ma się wrażenia, że obcuje się, nie chcę powiedzieć z czymś wielkim, żeby nie popadać w patos, ale z całą pewnością nieszablonowym i budzącym respekt, tylko tym razem z ambitnym zamiarem napisania, nie tylko "zajawkowej", jak ta wzmianki, ale sążnistej recenzji w rodzaju "kawał dobrej, kompletnie nikomu nie potrzebnej roboty".

czwartek, 3 stycznia 2013

Wojna futbolowa, Ryszard Kapuściński

Miałem, przyznaję nie poparte żadnymi "twardymi" przesłankami, przeświadczenie że "Wojna futbolowa" należy do najlepszych książek Ryszarda Kapuścińskiego. Po rozczarowującym "Hebanie" przypuszczałem, że będzie to powrót do klasy, jaką pisarz zaprezentował w "Cesarzu". Ale okazało się, że jeszcze nie tym razem, jeszcze nie.


Może była to książka ciekawa w epoce PRL-u (pierwsze wydanie ukazało się w 1978 r. a poszczególne rozdziały powstawały na przestrzeni lat 1960-1976), w państwie w którym szczytem wakacyjnych możliwości wyjazdu za granicę był urlop w "Złotych Piaskach" w Bułgarii i w związku z tym, każda wiadomość z szerokiego świata miała w sobie posmak egzotyki.

Czytając ją jednak dzisiaj odnosi się wrażenie, że nadzwyczaj szybko się zestarzała, a to za sprawą zarówno tematyki jak i sposobu jej przedstawienia. Kapuściński sam przyznaje, że interesuje go tylko polityka - na próżno więc szukać, w jego książce czegoś więcej niż opisów polityków i sytuacji politycznej. W dodatku, "Wojna futbolowa" stanowiąc zbitkę impresji z państw afrykańskich, Ameryki Łacińskiej i basenu Morza Śródziemnego mającą na celu pokazanie uniwersalności procesów politycznych w gruncie rzeczy, pokazuje to co jest doskonale znane także w państwach z naszego kręgu tyle, że u Kapuścińskiego są to reakcje spotęgowane i "zwyrodniałe".

Niewiele więc nowego się dowiadujemy o samej polityce a zgoła nic o ludziach. Powiedziałbym nawet, że w tej ostatniej dziedzinie obraz relacji ludzkich w Kongo jest w "Wojnie futbolowej" daleko, daleko w tyle za tym co przedstawił w "Samotnym Afrykaninie" C. Turnbull. Spostrzeżenia i "prawdy" jakimi Kapuściński raczy czytelnika brzmią naiwnie, by nie powiedzieć kuriozalnie, bo jak inaczej może brzmieć w ustach członka partii, która na posiedzeniach Komitetu Centralnego decydowała o wszystkim, łącznie z ceną mięsa u rzeźnika, uwaga "za dużo monopoli - (...) - przeklęty kapitalizm". Socjalistyczne reformy w Algierii, Che Guevara itp. itd.

Na niezamierzoną parodię, mając w pamięci rok 1968 w Polsce, wygląda też zbitka rasista-burżuj w wypowiedzi "nie złość się na rasistów - (...) - nie złość się na burżujów", a czytając skargę pisarza, że "na przestrzeni 520 kilometrów byłem kontrolowany dwadzieścia jeden razy i przeszedłem cztery rewizje osobiste" trudno nie zadać sobie pytania. ile to razy normalny Polak był kontrolowany na takiej trasie po 13 grudnia 1981 r., jeśli w ogóle miał szansę w nią się udać.

Rzeczywiście można powiedzieć za Andrzejem W. Pawluczukiem, że "w żadnej z dotychczasowej książek Kapuścińskiego nie dostrzegało się jeszcze świata jako spójnej całości" ale śmiem wątpić czy o taką spójną całość pisarzowi chodziło. Co gorsza, to nawet nie te "koncesje" na rzecz "przodującego ustroju", które można uznać za drobiazgi, przesądzają o słabości książki. Otóż niektóre jej partie robią wrażenie, że po to by je napisać Kapuściński nie tylko nie musiał jechać do Afryki ale tak na prawdę nie musiał w ogóle wyjeżdżać z Warszawy. Rozdział "Będziemy pławić konie we krwi" można spokojnie napisać w czytelni przyzwoicie zaopatrzonej biblioteki. Z kolei tytuł rozdziału "Cd. planu nigdy nie napisanej książki, która mogłaby (itd.)" jest zupełnie nieadekwatny, przynajmniej w części dotyczącej opisu zachowań białych w tropikach. Powstały bowiem na ten temat przynajmniej dwie książki, które Kapuściński najprawdopodobniej znał, w szczególności "Placówka postępu" Conrada, w której wypisz-wymaluj można przeczytać o tym, co zostało przedstawione w skondensowanej formie w "Wojnie futbolowej".

Ma książka swoje lepsze momenty jak choćby rozdziały poświęcone Ameryce Łacińskiej, w tym tytułowy i Cyprowi ale nie rzucają one na kolana, podobnie jak i "mrożące krew w żyłach" przeżycia, które po biografii Artura Domosłowskiego "Kapuściński non-fiction" czyta się z przymrużeniem oka. Cóż wygląda na to, że odkrywanie w Kapuścińskim wybitnego pisarza zajmie mi jeszcze trochę czasu. 

sobota, 29 grudnia 2012

Kobieta z wydm, Abe Kobo

W ramach świątecznego remanentu powróciłem po prawie 30 latach do "Kobiety z wydm" Abe Kobo. W redakcyjnej notce przeczytałem, że to japoński Kafka i rzeczywiście skojarzenia z "Zamkiem" nasuwają się same - tyle, że o ile tam bohater usiłuje się dostać do środka tak tu usiłuje wydostać się na zewnątrz, a śnieg został zastąpiony piaskiem.


"Kobieta z wydm" to jedna z tych książek, które wymagają lektury w ciszy i spokoju rewanżując się za to czytelnikowi atmosferą, spod której trudno się wyzwolić jeszcze jakiś czas po zamknięciu książki. Pozornie niewiele się tu nie dzieje. Przypadkowy mężczyzna zostaje uwięziony i zmuszony do pomagania samotnej kobiecie w ochronie jej domu przed zasypującym go piaskiem. Cel, jakim w trakcie tego uwięzienia staje się dla niego wolność, okazuje się wcale nie tak istotny, gdy tylko pojawia się możliwość wolnego wyboru. To co stanowiło jeszcze przed chwilą więzienie, z którego starał się za wszelką cenę wydostać przestało nim być, gdy od mężczyzny zależy decyzja o pozostaniu w nim.  Co więcej, w momencie gdy pojawia się możliwość wolnego wyboru, jego świat zostaje przewartościowany i staje się jak wstęga Mӧbiusa (nazwisko to nieprzypadkowo pada w powieści) - jednopłaszczyznowy. To co było złem okazuje się już nim nie być a jego dotychczasowe miejsce wcale nie musi być zajęte przez coś innego. Mnie jednak bardziej zaintrygował motyw samotności i to samotności nie kobiety lecz mężczyzny. Bo o ile ona ze swoją syzyfową pracą wykonywaną nie tyle nawet dla własnego dobra (a na pewno nie tylko), ile w interesie zbiorowości, do której należy jest częścią wspólnoty, to zgłoszenie przez matkę zaginięcia mężczyzny po ponad sześciu latach jest tak samo wymowne jak sam fakt zaginięcia. Okazuje się, że życie, w którym czuł się wolny pozbawione było znaczenia i sensu. Jego namiastka - poszukiwanie chrząszczy, po to by zapewnić przetrwanie pamięci o samym sobie w nazwie owada zapisanej w atlasie, do którego zajrzą zapewne tylko entomolodzy jest rozpaczliwą próbą zaznaczenia własnej obecności na świecie. To uwięzienie, praca i życie z nieznaną kobietą  nagle nadaje jego życiu sens - okazuje się, że jest potrzebny i jest istotną częścią zbiorowości. Równie interesujący wydaje się też motyw piasku, wielokrotnie podkreślany jego mikroskopijny rozmiar a jednocześnie niszczący wpływ nie tylko na rzeczy ale także i na ludzi. Mam wrażenie, że zmaganie z nim stanowi metaforę ludzkiego losu, na który składają się niewielkie, codzienne wydarzenia, które odkładają się jednak swoim ciężarem na człowieku. Jego życie jest kształtowane  niekoniecznie przez przełomowe wydarzenia będące często sprawą przypadku ale przede wszystkim przez niezauważalną w swojej powszedniości nieefektowną prozę życia. Bez dwóch zdań - świetna książka.

środa, 26 grudnia 2012

Madame, Antoni Libera

Nie będę ukrywał - byłem oczarowany "Madame" i po ponad 10 latach, gdy pozostało już tylko ogólne wrażenie, korzystając ze świątecznego nadmiaru wolnego czasu postanowiłem ją sobie przypomnieć. Ale w trakcie mojego powtórnego spotkania z powieścią Libery pojawiały się tak zwane mieszane uczucia, by jednak nie było wątpliwości zapewniam, że to bardzo dobra książka a chwilami nawet piękna, z kilkoma wszakże słabszymi momentami.


"Madame" to na pewno coś więcej niż kolejna książka o dojrzewaniu, chociaż, nie ukrywam, to tym motywem byłem najbardziej zauroczony, bo choć chodziłem do szkoły w średniej wielkości, prowincjonalnym mieście, daleko od Warszawy i w dodatku pokolenie później niż Autor, to szkolne "rytuały" jak się okazuje  były  zaskakująco trwałe i powszechne (być może to konserwujący i unifikujący wpływ socjalizmu). Co prawda, w mojej szkole karą za palenie papierosów nie było obniżenie stopnia ze sprawowania lecz "pióro i atrament" czyli szczotka i wiadro do mycia kibli, z którym to sprzętem i czynnością miałem okazję kilkukrotnie się zapoznać jako ofiara pedagogicznych "nalotów" na męską toaletę (z racji jej czasochłonności otrzymywało się adnotację w dzienniku "spóźnienie nieusprawiedliwione") ale smak owocu zakazanego był ten sam. No i pamiętam, był także obiekt cichych wzdychań męskiej części, który podobnie jak Madame wybrał emigrację nad siermiężność PRL-u.

Taaak ..., szkolne wspomnienia ..., to niewątpliwie jest ta warstwa książki, która podbija serca czytelników, przynajmniej moje. W ten motyw wpleciona jest  młodzieńcza miłość i krytyka minionej, na szczęście, rzeczywistości jakby to kiedyś powiedziano "społeczno-politycznej". Nie jest to najszczęśliwszy zabieg i to nie tyle jeśli chodzi o samą ideę, co wykonanie. "Epizod hiszpański" należący do motywów politycznych to jeden z najsłabszych fragmentów powieści, szczególnie dialog z Kuglerem razi sztucznością choć miał być w zamiarze zapewne śmieszny. Nie poczułem się też przekonany wyznaniem głównego bohatera, że miał o "polskiej karcie" w wojnie domowej w Hiszpanii "pojęcie szersze niż ogół" ponieważ ... brał udział w bombastycznej akademii ku czci.

Takich zgrzytających przy bliższym przyjrzeniu się elementów jest zresztą niestety więcej, jak na przykład "atawistyczna" obawa przed kontrolerami biletów. Nie dam również głowy za to, że "Końcówka" Becketta była przetłumaczona w formie książki pod koniec lat 60-tych, a taki wniosek można wysnuć z powieści, chociaż wystawiana owszem tak. Ale trzeba też przyznać, że Liberze wiele scen politycznych wychodzi całkiem nieźle, jak chociażby rozmowa z tajniakiem, czy historia wyjazdu Jerzyka.

Po jakimś czasie mało przekonujące stają się literackie "szarże" głównego bohatera - o ile pierwszy pojedynek z Prosperem robi wrażenie autentycznego, to kolejne tego rodzaju popisy pobrzmiewają napuszenie, a swoje apogeum sztuczności osiągają w rozmowie z tytułową bohaterką w jej gabinecie bijąc się o palmę pierwszeństwa z egzaltacją wywołaną "Fedrą" Racine'a. Brzmi to szczególnie kuriozalnie w zestawieniu z zarzutami nienaturalności (w pewnej mierze słusznymi) wobec stylu "Popiołów" Żeromskiego. Nawiasem mówiąc, zaskakuje zbieżność motywów z inną powieścią Żeromskiego - "Syzyfowymi pracami", bo to i szkoła, i miłość w dodatku nieszczęśliwa i polityka, choć z innym akcentem. Okazuje się także, że i tytułowa bohaterka niekoniecznie jest takim ideałem, jakim była w oczach zakochanego chłopaka. Instrumentalne traktowanie otoczenia byleby tylko dopiąć upragnionego celu nie wygląda zbyt dobrze - ale któż w końcu jest bez wad?

To i parę innych drobiazgów nie przesłania jednak uroku całości. Dla tych, którzy mieszkają w Warszawie jest on niewątpliwie szczególny bo miło jest mieć świadomość, że można chodzić tymi samymi ścieżkami, co bohater książki, po parku przy Placu Wilsona i poszperać w istniejącym do dzisiaj antykwariacie a właściwie antykwariatach "Kosmos" i "Logos" bo "Gdańskie wspomnienia młodości" Joanny Schopenhauer, którym poświęca tyle miejsca kupowane były zapewne w miejscu obecnego "Logosu" gdzie zapuszczał się alter ego (?) Autora.

Przy okazji okazało się po raz kolejny jaki ten świat jest mały - Harry Haller w "Wilku stepowym" Hermana Hesse czytał to samo co matka Joanny Schopenhauer - "Podróż Zofii z Kłajpedy do Saksonii", ale Antoni Libera pewnie nie z tego powodu postawił na drodze głównego bohatera swojej powieści "Gdańskie wspomnienia młodości". Miał on zresztą jakieś nadzwyczajne szczęście by tak z marszu, w tamtych latach, na nie trafić.

Podobno lektura "Wspomnień" miała coś mówić o jej czytelniczce - matce Madame, ale nie wiem czy faktycznie mówi, a już zupełnie nie jestem pewien, czy panu Konstantemu chodziło o to, czego ja się doczytałem. Jak na swoje prawie 200 lat to książka zaskakująco "strawna", ale nie ma co ukrywać, to przede wszystkim lektura obowiązkowa dla gdańszczan. "Jest rzeczą nie dającą się zaprzeczyć, że kraj i miasto, w którym urodziliśmy się i wychowali, wywiera potężny wpływ na naszą umysłowość i w ogóle na rozwój całej naszej osobowości" słowa te pisała Joanna Schopenhauer będąc już starszą panią po siedemdziesiątce, przemawiało więc przez nią doświadczenie życiowe, które najlepiej weryfikuje wszelkie teorie a i w tym wieku spogląda się zwykle na świat swojej młodości przez różowe okulary.

Tym, którzy nie są związani z jej rodzinnym miastem "Wspomnienia" pewnie wydadzą się abstrakcyjne, ale dla tych, którzy otarli się o Oliwę, Wyspę Spichrzów i gdańską Starówkę nabierają one kolorów i po prostu żyją, bo to nie tylko opisy miejsc ale również obyczajów i ludzi. Ich ogląd, jak choćby w przypadku flisaków, zwanych "Szymkami" niekoniecznie jest zbieżny z tym, czym byliśmy raczeni w dzieciństwie, na przykład we "Flisaku i przydróżce" (z ilustracjami J.M. Szancera), ale przecież i "Madame" także jest w jakimś stopniu obrazoburcza dokonując chociażby "zamachu" na polskość Mikołaja Kopernika (choć jeszcze bardziej wyrazisty byłby przykład Wita Stwosza).

Samą Joannę trudno byłoby poznać tylko na podstawie jej "Wspomnień". Nie ulega wątpliwości, że była inteligentną kobietą, rzecz jednak w tym, że była spętana więzami konwenansów i jeśli wyrastała ponad średnią krajową to starała się tego nie okazywać. Małżeństwo z o dwadzieścia lat starszym, bardzo dobrze sytuowanym mężczyzną zapewniało jej dobrobyt i uwalniało od trosk życia codziennego - taka była cena braku miłości i zrozumienia. Widać wyraźnie w tym związku dystans pomiędzy małżonkami, różnicę poglądów ale i lojalność. Małżeństwo bez miłości ale też i bez przymusu - nic w tym zdrożnego. Co jednak może niepokoić, to w sumie chyba tylko jedna jedyna wzmianka o dziecku, czyżby tak mało ważne było w jej życiu? - nic dziwnego, że ich drogi szybko się rozeszły.

Przyznaję, że nieco bezradny jestem wobec pytania dlaczego tak często przewija się przez "Madame" motyw "Wspomnień" i to jeszcze ograniczony do jednego rozdziału "Londyn i droga powrotna przez Westfalię". Być może przyczyny należy doszukiwać się w obawach Joanny przed drogą powrotną do domu, rzecz w tym, że początkowo to ona nalegała na powrót, zaś ostatecznie decyzję podjęli zgodnie obydwoje małżonkowie po zasięgnięciu opinii lekarza. Jaka by jednak nie była to przyczyna, czytelnik może być mocno zdziwiony, gdy odkryje, jak żenująco niewiele Joanna ma do powiedzenia o kilkumiesięcznej podróży, o wrażeniach z Londynu czy Paryża, w którym spędziła prawie miesiąc. W zasadzie, wydaje się, że jej znaczenie sprowadziło się do tego, że za przykładem Joanny panie należące do gdańskiego establishmentu "zaczęły nasuwać silnie wypomadowane i upudrowane włosy głęboko na twarz, opuszczając je z tyłu na loki aż na ramiona. Zaledwie usta, oczy i nos były widoczne" i "wszelkie posze i krynoliny poszły w niepamięć".

Ale to tylko jeden z kilku literackich wątków powieści Antoniego Libery. Trzeba przyznać, że literacka aluzyjność powieści i umocowanie jej, jakkolwiek to zabrzmi, w europejskim kontekście jest silną stroną książki. W tej dziedzinie Libera doczekał się już niezłego kontynuatora w osobie Jacka Dehnela, a to przecież też coś znaczy. Zdecydowanie jedna z lepszych polskich książek, jakie ukazały się po 1989 roku. 

sobota, 15 grudnia 2012

Lampart, Giuseppe Tomasi di Lampedusa

"Lampart" di Lampedusy jest jedyną jego powieścią, ale za to jaką ... . Wstyd się przyznać, że czekała na mnie na półce ponad dwadzieścia lat i zachodzę w głowę, jak mogłem się na niej nie poznać. Na usprawiedliwienie przychodzi mi na myśl tylko mój wiek licealisty wówczas gdy ją kupiłem i nieumiejętność poznania się na tym co na prawdę jest dobre, a jak wiadomo umiejętność ta przychodzi dopiero z czasem.
 
 
Jakoś zawsze podświadomie kojarzyłem "Lamparta" z "Czerwonym i czarnym". W powieści di Lapedusy jest zresztą coś z atmosfery Stendhala, aczkolwiek jeszcze bardziej widoczne jest powinowactwo z Balzakiem. Książka zresztą zawiera niezawoalowaną aluzję do niego bo "kilka tomów Balzaka (...) zdołało dotrzeć pokątną drogą do rąk księcia, który podjął się roli domowego cenzora; przeczytał je i potem pożyczył znajomemu, którego bardzo nie lubił, twierdząc, że są to utwory pisarza kipiącego żywotnością, ale narwanego i "opętanego" (dzisiaj powiedziałby: "opętanego monomanią"); sąd, jak widzimy, pochopny, lecz nie pozbawiony bystrości".

"Lampart" mógłby uchodzić za jedną z najlepszych części "Komedii ludzkiej", gdyby jego akcja nie rozgrywała się na Sycylii lecz we Francji. No, może trochę przesadziłem, bo balzakowskim tematom: miłości, pieniądzom i karierze nie towarzyszą dłużyzny i ślepe wątki poboczne, które zaraz bezproduktywnie obumierają, a wszystko dzieje się w czasie gdy Balzac już od dziesięciu lat nie żył, chociaż główny bohater jest rówieśnikiem co młodszych postaci "Komedii". Zresztą narrator dba o to, byśmy nie poczuli się jak u Balzaka bo od czasu do czasu sprowadza nas na ziemię i przypomina, że choć to co opowiada działo się półtora wieku temu to on jednak jest wśród nas (prawie wśród nas).

Jest jeszcze jedno skojarzenie, które mi się nasunęło w trakcie czytania książki - "Buddenbrookowie" - to przecież także historia schyłku rodziny, o ile jednak w wersji Manna jest on spowodowany nienadążaniem i niezrozumieniem przemian ekonomicznych i społecznych, to w przypadku "Lamparta" mamy coś w rodzaju splendid isolation wobec przemian politycznych.

Książę ma świadomość, że "ludziom dawnego pokolenia, nie pozostaje nic innego, jak tylko zaszyć się w kącie i obserwować młodych fikających koziołki i tarzających się wokół (...) pompatycznie przystrojonego katafalku. (...) potrzeba teraz ludzi młodych, sprytnych, nastawionych raczej na "jak" niż na "dlaczego", takich, którzy potrafią się maskować, to jest chciałem powiedzieć: dostosować swoje konkretne osobiste interesy do nieokreślonych ideałów publicznych". Z jednej strony dostrzega w ludziach nowej władzy "zlepek chytrości, żle skrojonego ubrania, złota i głupoty" ale z drugiej, zaskakująco szybko pogodził się z tym i przywykł "do źle ogolonych policzków, do prostackiego akcentu, do dziwacznych ubiorów, do przenikliwego zapachu zatęchłego potu i dostrzegał coraz wyraźniej wyjątkową inteligencję", cech jakie nieśli ze sobą homines novi. Nie buntuje się i nie kontestuje rzeczywistości, w sumie z rezygnacją przyjmuje do wiadomości, że "spotkał go osobisty zawód, zawód człowieka, który łudzi się, że ma wszystkich pod swoją kontrolą i który dowiaduje się, że wiele rzeczy dzieje się bez jego wiedzy", wie że jego epoka i jego świat schodzi ze sceny, choć od czasu do czasu zdobywa się jeszcze na "pokaz siły".

Mimo całej sympatii do tytułowego bohatera "Lamparta" trudno oprzeć się wrażeniu, że świat i życie nie znoszą próżni, porażka jednych jest sukcesem drugich. Gdy miejsce bezwolnej, indolentnej arystokracji zajmują pozbawieni skrupułów parweniusze, to o ile jest to wstrząs dla jednostek ("Próba uwiedzenia to był akt podboju, małżeństwo to kapitulacja na całej linii."), to w ogólnym rozrachunku nie ma to wielkiego znaczenia, bo choć "wielcy panowie byli powściągliwi i zagadkowi, chłopi wylewni i prości, to i jednych i drugich szatan owijał sobie dokoła małego palca".

Świetna książka, którą czyta się jednym tchem i która ani przez chwilę nie nudzi, ubarwiona od czasu do czasu szczyptą dowcipnej, lekko tylko złośliwej ironii ale też momentami poruszająca. Jest też miła niespodzianka - niewielki nasz, rodzimy akcent - "w Paryżu żyją teraz polscy hrabiowie, których zmusiły do ucieczki z kraju powstania i despotyzm; obecnie są dorożkarzami, ale spoglądają na swoich klientów mieszczuchów z takim marsem, że ci biedacy wsiadają do dorożki sami już nie wiedząc po co i z miną zbitych psów." Bez cienia wątpliwości - polecam.

środa, 12 grudnia 2012

Andersen. Życie baśniopisarza, Jackie Wullschläger

Dla mnie "Baśnie" Andersena, to edycja "Naszej księgarni" z ilustracjami Szancera. Mój synek przejął pałeczkę ale zamiast Szancera ma wydanie z co najmniej nie gorszymi ilustracjami Michaela Fiodorova, tyle że "kanoniczny" zestaw baśni jest w nim bardzo okrojony.


Moja wiedza o Andersenie jeszcze niedawno nie wychodziła poza informacje, że urodził się w Odense i że "Brzydkie kaczątko" jest oparte na motywach autobiograficznych. Uznałem, że to żenująco niewiele, zwłaszcza, że moje poczucie dyskomfortu ciągle dawało znać o sobie za sprawą wieczornego, rytualnego czytania "Baśni" do snu. Bez większych więc oporów skusiłem się na biografię pióra Jackie Wullschläger. To solidny tom, ale którego rozmiar jeszcze nie zniechęca, i który czyta się trochę jak duńską wersję "Janka Muzykanta" tyle, że ciekawiej napisaną a bohaterowi, dla odmiany, w życiu się powiodło. Wullschläger traktuje swojego bohatera z życzliwą neutralnością i to należy docenić, bo Andersen bywał irytujący i śmieszny już dla współczesnych, więc oceniany przez kogoś złośliwego wg obecnych kryteriów nie miałby żadnych szans. "Ambicja i fantazja, rozczulanie się na sobą i infantylizm" to nie są cechy, które pozwalają zaskarbić sobie życzliwość bliźnich, jeśli do tego weźmie się pod uwagę, że był "niezgrabny, niesprawny fizycznie, nadwrażliwy i dumny" to  pisarz jawi się jako wymarzony obiekt kpin, czego zresztą jego rodacy nie omieszkali wykorzystać. Bo o dziwo, Andersen za życia był bardziej fetowany poza granicami Danii, zwłaszcza w Niemczech i Anglii, Duńczycy mieli do niego nieco bardziej krytyczny stosunek chociaż i tu miał wielu entuzjastów swojej twórczości i to dzięki bezinteresownej życzliwości kopenhaskich elit zawdzięczał swoją karierę. Andersen w jakimś stopniu zdawał sobie sprawę ze swojego egotyzmu, sam pisał przecież "(...) od czasu do czasu mam nawet takie myśli, że dobrze by było, gdybym został zamordowany, pragnienie bycia na ustach wszystkich jest tak duże, że nagła śmierć wydaje mi się interesująca (...)" ale dobrze mu było z tym, chociaż ludziom, którzy wspierali go przez całe życie już niekoniecznie. Zaprzątnięty swoją sztuką i sławą, czuł się na przykład "urażony brakiem życzeń urodzinowych", których nie otrzymał od przyjaciela bo ten miał zaprzątniętą głowę żałobą po zmarłej córeczce. Te przywary w niczym jednak nie wpływały na jego status "obywatela świata", który nigdy nie miał własnego domu (mieszkał w wynajmowanych mieszkaniach, hotelach lub korzystał z gościnności innych), gościa koronowanych głów, człowieka który poznał chyba wszystkich, którzy znaczyli coś w ówczesnej kulturalnej Europie (m.in. Dickensa, Heine'go, braci Grimm, Schumanna, czy Thorvaldsena).  Wullschläger nie "skreśla" swego bohatera z powodu jego irytujących wad ani z żadnego innego powodu, chociaż pisarz chwilami aż się prosi by mu "przyłożyć". Wyważenie ocen autorki "Życia baśniopisarza" wszakże w jednym punkcie wydaje się szwankować, otóż biografia śmiało porusza wątki i detale bardzo osobiste, przy których stosunkowo niedawne enuncjacje na temat preferencji seksualnych Konopnickiej wypadają dosyć blado, i choć nie sprawia to wrażenia poszukiwania sensacji i ordynarnego "zaglądania pod kołdrę" to jednak chwilami mam wrażenie, że "sprawom damsko- i męsko-męskim" przypisywany jest zbyt wielki wpływ na twórczość Andersena. To ona też, niezależnie od wątku czysto biograficznego, stanowi bardzo ważną część książki, pokazuje Andersena nie tylko jako baśniopisarza, ale także poetę, dramaturga i powieściopisarza, który gdy ukazał się pierwszy zbiór jego czterech baśni był już rozpoznawalnym i znanym autorem. Okazuje się, że elementy autobiograficzne zawarte są nie tylko w "Brzydkim kaczątku" ale i wielu innych utworach - staje się to zresztą oczywiste, już w trakcie czytania książki, dla każdego kto choćby jako tako obeznany jest z twórczością Andersena - a ich źródłem nie jest tylko tradycja ludowa, jak się powszechnie przyjmuje, ale w takim samym stopniu własna fantazja i "obce" motywy literackie. To wszystko opowiedziane jest na tle obrazu Danii XIX wieku, małego "kameralnego" i prowincjonalnego państwa, w którym wypisz - wymaluj, jak w "Księżniczce na ziarnku grochu" król mógłby otwierać bramy miasta (zresztą, podobno do 1806 r. klucze do bram Kopenhagi, król na prawdę trzymał w nocy pod poduszką) i jak cesarz w "Świniopasie" osobiście znajdować pracę dla swoich poddanych. Państwa, w którym wszyscy znają wszystkich i na szczęście dla Andersena połknęli bakcyla romantyzmu, dzięki czemu znalazł pomoc u obcych sobie ludzi. Jackie Wullschläger udało się napisać świetną biografię, bez tematów tabu pokazującą "żywego" człowieka z jego wadami i zaletami, o którym mimo, że wszyscy z nas słyszeli to jednak mało kto wie coś więcej ponad to, że jest autorem "Baśni", na których wychowało się i zapewne jeszcze wychowa wiele pokoleń. Polecam.