wtorek, 17 grudnia 2013

Wokół "W pustyni i w puszczy". W stulecie pierwodruku powieści.

Przy okazji niedawnej dyskusji w związku z "Tuwimem. Wylęknionym bluźniercą" przyszła mi do głowy refleksja na temat oryginalności, by nie powiedzieć ekscentryczności, niektórych interpretacji, Urbanek przytacza bowiem przykład "Słonia Trąbalskiego", który oskarżany był o wywieranie złego wpływu na dzieci. O ile dzisiaj śmiejemy się z tego rodzaju zarzutów i ewentualnie z politowaniem wzruszamy ramionami nad ich głupotą, to przecież okazuje się, że pałeczka została przekazana i może po prostu Tuwim ma pecha do tego rodzaju interpretacji, jeśli się weźmie pod uwagę rasistowskie i kolonialne "odczytanie" jego "Murzynka Bambo". Ale nie wykluczone, że może rzeczywiście jest w tym coś więcej.


Idealnym papierkiem lakmusowym wydawało mi się "W pustyni i w puszczy" bo o jego "ponowoczesne" odczytanie aż się prosi. Kiedy więc wpadło mi w ręce "Wokół "W pustyni i w puszczy". W stulecie pierwodruku powieści" zdecydowałem się na nie w ciemno - i nie zawiodłem się. "Modne bzdury" ciągle w natarciu. Książka to zbiór ponad 30 tekstów, w różnym stopniu dotyczących powieści Sienkiewicza. Daruję Wam (i sobie) omówienie ich wszystkich zwłaszcza, że związek z książką niektórych z nich, ogranicza się tylko do podania jej tytułu.

Jednym z bardziej kuriozalnych jest "Wenus Hotentocka. Fakty? Mity!" Jerzego Kocha. Można z niego dowiedzieć się m.in., że PKP wożąc Autora "po swoiście rozumianej "krągliźnie", potwierdzają w ten sposób prawdę o kulistości ziemi, która legła u podłoża przekonania, że można podróżować poza granicę wyznaczoną Słupami Heraklesa, a w dalszej konsekwencji umożliwiła ekspansję Europy poza Europą i stawianie takich pytań jak "Czyja Afryka?".

Jednak "enuncjacja" ta blednie przy nieporównanie bardziej odkrywczej konstatacji (nie ma to jak mądre słowa), "że w XIX wieku kobieta w tzw. cywilizowanym świecie Zachodu zmuszona była przynajmniej sugerować steatopygię, marszcząc i upinając całe zwoje tkanin nieopodal kości ogonowej (...) Wbrew pozorom ta sytuacja dziś niewiele się zmieniła, o czym świadczyć może popularność stringów, które nie opinają tak ciasno pośladków jak tradycyjna bielizna, przez co oddają naturalne kształty i sprawiają, że pośladki wraz z ruchem całego ciała poruszają się z większą swobodą. Co więcej - popularne stają się wywatowane majtki, które sprawiają wrażenie, że kobieca pupa jest bardziej okrągła".

Wytrwały czytelnik, zgłodniały tego rodzaju wiedzy dowiaduje się także o pracach chirurgów plastycznych w USA trudzących się "nad modelem idealnej pupy" itp. itd., a żeby nie być gołosłowny i nie być posądzonym o wyssanie tych rewelacji z palca Autor wspiera się autorytetem "Twojego Stylu". Taaa ... Nie będę ukrywał - tekst zrobił na mnie mocne wrażenie, tyle tylko, że jego związek z "W pustyni i w puszczy" pozostał dla mnie zagadką, której rozwiązanie znają zapewne tylko redaktorzy naukowi zbioru Jerzy Axer i Tadeusz Bujnicki.

Bardziej standardowe są  "Interpretacje kolonialne, postkolonialne i politycznie poprawne" Jana Kieniewicza, który m.in. powtarza  oklepane frazesy o "kolonialnej tendencji interpretacyjnej" Conrada. Nawet przyznaję mu rację gdy pisze, iż "próby dyskutowania z tą interpretacją są jałowe", tyle że nie dlatego, "że wymagają karkołomnych wysiłków rehabilitacyjnych" lecz dlatego, że interpretacja kolonialna odczytuje to co chce odczytać, a nie to co Conrad napisał.

W tym kontekście rozbrajający jest wniosek Ewy Kosowskiej w innym "ponowoczesnym" przyczynku - "Czarny i biali. Biały i czarni. Czego Staś Tarkowski nie dostrzegł po drugiej stronie lustra?", gdzie spod naukowego tekstu przebija ostatecznie zdrowy rozsądek. Otóż jej zdaniem "Być może powołując do życia jego postać [tzn. Stasia Tarkowskiego - przyp. moje], Sienkiewicz odpowiadał na oskarżenia o propagowanie zaściankowych ideałów i wskazywał na możliwość kompromisu między patriotyzmem a kosmopolityzmem. Ale niewykluczone, że zamierzał tylko napisać o przygodach dwojga dzieci na Czarnym Lądzie." Aż chciałoby się powiedzieć - ano właśnie, tylko po co właściwie było tych blisko 20 stron referatu, skoro zostały one unieważnione za jednym zamachem?

Na takim tle naprawdę z dużym, autentycznym zainteresowaniem czyta się "Sudańczyk patrzy na W pustyni i w puszczy" Mahmuda el Tayeba, który potwierdza starą prawdę, że "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia" obnażając przy okazji Sienkiewiczowskie zafałszowania obrazu powstania Mahdiego.

Jest też kilka ciekawych tekstów zawierających wątki, nieomalże sensacyjne w porównaniu z tym, co wynosi się ze szkolnej (na różnych poziomach) edukacji. Do takich należy chociażby "O podlotkach u Sienkiewicza. Skąd się wzięła Nel?" Tadeusza Bujnickiego dotyczący m.in. "niezdrowego" zainteresowania pisarza małymi dziewczynkami a ściślej rzecz biorąc Wandą Ulatowską, przy czym od razu trzeba zastrzec, zainteresowanie to nie wychodziło jednak poza sferę czysto werbalną i platoniczną.

Jeszcze ciekawiej prezentuje się "Conrad i Sienkiewicz: polska zmiana warty na Czarnym Lądzie" Jana Rybickiego. Okazuje się, że Sienkiewicz znał Marguerite Gachet-Poradowską, w której podkochiwał się Conrad, a którą uwiecznił jako "kochającą ciotkę" w "Jądrze ciemności", obu łączy opinia Elizy Orzeszkowej na ich temat. Sienkiewicz wg niej należał do "charakterów słabych i dóbr tego świata żądnych", a czytając o Conradzie czuła "taką jakąś rzecz śliską i niesmaczną, podłażącą (...) pod gardło".  Zresztą obaj panowie choć różnili się we wzajemnej ocenie dorobku pisarskiego (Conrad pisał: "Heroiczna ewangelia Św. Henryka, mój drogi Panie, króluje na całej ziemi i - jak Pan wie - istnieje wiele sposobów wykpiwania jej" w liście do Kazimierza Waliszewskiego z 8 listopada 1903 roku) to jednak zbieżni byli w ocenie autorki "Nad Niemnem".

Po takich smaczkach gotów byłem nawet machnąć ręką na postawienie "W pustyni i w puszczy" w jednym rzędzie z "Jądrem ciemności" i traktowanie obu jako "wielkich dzieł" albo wręcz "arcydzieł" co oczywiście jest nieporozumieniem bo mamy z jednej strony rzeczywiście arcydzieło a z drugiej przygodową opowieść dla dzieci, z gatunku tych, co to kończą się "a potem żyli długo i szczęśliwie", czy ustawicznego mylenia Marlowa i Marlowe'a, choć wypadałoby wiedzieć, że jeden był bohaterem opowiadania Conrada a drugi kryminałów Chandlera. Ten sam błąd popełniony jest zresztą w  "Sienkiewicz i Szklarski. Staś Tarkowski i Tomek Wilmowski. Rozpoznanie."

Ale Jan Rybicki nie jest jednym, który popełnia błędy. Dotrzymuje mu towarzystwa Jolanta Sztachelska, która w "Petroniusz patrzy na Afrykę" bagatelizuje znaczenie listów listów Jana Tyszkiewicza, towarzysza afrykańskiej podróży  Sienkiewicza,  bazując jedynie na fragmentach korespondencji publikowanych przez Czesława Jankowskiego w  "W Afryce z Sienkiewiczem. Urywki z listów do matki Jana hr. Tyszkiewicza" z 1928 r., gdy tymczasem jej całość została wydana w 2011 r. Co prawda tekst Autorki, podobnie jak i pozostałe, związany był z konferencją "Czyja Afryka", która odbyła się 2008 roku ale jego aktualizacja, zwłaszcza że nie jest zbyt obszerny, nie powinna być problemem.

Podobnie mało poważnie brzmi zarzut Jana J. Milewskiego w "Obrazie Afryki w spuściźnie Henryka Sienkiewicza - refleksje historyka", że "w radzieckiej historii poznania Afryki (...) brak Sienkiewicza" (chodzi o "Historię poznania Afryki" M.B. Gornunga, J.G Lipca i I.N. Olejnikowa całkiem niezłą książką aczkolwiek nie bez typowo "radzieckich" naleciałości) bo akurat Sienkiewicz żadnych odkryć nie dokonał poruszając się po terenach, spenetrowanych już przez białych.

Zaskakująco ciekawy dla mnie okazał się tekst "Uwolnić Murzynka! Misjonarski kontekst W pustyni i w puszczy" Tadeusza Budrewicza, a to przede wszystkim za sprawą wątku błogosławionej Marii Teresy Ledóchowskiej, założycielki zgromadzenia sióstr klawerianek, o których afrykańskim skarbie znajdującym się w muzeum misyjnym w Krośnie pisałem przy innej okazji pisałem przy innej okazji (po raz kolejny okazuje się jaki ten świat jest mały) oraz  "konserwatywna" interpretacja Małgorzaty Chrobak "O wartości pedagogicznej i edukacyjnej W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza z perspektywy krytyki tematycznej".

Każdemu zainteresowanemu twórczością Sienkiewicza książkę szczerze polecam, bo pomijając "naukawy" język i manierę niektórych tekstów da się w zbiorze znaleźć dużą porcję rzetelnej wiedzy na temat "W pustyni i w puszczy" i jej autora.  

niedziela, 15 grudnia 2013

Notatnik, Szmul Rozensztajn

Po "Biednych ludziach z miasta Łodzi" obiecałem sobie sięgnąć po "Mordechaja Chaima Rumkowskiego. Prawda i zmyślenie" Moniki Polit, tymczasem "na śmierć zapomniałem" o "Notatniku", którego autor - Szmul Rozensztajn był osobistym sekretarzem Rumkowskiego.


Notatnik prowadzony był od 20 lutego 1941 roku do 7 kwietnia 1942 roku, kończy się więc przed Wielką Szperą, która miała miejsce 7 września 1942 roku i na około dwa lata przed śmiercią autora, który zginął latem 1944 roku w Oświęcimiu. To szczególny dokument, zawierający zapiski, które mogły być wykorzystywane do oficjalnych publikacji w getcie w tym także przemówienia Rumkowskiego. Stąd może serwilizm, który aż kłuje w oczy, gdy Rozensztajn pisze o Himmlerze per "pan Himmler" a o Hansie Biebowie, niemieckim szefie administracji łódzkiego getta, per "pan Biebow".

To jednak i tak jeszcze nic w porównaniu z zapiskami dotyczącymi samego Chaima Rumkowskiego, któremu "Notatnik" w większości jest poświęcony, a które chwilami robią wprost niesmaczne wrażenie. Dowiadujemy się na przykład, że "(...) Prezes intensywnie pracował, by umożliwić ludności getta zaznanie [atmosfery] święta w domach." albo "(...) Prezes uznał za stosowne po ojcowsku pomówić z robotnikami, czym zdobył sobie ich przychylność i wzbudził w nich wielki szacunek. Robotnicy przekonali się, że żadna z dziejących się w resortach rzeczy nie jest dla Prezesa tajemnicą.", choć i tak odwzajemnienie "ojcowskiej miłości" Prezesa przez dorosłych jest niczym w porównaniu z tym, gdy czyta się, że "dzieci bardzo się ucieszyły swoim kochanym gościem, który zawsze się o nie troszczy i z całych sił się stara, by im niczego nie zabrakło. (...) Rozpromienione twarzyczki po raz kolejny już dowodziły, jak wielkie jest przywiązanie dzieci do ich starego przyjaciela".
 
Z tego ciągu peanów, paradoksalnie, wyłania się jednak postać megalomana, który zatracił poczucie rzeczywistości, człowieka którego mordercy jego narodu postawili na czele jego własnej społeczności, który uwierzył, że ma do spełnienia misję i został panem życia i śmierci swoich współobywateli.

Aż trudno uwierzyć, że wyobrażał sobie, że getto w Łodzi ma pozór państwa ("maleńkie państewko jak to getto ...") i roił sobie o powstaniu jego "protektoratu" w Tuszynie, wyobrażając sobie chyba, że jest kimś w rodzaju Ludwika IV a przynajmniej stosując jego maksymę "l'etat c'est moi", bo ciągle słychać "ja, ja, ja ..." - "(...) opracowałem plan dla wszystkich robotników i urzędników. To będzie mnie kosztować ponad milion marek na miesiąc.", "Odzwyczaję młodzież od spacerowania i zaprzęgnę ją do pracy." etc., etc., etc.

Przejawy jego władczości dzisiaj mogą śmieszyć, jak choćby zarządzenie, że "wszyscy będą musieli nosić krótkie ubrania (oprócz rabinów i innych duchownych)" a "skrawki z długich ubrań można wykorzystać do naprawy podartych rzeczy" ale ten uśmiech szybko znika z twarzy gdy czyta się przechwałki Rumkowskiego, w których bez skrępowania mówi o wysłaniu na śmierć ludzi, którzy nie chcieli mu się podporządkować, choćby to mieli być przestępcy - "wiecie na pewno, że w tych dniach skończyłem z grupą bohaterów półświatka, którzy próbowali się ze mnie i z mojego sądu wyśmiewać. No, wyprawiłem ich z getta do Niemców, już im pokażą, gdzie raki zimują ... Jeden Bóg wie, czy jeszcze kiedyś wrócą ..."

Zapewne wbrew zamierzeniem Rozensztajna powstał dokument potwierdzający prawdziwość myśli Lord Actona, że "każda władza deprawuje, władza absolutna deprawuje absolutnie" a także i to, że każda, zawsze znajdzie swoich wiernych "palatynów".

czwartek, 12 grudnia 2013

Trans-Atlantyk, Witold Gombrowicz

Po "Ferdydurke" przyszła kolej na "Trans-Atlantyk"; i cóż za rozczarowanie. Zamiast lekkiego stylu i sarkastycznego dowcipu Gombrowicz uraczył czytelników ciężkostrawną stylizacją na język "naddziadów" a i z dowcipu niewiele pozostało. To co łączy obydwie powieści to ogólne "szarganie świętości", tyle że w "Trans-Atlantyku" ma ono znacznie większy kaliber, dotyka bowiem materii szczególnie wrażliwej u nas, a mianowicie patriotyzmu i tradycji.


O ile dzisiejszy wymiar tego pierwszego w gruncie rzeczy sprowadza się do deklaracji i gestów w rodzaju wywieszenia flagi narodowej bez możliwości, na szczęście, praktycznej weryfikacji, to wówczas gdy ukazało się w 1953 r. jego pierwsze wydanie (pierwsze krajowe z okładką i grafikami Jana Młodożeńca ukazało się w 1957 r.) wyznanie - "Rozluźnić to nasze poddanie się Polsce! Oderwać się choć trochę! Powstać z klęczek! Ujawnić, zalegalizować ten drugi biegun odczuwania, który każe jednostce bronić się przed narodem, jak przed każdą zbiorową przemocą." - musiało szokować, w kraju, w którym ludzie ciągle umierali za Polskę i byli za nią więzieni.

To nic, że Gombrowiczowi nie chodziło o wyparcie się Polski lecz o to by "uzyskać - to najważniejsze - swobodę wobec formy polskiej, będąc Polakiem być jednak kimś obszerniejszym i wyższym od Polaka!", taki postulat w ówczesnych realiach zatrącał o zdradę narodową. Podejmując taki temat stawiał się w sytuacji, o której pisał ks. Tischner w "Polskim kształcie dialogu" - "wyobraźmy sobie filozofa, Sokratesa, którego wtrącono do więzienia z powodów politycznych. Przypuśćmy, że nie zgadzamy się z jego filozofią i chcemy ją poddać krytyce. Uważamy jednak, że uwięzienie jest jawnym bezprawiem. Czy w tej sytuacji, gdy Sokratesowi grozi śmierć, mamy prawo wystąpić z krytyką jego poglądów? Czy nie powinniśmy raczej milczeć, aby nasza krytyka nie została źle zrozumiana i nie przyczyniła się do wydania niesprawiedliwego wyroku? (...) Kto mimo wszystko decydował się na krytykę (...), stawał - być może mimo woli - w dwuznacznej sytuacji moralnej. Groziło mu posądzenie, że bierze udział w nieuczciwym procesie."

Ale z perspektywy czasu okazuje się, że Gombrowicz miał rację. Każdy kto choć trochę zasmakował losu emigranta wie, jak prawdziwe i ciągle aktualne okazało się ostrzeżenie "lepiej ty z obcemi, z cudzoziemcami się trzymaj, w cudzoziemcach zgiń, rozpłyń się, a niechże ciebie Bóg broni od (...) Rodaków, bo Źli, Niedobrzy, skaranie boże, tylko ciebie gryźć będą i tak cię zagryzą!". A i "polskie piekiełko" z tym ciągłym spoglądaniem do tyłu, w którym ludzie "o świecie bożym zapomnieli, ze sobą tylko między sobą, wsobnie, a tyle im z dawnym czasów się starzyzny nazbierało, tyle to wspominków, uraz, słów rozmaitych, korków, flaszek starych, dubeltówek, puszek, szmat najprzeróżniejszych, kości, sztyftów, garnków, blaszek, puklów, że już i kto obcy, jeśli do nich przystępował, wcale nie mógł przeczuć co jemu powiedzą lub zrobią; bo korek, lub flaszka, albo słówko jakie niebacznie rzucone, zaraz im co Dawniejsze a Zapiekłe przypomina i jak kurkiem na kościele kręci." ma się całkiem dobrze.

Nie wydaje mi się jednak by alternatywa "Ojczyzna - Synczyzna" przed jaką pisarz stawia czytelnika była jedyna lub prawdziwa - "Szalony człowieku! Za postępem i ja jestem, ale ty Zboczenie postępem nazywasz. Rzekł mi na to: - A jakby tak trochę zboczyć, to co?". Nie dostrzegam "wartości dodanej" w potępianiu w czambuł tradycji ani forsowaniu na siłę "nowoczesności", która w "Trans-Atlantyku" brzmi wyjątkowo prowokująco, bo cóż takiego ona w gruncie rzeczy proponuje poza odrzuceniem tradycji.

Mam wrażenia, że Gombrowicz jakby zatrzymał się w pół kroku i w gruncie rzeczy nie wyszedł poza "wyśmiać i wyszydzić", nie potrafiąc/nie chcąc postawić następnego kroku być może z obawy przed jego konsekwencjami, bo nie przedstawia przecież świata nowoczesnego, chyba że za taki uznać estancję Gonzala a jeśli tak, to jego obraz jest zdecydowanie mało pociągający, zwłaszcza że żywi się on tym czemu się przeciwstawia - tradycją i trudno zatem powiedzieć, na czym miała by polegać jego wyższość nad światem obracającym się wokół tradycyjnych wartości.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Tuwim. Wylękniony bluźnierca, Mariusz Urbanek

Za sprawą Książkowca, której jeszcze raz, korzystając z okazji, dziękuję trafiła do mnie najnowsza biografia Urbanka. Po słabym "Brzechwie nie dla dzieci" podchodziłem do niej z pewnymi obawami ale jak się okazało, na szczęście nie uzasadnionymi. Nie jest to może książka rzucająca na kolana ale niewątpliwie przykład dobrej, popularyzatorskiej biografii bez zbędnego teoretycznego zadęcia, wystarczającej dla czytelnika amatorsko interesującego się literaturą i jej historią.


Jak to u Urbanka, nie jest to biografia pomnikowa choć pisana z niewątpliwą sympatią do jej bohatera. Może to właśnie z tego powodu nie nazywa alkoholizmu Tuwima po imieniu (inna sprawa, że nie przybrał on takiej postaci jak u Broniewskiego czy Gałczyńskiego) a jedynie jakby mimochodem, między wierszami można wysnuć wniosek, że poeta "lubiał wypić".

Pewien niedosyt pozostawia wewnętrzny portret Tuwima a właściwie jego brak. Bo Urbanek opisuje poetę niejako "zewnętrznego", takiego jakiego widzieli go inni w życiu w jakimś stopniu publicznym - jaki był prywatnie, tak naprawdę nie wiadomo, ale nie musiał to być ten sam człowiek, którego znali inni. Taka wątpliwość nasuwa się choćby po tym jak Julian i Irena odmiennie przedstawiają atmosferę domu rodzinnego. Ma się wrażenie, że te wszystkie anegdoty, bon moty, które Autor bierze za dobrą monetę miały na celu budowanie wizerunku Tuwima a niekoniecznie wiele wspólnego z rzeczywistością. A rzeczywistość chwilami brutalnie "skrzeczy". Urbanek gładko przechodzi na przykład nad bardzo dwuznaczną, okazywaną poniewczasie troską o matkę pozostawioną na łasce obcych ludzi w okupowanej Polsce, mimo że "Książę poetów" przewidywał, jak sam twierdził, los Żydów, co jednocześnie wydaje się być potwierdzeniem "wylęknienia" poety. Po takich drażliwych kwestiach Urbanek wyraźnie się "ślizga" być może niechcąc zbytnio obciążać "hipoteki" Tuwima, która i tak dostatecznie była zaszargana jego stosunkiem do nowego, powojennego porządku w Polsce.

W porównaniu z nim Miłosz czy Szymborska, których ostatnimi czasy lustruje się na okoliczność stalinowskich koncesji, to uosobienia niezależności i wolności myśli. Nie udało się Autorowi dociec co było przyczyną takiej postawy poety. Nie można wykluczyć, że był to zwykły oportunizm, chęć odcinania kuponów od popularności, co było niemożliwe do zrealizowania na emigracji a z kolei oferowane na tacy przez komunistów - tak jak to miało miejsce w przypadku Słonimskiego czy Wańkowicza. Być może była to też w jakimś stopniu chęć "odkucia się" za napastliwe antysemickie ataki, których celem był w latach międzywojennych, "pokazania" i wzięcia rewanżu za wcześniejsze upokorzenia.

Ktoś złośliwy mógłby stwierdzić, że na tle osiągnięć naszego literaturoznawstwa w postaci postulatu badania metryk urodzenia, o co pośrednio niedawno upomniała się dr Elżbieta Janicka (Instytut Slawistyki PAN), przy okazji swojej wypowiedzi na temat "Kamieni na szaniec" - "przez 70 lat do powszechnej świadomości nie przebiła się informacja o żydowskim pochodzeniu innej ważnej dla pokolenia Kolumbów postaci z tej szkoły - Krzysztofa Kamila Baczyńskiego", że to właśnie dzięki antysemityzmowi prasy endeckiej  do powszechnej świadomości przebiła się informacja o pochodzeniu Tuwima.

Ale już bardziej serio - nie bagatelizując znaczenia tych napaści i ich odbioru przez poetę, który przecież miał poważne problemy psychiczne, to wydaje się, że niektóre zarzuty, które w książce przedstawione są jako przejawy antysemityzmu są, łagodnie mówiąc, mocno przesadzone. Chodzi przede wszystkim o utrącenie członkostwa w Polskiej Akademii Literatury z powodu pochodzenia Tuwima. Moim zdaniem, stawiany w tym kontekście zarzut instytucjonalnego antysemityzmu (członkowie PAL byli powołani przez Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego) słabo się broni ponieważ żydowskie pochodzenie jakoś nie było przeszkodą w uzyskaniu takiego członkostwa przez Juliusza Kleinera nie mówiąc już o Bolesławie Leśmianie. Zresztą musiałby to być szczególnego rodzaju antysemityzm skoro w tym samym czasie wiersze Tuwima były już szkolną lekturą (też przecież administracyjnie zadekretowaną) a Tuwim otrzymał Złoty Wawrzyn Akademicki (o czym zresztą Urbanek wspomina).

Innego rodzaju mankamentem są powtórzenia, nie są one zbyt częste ale jednak zdarzają się m. in. tak jak chociażby to dotyczące wydania "Balu w operze" i w niezbyt w końcu obszernej książce są jednak widoczne. Nie są to jednak wady, które rzutowałyby na całościowy obraz "Wylęknionego bluźniercy", moim zdaniem, napisanego z "iskrą Bożą", co sprawia, że książkę czyta się nieomalże z zapartym tchem. Polecam.

czwartek, 5 grudnia 2013

Dziennik norymberski, Gustave Mark Gilbert

Niedawny post Jeżanny na temat wspomnień Rudolfa Hoessa przypomniał mi o "Dzienniku norymberskim" Gilberta (Höss zeznawał w procesie w Norymberdze jako świadek m.in. w sprawie Ernsta Kaltenbrunera), który już swoje odstał na półce. Ale gdy wreszcie skończyłem jego lekturę, to muszę przyznać, że odkładałem książkę z lekkim poczuciem zawodu i tak zwanymi mieszanymi uczuciami.   


Sam do końca nie wiem czego się po niej spodziewałam, chyba czegoś w rodzaju "Eichmanna. Rzecz o banalności zła" Arendt, eseju napisanego z pazurem, i też przecież osnutego wokół procesu niemieckiego zbrodniarza. Tymczasem u Gilberta, wojskowego psychologa, który sprawował nadzór nad oskarżonymi otrzymujemy mało pasjonujące opisy zachowań, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, poszczególnych więźniów, z których układają się ich portrety psychologiczne.

Dowiadujemy się między innymi, że jeśli chodzi o Juliusa Streicher'a wydawcę osławionego "Stürmera", to "inni zbrodniarze wojenni uznawali jego towarzystwo za nieodpowiednie. Jego lubieżna, perwersyjna umysłowość została najniżej oceniona w testach psychologicznych IQ", co wcale nie znaczy, że była niska. Z kolei feldmarszałek Wilhelm Keitel, szef Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu "pozbawiony insygniów wojskowych wciąż wyglądał na pruskiego oficera starej szkoły, ale bez rangi i władzy miał w sobie tyle kręgosłupa co meduza" a minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop był sfrustrowanym oportunistą, bo "wszelkie próby ustalenia jego poglądów w naszych początkowych rozmowach były skazane na klęskę, ponieważ (...) nie sprawiał wrażenia, że ma jakiekolwiek poglądy" i który nie mógł "ani zracjonalizować swojej postawy, ani też przyznać się do winy", zaś "słabość morale (...) narcyza", jakim był Herman Göring, marszałek III Rzeszy i naczelny dowódca Luftwaffe, była widoczna w tym jak przybierał  "pozy romantycznego bohatera" z domieszką "agresywnego cynizmu [i] nacjonalizmu"  etc. etc. etc.

I o ile nawet nie zdumiewa, to że ludzie w większości o ponad przeciętnej inteligencji, rządzący Niemcami przez ponad 10 lat, z czysto ludzkiego punktu widzenia okazali się miernotami bo to cecha wcale nie przypisana tylko do rządzącym Trzecią Rzeszą, lecz to, zaskakiwać już może dalszy wniosek z tego płynący, że za sprawą takich małych ludzi, za sprawą takiej "nędzy ludzkiej" zginęło kilkadziesiąt milionów ludzi.

Tylko Albert Speer umiał spojrzeć prawdzie w oczy i bez wybiegów przyznać się do odpowiedzialności za swoje czyny (przy okazji polecam jego "Wspomnienia" i dla równowagi biografię Joachima Festa), pozostali zaś usiłowali ukryć się za kłamstwami, zaprzeczeniem faktom, niemożnością zdania sobie sprawy z własnej odpowiedzialności i usiłowaniem przerzucenia jej na innych, ukrywaniem się za rozkazami czy zasłanianiem się niewiedzą. Te wszystkie próby obwiniania za własne czyny Hitlera, który miał zapewniać wydając rozkazy, że bierze na siebie za nie odpowiedzialność są żenujące - tak, jakby jakiekolwiek zapewnienie innego człowieka mogło rzeczywiście z kogokolwiek dorosłego taką odpowiedzialność zdjąć. Wiara w moc rozkazu i przekonanie, że skoro "nie wykonam go ja, to przyjdzie inny i zrobi to samo, więc co to zmieni jeśli ja go wykonam", to wszystko sprawia, że "bohaterowie" procesu norymberskiego są przede wszystkim żałośni i żenujący. 

Mnie szczególniej zainteresowały jego polskie "akcenty", wspomniana jest m.in. zeznająca jako świadek Seweryna Szmaglewska (autorka późniejszych "Niewinnych w Norymberdze"), czy wyjście na jaw tajnego protokołu do paktu Ribbentrop - Mołotow. Patrząc zwłaszcza na tą ostatnią sprawę, trudno się nie zadumać nad cyniczną ale jednak nie pozbawioną racji uwagą Göringa, że "zwycięzca zawsze będzie sędzią, a zwyciężony oskarżonym".

Wszak przed sądem stanął tylko jeden z agresorów napaści na Polskę, która dała początek wojnie światowej. Jeśli poruszono sprawę rozstrzeliwania jeńców amerykańskich pod Malmedy, to czemu pominięto mord polskich jeńców w Katyniu? Podobna wątpliwość nasuwa się, jeśli weźmie się pod uwagę zarzut walki z Kościołem i religią postawiony Niemcom, podczas gdy Rosjanie mieli na tym polu już wcześniej co najmniej porównywalne, jeśli nie większe "osiągnięcia", wreszcie zarzut ludobójstwa, gdzie w choćby w odniesieniu do Ukraińców i wywołanego "Wielkiego głodu" również na tym polu wyprzedzili Niemców (dla równowagi - podnoszenie kwestii rasistowskich ustaw norymberskich przez przedstawicieli Stanów Zjednoczonych, w czasie kiedy w USA w najlepsze przestrzegano praw Jima Crow'a też zakrawało na hipokryzję). Czy nie było więc trochę tak, że mordercy sądzili morderców?

Proces był także dyskusyjny z czysto formalnoprawnego punktu widzenia bo obywatele niemieccy byli sądzeni przez obcy sąd za przestępstwa, które w chwili ich popełnienia nie istniały - czyli mówiąc wprost - z naruszeniem zasady niedziałania prawa wstecz. Ale kwestie ściśle prawne związane z procesem w Norymberdze były poza zainteresowaniami Gilberta (ich ciekawy wycinek przedstawia natomiast Jerzy Zajadło w "Formule Radbrucha. Filozofii prawa na granicy pozytywizmu prawniczego i prawa natury" pokazującej, że dylemat przed jakim stała Antygona nie jest tylko przebrzmiałym starożytnym mitem).

W sumie powstała książka do spokojnego, uważnego czytania, ważna ale też i monotonna, bez fajerwerków, stopniowania napięcia i niespodziewanych zwrotów akcji, zdecydowanie dla zainteresowanych bliżej tematem a jednocześnie wytrwałych.

wtorek, 3 grudnia 2013

Umarł mi. Notatnik żałoby, Inga Iwasiów

Są takie książki, które umiejscawiam - to znaczy, niezależnie od tego, gdzie rozgrywa się ich akcja kojarzą się one z jakimś szczególnym, tym im przypisanym miejscem. Tak też jest z "Umarł mi. Notatnikiem żałoby" Ingi Iwasiów, który został przypisany do starego, poniemieckiego cmentarza w Cieplicach. Byłem tam niedawno, w listopadzie, w słoneczny, nadzwyczaj ładny, jak tę porę roku dzień, ostatni akord polskiej, złotej jesieni, niestety nie bez przyczyny. Ostatni raz byłem tam chyba jakieś trzydzieści lat temu, kiedy pod starymi nagrobkami leżeli ci, do których one pierwotnie należały choć i wówczas gdzieniegdzie było już widać ślady nowych porządków. Teraz w grobach dawnych mieszkańców Bad Warmbrunn leżą już inni, a na starych nagrobkach jeśli w ogóle ocalały były już nowe tablice ale cmentarz nadal roztaczał swoją atmosferę miejsca jakby wyrwanego z codziennej bieganiny i zgiełku.


To tu umiejscowiłem "Umarł mi" sam nie potrafiąc dokładnie wytłumaczyć - dlaczego? Ale to w sumie nieistotne i nie o tym miało być a o książce. Inga Iwasiów zastrzega w niej z góry - "nie wierzę w terapię (...) więc nie mogę tego pisania uznać za lekarstwo" ale z każdą stroną nabierałem przekonania, że to zastrzeżenie jest tylko rodzajem zasłony dymnej podobnie, tak jak i finalne wyznanie - "pisząc tę książkę, prawie nie udaję". Mam wrażenie, że wynikają one jakby z przestrachu własną szczerością wynikającą właśnie z terapeutycznej potrzeby wyrzucenia z siebie tego co boli, bo w jej książce "mi" jest co najmniej tak samo ważne jak "Umarł", jeśli nawet nie ważniejsze. Zaryzykowałbym nawet tezę, że "Notatnik żałoby" traktuje bardziej o samej Autorce, o jej przeżywaniu śmierci ojca (i nie tylko) niż o nim samym. Sama przecież dostrzega, że "ludziom łatwiej napisać, niż powiedzieć" a pisząc książkę bardzo osobistą, nie dziwię się, że jednocześnie na wszelki wypadek próbuje się chronić się za taką zasłoną.

A nie mam wątpliwości co do autentyczności i szczerości wyznań Autorki. Zbyt dużo tu szczegółów, które pewnie zna każdy, kto stracił kogoś bliskiego. Bo gdy pisze, że "za każdym razem, gdy stojąc lub sunąc w korku, mogę spojrzeć w stronę balkonu, mam nadzieję zobaczyć na nim babcię" czyż sami nie przypominany sobie domów, w których mieszkali nasi bliscy z żalem uświadamiając sobie, że już ich tam nie ma, w pierwszym odruchu mając nadzieję spotkać ich tam, gdzie zawsze ich spotykaliśmy? Czyż nie jest z nami tak, jak z Ingą Iwasiów, u której "opowieści - o przedmiocie, śmiesznym zdarzeniu i twarzy - wywołały całą lawinę dalszych szczegółowych przypomnień" niczym magdalenka umoczona w herbacie?

Chociaż odmiennie niż u niej te "dalsze szczegółowe przypomnienia" sprawiają, że nie stawiam sobie pytań, nawet jeśli miałyby być to pytania retoryczne "Co wygra, która wizja zostanie we mnie? Umieranie, którego nie widziałam, czy codzienność, z której do mnie mówił?" bo moi zmarli ciągle żyją w mojej pamięci, a raczej ożywają pod wpływem jakiegoś impulsu. Dzisiaj, tak jak Autorka, wraz z upływem lat i nabytymi doświadczeniami mam już taką wiedzę, że mógłbym "napisać poradnik na temat tego, jak traktować nagłe, bezsensowne, zabierające czas życzenia starych ludzi. Zwykle nie chcemy tych życzeń rozumieć. Traktujemy je jako oznaki starczego despotyzmu. Tymczasem są wołaniem o uwagę, wyrazem strachu przed śmiercią." Tyle tylko, że zabrakło mi jej albo nie umiałem spożytkować wówczas, kiedy powinienem był to zrobić. Ale z wiekiem doszedłem i do tego.

To nic, że w dniu śmierci naszych bliskich "nikt nie zauważył niczego wyjątkowego" (ten passus trochę zazgrzytał mi kiczowatą wariacją na temat zakończenia "Na Zachodzie bez zmian" E.M. Remarque'a). Jakie to w końcu ma znaczenie, przecież ich życie przez to nie stało się mniej istotne. Jak pisał w słynnej Medytacji XVII John Donne - "Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie."

Tak jak "Bambino" było dla mnie książką ważną ze względu na wątki, które odnajdywałem w losach własnej rodziny, tak i w "Umarł mi" znajduję podobne detale (nawiasem mówiąc wiele tu odwołań do "Bambino"). Tak jak Iwasiów pamięta wieczorną modlitwę swoich dziadków "klęczeli tak, on przy swoim tapczanie, babcia przy swoim pod oleodrukiem przedstawiającym Golgotę", tak ja pamiętam modlitwę swojej Babci, choć oleodruk był inny. A już sam, tak jak jej ojciec, który "brał w swoje smukłe palce kluczyk, umieszczał go delikatnie w dziurce. Przekręcał, nasłuchiwał. Naciągał ciężarki. Przykładał ucho do skrzynek." nakręcam w podobny sposób wiszący w domu stary zegar Gustava Becker'a, tyle tylko, że ten nie ma ciężarków a wahadło (zresztą i zegary z okładki to także nie te, które nakręcał bo to zegary kuchenne bez naciągu). Nie mówiąc już o tym, że tak jak ona, nie raz studziłem "herbatę, przelewając ją z kubka do kubka".

To wszystko buduje aurę autentyczności i szczerości, której tak się Inga Iwasiów obawia, a która stanowi najważniejszą jeśli w ogóle nie jedyną zaletę książki. Nie powiem, że jest to książka świetna i bez wad - bo nie jest, ale czułbym się niezręcznie pisząc o nich, biorąc pod uwagę jej bardzo intymny charakter. W każdym razie, na pewno to nie one nadają jej ton i nie burzą jej atmosfery. Polecam.

sobota, 30 listopada 2013

Schopenhauer. Dzikie czasy filozofii, Rüdiger Safranski

Dzięki uprzejmości Autorki, Iwony E. Rusek miałem okazję zapoznać się z jej książką "Pragnienie, symbol, mit. Studium o Próchnie Wacława Berenta", osadzającą powieść Berenta w filozofii Schopenhauera. Ale nie ma co ukrywać, żeby się do niej zabrać trzeba odrobić lekcje zarówno z samego Berenta jak i Schopenhauer'a. O ile przeprosiłem się z "Próchnem" zbierającym od lat kurz na półce to oceniając realistycznie swoje siły ze "Światem jako wolą i przedstawieniem" dałem sobie spokój i ułatwiając sobie życie zdecydowałem się na biografię Safranskiego, tym bardziej że chodziła za mną już od "Madame", a niedawno przeczytany "Castorp" sprawiły, że wreszcie postanowiłem zaległość nadrobić.

 
Mnie w biografii Schopenhauer'a najbardziej interesowały relacje z matką, Joanną, o której pisał "Znam kobiety. Małżeństwo to dla nich wyłącznie przytułek. Mój biedny i zniedołężniały ojciec, z powodu choroby przykuty do fotela, zostałby zupełnie sam, gdyby nie stary sługa, czujący wobec niego obowiązek miłosierdzia. Moja matka przyjmowała gości, gdy on umierał samotnie, bawiła się, gdy on cierpiał gorzkie udręki. Oto miłość kobiety.", a której "Gdańskich wspomnienień młodości" tak namiętnie poszukiwał główny bohater "Mademe" Antoniego Libery, a były to relacje których opis nadawał by się na niezłą powieść obyczajową, i to głównie za ich sprawą powstało do książki Safranski'ego posłowie Marii Janion.

Okazuje się, o dziwo, że może istnieć krytyka feministyczna, formułująca swoje spostrzeżenia bez emfazy, patrząca na świat rzeczowa i sine ira et studio. Nie żeby zaraz anonsowany na okładce tekst, mający chyba w zamierzeniu wydawcy stanowić wisienkę na torcie, rzucał na kolana. Żadne takie, w dużej części stanowi on streszczenie wątków biograficznych, które przedstawia Safranski, proponuje natomiast inne spojrzenie na relacje matki i syna. Bo o ile w "Dzikich czasach filozofii" tej pierwszej wystawione jest nienajlepsze świadectwo to Janion daje inną interpretację faktów równie racjonalną, choć i ona jest niepozbawiona słabszych punktów. Spór, jeśli w ogóle można o nim mówić, dotyczy prawa do samodzielności i niezależności kobiety, która jest żoną i matką.

Jego rozstrzygnięcie wcale nie jest oczywiste, nie wiem czy w ogóle możliwe, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę opinie współczesnych. Jeśli córka, która mieszka z matką pisze, że ta "mówiła o ojcu w sposób, który niemal złamał mi serce, strasznie też wyrażała się o Arturze i stwierdziła, że "właściwie powinien był zależeć od niej"." i nie jest to świadectwo odosobnione "(...) wszyscy wolą matkę, a Adelę uważają zwykle za odpychającą, bo też taka jest, i ja nie mogłam przez długi czas z nią wytrzymać, ale kiedy zna się je obie długo i dokładnie, to widać, że charakter matki w równym stopniu nie zasługuje na szacunek, jak godny szacunku jest charakter córki. (...) Z cierpliwością wzruszającą do głębi, nie skarżąc się nawet najlepszym przyjaciołom, znosi głupotę matki, która potrafi wprawdzie być miła, ale (...) kiedy jest sama, prawie umiera z nudów i złego humoru, mimo wszystkich wygód życia z córką nic jej nie obchodzi jej samopoczucie, cały dzień ją musztruje i, czego nieraz byłam świadkiem, często, kiedy nuda stawała się nieznośna, kazała jej wstawać w gorączce i iść z sobą do ludzi: - majątek swojej córki (wszystko należy do Adeli) po prostu przejada, kupując smakołyki albo wydając na swoje zachcianki, ze skandaliczną obojętnością, bo kiedy uprzytomnić jej, że doprowadza w ten sposób Adelę do nędzy, odpowiada zupełnie zimno, że Adela jest lubiana i na pewno znajdą się ludzie, którzy ją przygarną. Jak Ci się to podoba?" to można mieć wątpliwości czy to tylko despotyzm i grubiaństwo Schopenhauer'a był przyczyną ich złych relacji. Zwłaszcza, że trafiła kosa na kamień, co świetnie widać w anegdotycznej historyjce, którą pozostawił potomnym jej postronny świadek, a która rozegrała się po tym jak została wydana pierwsza poważna praca Schopenhauer'a "Czworaki korzeń zasady racji dostatecznej": "Matka, po tym jak dostała do ręki rozprawę Artura "Czworaki korzeń": "To chyba coś dla aptekarza".
Artur: "Będzie się ją czytać, gdy z twoich książek nie zostanie w graciarni już ani jeden egzemplarz"
Matka: "Z twoich będzie można jeszcze dostać cały nakład"."
Okazało się, że miała rację, drugie wydanie opus magnum Schopenhauer'a wielokrotnie było odkładane w czasie i doszło do niego m.in. dzięki temu, że pierwsze wylądowało na makulaturze.

Zresztą jego pycha brała baty także i przy innych okazjach. Kiedy został wykładowcą filozofii na uniwersytecie w Berlinie, pytany o godziny wykładów, które najbardziej by mu pasowały stwierdził, że byłyby "najlepsze (...) te, w których swoje główne wykłady ma pan prof. Hegel". Skończyło się na tym, że na jego wykłady przychodziło w porywach pięciu studentów podczas gdy do Hegla dwustu.

Ten z jednej strony miłośnik gry na flecie, wybitny intelekt a z drugiej gruboskórny egocentryk i bufon miał jasno określone zdanie na temat kobiet - "Dla kobiety ograniczanie się do jednego mężczyzny, przez krótki okres swej płodności i przydatności, nie jest stanem naturalnym. Ma zachować dla jednego to, czego on może nie potrzebować, a czego wielu innych od niej pragnie: nawet w takim przypadku ma postępować cnotliwie. To właśnie należy pojąć!" Specyficzne wyczucie taktu, sprawiło m.in. że nie omieszkał poinformować Goethe'go, z którym przyjaźniła się jego matka (a z którym i on sam się nieźle znał), że jego dzieło życia jest tylko co najwyżej wycinkiem tego, co on ujął całościowo.

Formułując zalecenia dla innych - "Tym, co w sposób niemal nieunikniony czyni z nas śmieszne osoby, jest powaga, z jaką traktujemy każdorazową teraźniejszość, która nieuchronnie ma w sobie pozór ważności. Zapewne tylko nieliczne wielkie umysły poradziły sobie z tym i stały się z osoby śmiesznej roześmianą." - sam zapominał o stosowaniu się do nich, robiąc się śmieszny choćby oświadczając się ponad dwukrotnie młodszej dziewczynie dopiero co poznanej.

Jak na kogoś, kto uważał, że "Każde tchnienie odsuwa stale napierającą śmierć, i tak w każdej sekundzie walczymy ze śmiercią: w szerszej perspektywie każdy posiłek, każdy sen, każda chwila ciepła itd. są narzędziem walki ze śmiercią itd. Jako że przez sam fakt narodzin należymy do niej i całe nasze życie nie jest niczym więcej jak odwlekaniem śmierci." był w życiu zaskakująco prozaiczny i jak pisze Safranski "Swój status społeczny zawdzięcza ojcu, dzięki ojcu może żyć dla filozofii, nie martwiąc się o codzienne utrzymanie. Z punktu widzenia norm społeczeństwa mieszczańskiego jest nieudacznikiem, żyjącym wyłącznie z majątku odziedziczonego po ojcu."

Żeby wszystko było jasne - to bardzo dobra książka, której lektura możliwa jest w dwóch wariantach; pełnym, od deski do deski wymagającym od czytelnika trochę wysiłku, bo książka Safranski'ego omawia też poglądy filozoficzne Schopenhauer'a i tych, którzy wywarli na niego wpływ. Jest to omówienie dosyć przystępne i jeśli chodzi o jasność wywodów porównywalne z "Historią filozofii" Tatarkiewicza, aczkolwiek w części poświęconej Schopenhauer'owi znacznie bardziej pogłębione, ale i tak nie wychodzi poza możliwości czytelników amatorsko interesujących się filozofią. Ale i tak mniej zainteresowani tajnikami jego myśli mogą spokojnie ułatwić sobie lekturę i skupienić się tylko na wątkach biograficznych (wyłuskanie części filozoficznych nie sprawia większego problem), a czyta się je nieomalże z zapartym tchem, niczym wariację jakiejś powieści Manna czy Fontane (zresztą w twórczości obu można znaleźć wpływ poglądów Schopenhauer'a).

środa, 27 listopada 2013

Modne bzdury. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów, Alan Sokal, Jean Bricmont

Przy okazji "Gender dla średnio zaawansowanych" wspomniałem o książce Alana Sokala i Jeana Bricmonta "Modne bzdury" i przywołanym tam przykładzie seksualności fizyki cieczy i ciał stałych, na które to odkrycie wpadła Luce Irigaray. Okazuje się, że nie jest to jej jedyny wkład w "naukę" i postmodernistyczny ogląd świata, bo rozważa także inny niesłychanie istotny problem, mianowicie "Czy E=mc2 to seksistowskie równanie?" dochodząc do wniosku, że "na seksistowski charakter tego równania wskazuje nie tyle jego znaczenie dla budowy jądrowej, ale raczej uprzywilejowanie tego co najszybsze ..." cokolwiek miałoby to znaczyć.


W sumie czytając takie bzdury można tylko roześmiać się, wzruszyć ramionami albo popaść w stupor w zależności od wrażliwości, choć te reakcje dotyczą przeciętniaków - wyłączeni z nich są niektórzy przedstawiciele świata nauki. Problem w tym, że Luce Irigaray podobnie jak Jacques Lancan, Julia Kristeva, Bruno Latour, Jean Baudrillard, Gilles Deleuze, Felix Guattari są guru nie tylko w Zakładzie Literatury Polskiej XX wieku w Instytucie Polonistyki i Kulturoznawstwa Uniwersytetu Szczecińskiego.

Sokal i Bricmont oparli się pokusie wyszydzenia tego rodzaju idiotyzmów, jak te o których wspomniałem. Podchodzą do problemu poważnie i zupełnie na serio obnażają intelektualne szalbierstwa ograniczając się do nauk ścisłych, którymi zajmują się na co dzień, a z których pojęcia zostały "zagospodarowane" przez postmodernistów. Ich książka jest więc jak najbardziej serio-serio i błędem jest nastawiać się na lekturę szybką, łatwą i przyjemną, chociaż z drugiej strony, trzeba autorom oddać sprawiedliwość, że starają się pisać "prostym językiem o trudnych sprawach", na ile to oczywiście w przypadku zaawansowanej matematyki i fizyki jest możliwe. 

Wszystko zaczęło się od prowokacyjnego artykułu Sokala, który opublikował w jednym z ważniejszych periodyków dotyczących nauk społecznych - "Social Text", artykuł "Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji", który był parodią tekstów "naukawych" wykorzystującą oryginalne cytaty autorytetów nauk społecznych XX wieku (Prowokacja podobna do tej dokonanej przez Sokala miała miejsce także i u nas. Tomasz Witkowski opublikował w październiku 2007 w popularnonaukowym miesięczniku "Charaktery" wyssane z palca teorie psychologiczne w artykule "Wiedza prosto z pola".). Po odkryciu mistyfikacji wybuchła burza a Sokal, który obnażył pustkę myślową został ... skrytykowany. Głosy krytyczne podniosły się także i u nas. Mnie rozbawiła recenzja Bogny Choińskiej zamieszczona z Słupskich Studiach Filozoficznych (7/2008), w której najpoważniejszym zarzutem były ... intencje autora, co przypomina mi to trochę dociekanie przez urzędy skarbowe; czy darowizny dokonywane przez podatników są dokonywane z potrzeby serca, czy dla tego by skorzystać z ulgi podatkowej, a co oczywiście nie ma żadnego znaczenia dla ich skuteczność.

Zarzuty Sokala i Bricmonta wobec postmodernistów, których wymieniłem sprowadzają się do tego, że:
- snują oni rozważania na temat teorii, o których mają "w najlepszym razie bardzo mgliste pojęcie";
- wykorzystują w naukach humanistycznych pojęcia z nauk ścisłych w oderwaniu od znaczenia, które jest im tam nadane jednocześnie nie definiując ich dla potrzeb dyscypliny, w której są używane;
- demonstrują powierzchowną erudycję "metodą bezwstydnego rzucania naukowych terminów w kontekście, w którym nie mają one żadnego znaczenia" oraz
- manipulują "zwrotami i zdaniami, które w rzeczywistości są bez sensu".

Trudno im odmówić racji jeśli czyta się, że "Gdy głębia czasu zastępuje głębię zmysłowej przestrzeni, gdy komutacja interfejsów zastępuje delimitację powierzchni; gdy przezroczystość na nowo ustanawia pozory, wtedy zaczynamy zastanawiać się, czy to, co uparcie nazywamy przestrzenią, nie jest w rzeczywistości światłem, sublimitarnym paraoptycznym światłem, którego jedną fazą lub odbiciem jest światło słoneczne. To światło pojawia się w czasie mierzonym natychmiastowym czasem naświetlania, nie zaś historycznym i chronologicznym upływem czasu. Czas tej chwili bez trwania jest "czasem naświetlania", niezależnie czy jest to prześwietlenie, niedoświetlenie. Fotograficzne i kinematograficzne techniki już przewidziały istnienie i czas kontinuum, ogołoconego ze wszystkich wymiarów fizycznych, w którym kwant energii działania i punkt kinematycznej obserwacji nagle stały się pozostałościami nieistniejącej już morfologicznie rzeczywistości. Ta prędkość światła przeniesiona do wiecznej teraźniejszości teorii względności, której topologiczna i teleologiczna grubość i głębia należą do tego ostatniego instrumentu pomiarowego, ma jeden kierunek, który jest jego wielkością i wymiarem i który rozchodzi się sam z taką samą prędkością we wszystkich kierunkach radialnych, będących miarą Wszechświata." a warto wziąć pod uwagę, że w oryginalne jest to jedno zdanie.

Odnoszę wrażenie, że przynajmniej niektóre z zarzutów Sokala i Bricmonta stosują się polskiego literaturoznawstwa czego przykładem oprócz wspomnianej już książki Ingi Iwasiów może być praca Leny Magnone a pewnie ci, którzy "siedzą w temacie" mieliby znacznie więcej do powiedzenia.

No i już na zakończenie. Wiadomo, że najłatwiej jest "wyśmiać i wyszydzić", pamiętając o tym, autorzy nie poszli na łatwiznę i przedstawili w książce "wartość dodaną" w postaci recepty (której zresztą nie są twórcami) na sukces w postmodernistycznym stylu - "wystarczy znaleźć podręcznik matematyki, skopiować mniej skomplikowane fragmenty, dodać trochę odnośników do literatury w jednym lub dwóch działach nauk społecznych, nie martwiąc się przy tym nadmiernie, czy wypisane wzory matematyczne rzeczywiście mają jakikolwiek związek z rzeczywistymi ludzkimi działaniami, oraz wybrać dobrze brzmiący tytuł, który sugeruje, że autor odnalazł klucz do ścisłej nauki o zbiorowym zachowaniu ludzi." Czego i Wam życzę!

wtorek, 26 listopada 2013

Myszka Pik, Witalij Bianki

Nie dawno, w czasie dyskusji z Anną zebrało mi się, na wyznanie, że literatura rosyjska czasów ZSRR to "czarna dziura" i podobnie jak u nas lata PRL - zmarnowany czas. Ale jest coś chyba w tym, że radykalne sądy bywają radykalnymi uproszczeniami i nawet mi się nie śniło, że tak szybko będę weryfikował tą swoją "pryncypialną" opinię choć na szczęście daleko jej do kuriozum Cejrowskiego, który zabrał się za ocenę nawet nie literatury radzieckiej ale ludzi bliżej zainteresowanych kulturą rosyjską.


Zarzuciłem lekturę "Pinokia" w nowym świetnym wydaniu z ilustracjami Roberto Innocentiego i w tłumaczeniu Jarosława Mikołajskiego bo okazało się, że dziecko zbyt przeżywa przygody pajacyka, tak że porównanie z "klasyczną" wersją ilustrowaną przez Szancera a w przekładzie Zofii Jachimeckiej obiecane Lirael odsunęło się w bliżej nieokreśloną przyszłość. 

By w ramach wieczornego czytania nie wałkować w kółko Macieju "Baśni" Andersena zaryzykowałem "Myszkę Pik", o zgrozo, autorstwa Rosjanina, który był u nas wydawany w czasach najgłębszej komuny - Witalija Bianki. Ale ryzyko nie odnosiło się do tego, że był Rosjaninem ani do tego, że jego książki były wydawane w latach stalinowskich (pierwsze wydanie w 1949 r., okładka pochodzi z wydania czwartego z 1972 r.) - otóż pamiętałem jak sam byłem poruszony przygodami myszki-badylarki, która musi samotnie stawić czoła przeciwnościom losu, która za sprawą dzieci traci swój dom ale ostatecznie też i u nich znajduje schronienie, tak że na szczęście wszystko kończy się dobrze. 

Obawy okazały się płonne i to pomimo tego, że książeczka stanowiła kiedyś lekturę klas trzecich a tymczasem miała być czytana siedmiolatkowi. Historia Pika choć obfituje w wiele dramatycznych wydarzeń, podkreślonych jeszcze cokolwiek chyba jednak miejscami zbyt brutalnym realizmem i dopełniona jest utrzymanymi w mrocznej tonacji ilustracjami Marii Orłowskiej-Gabryś, znalazła wdzięcznego słuchacza. Okazuje się, że można było i w tamtych czasach napisać pouczającą i ciekawą książkę dla dzieci, do tego stopnia, że i ja byłem zawiedziony, że tak szybko się skończyła, nie mówiąc już o moim dziecku, która nie nosi żadnych znamion propagandy i w której wszystko jest dla dziecka zrozumiałe, no może z dwoma wyjątkami. Musiałem wytłumaczyć co znaczy "oswoić" i kto to był Robinson - signum temporis! 

Zaskakujące, że książka od lat 70-tych nie była wznawiana (chyba), podobnie zresztą chyba jak i pozostałe jego utwory - w przypadku "Myszki Pik" na pewno szkoda. 

niedziela, 24 listopada 2013

Ferdydurke, Witold Gombrowicz

Nie dawno, przy okazji postu o wierszu Kazimierza Wierzyńskiego, Beata wspomniała o tomie poezji "Czarny polonez" Wierzyńskiego wydanym przez Instytut Literacki w Paryżu. Dzisiaj książki tego nieistniejącego już legendarnego wydawnictwa, które w czasach "komuny" nobilitowały jako "owoc zakazany" każdą szanującą się domową bibliotekę nie budzą już takich emocji. Wiadomo - można wydać co się i co się chce czytać. Ja jednak do "Biblioteki Kultury" wydawanej przez Instytut z charakterystyczną okładką z deseniem płóciennego worka mam duży sentyment, za sprawą osobistych przeżyć. 


Jedną z pierwszych książek z tej serii, która do mnie trafiła było "Ferdydurke" Gombrowicza, nie miałem już wówczas 16 lat ale i do trzydziestki sporo mi brakowało ale książka zrobiła na mnie wrażenie bo opisywała to, co sam pamiętałem z nie tak dawnej jeszcze przeszłości. Dzisiaj gdy znacznie bliżej mam do wieku profesora Pimki ciągle wydaje mi się, że "Ferdydurke" niewiele straciła ze swojej aktualności a z całą pewnością była aktualna w moich latach szkolnych.

To były czasy gdy do chwalebnych wyjątków należeli ci nauczyciele, których nie obejmowało Gombrowiczowskie "ciało pedagogiczne" te "najtęższe głowy w stolicy", z których żadna "nie ma jednej własnej myśli (...). To zgoła nieszkodliwe niedołęgi, nauczają tylko tego, co w programach, nie, nie postoi w nich myśl własna."

Nie wiem z czego wynika to ponadczasowe belferskie dążenie do przykrojenia młodego pokolenia do jednego, z góry narzuconego, słusznego szablonu, ta niechęć do potraktowania młodzieży na serio, jako partnerów w dyskusji, mających prawo do własnego, samodzielnego zdania. Mam wrażenie, że "temat wypracowania domowego. "Dlaczego w poezjach wielkiego poety, Juliusza Słowackiego, mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza w nas zachwyt i miłość?"" jest "wiecznie żywy" a następcy profesora Bladaczki ciągle oczekują w odpowiedzi na zadany temat jedynie wyuczonych sloganów. W szkole Gombrowicza samodzielne myślenie ucznia i nawet nie tyle niechęć co niemożność/nieumiejętność zrozumienia klasyki - "Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! Wcale nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogę wyczytać więcej jak dwie strofy, a i to mnie nie zajmuje. Boże ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca?" - nie ma szans sensowną ripostę i pracę u podstaw. Co najwyżej oznacza tylko problem dla oportunisty, który ma przecież "żonę i dziecko". Ale to w końcu nic dziwnego skoro szkoła nie kształtuje człowieka myślącego a infantylne intelektualnie klony i jest miejscem, w którym "pupa" zwycięża "dupę".

Z tym "niezrozumieniem" klasyki współbrzmi krytyka kanonu literackiego - "wspominałem owe piękne, romantyczne lub klasyczne zbrodnie, gwałty, wyłupianie oczu w poezji i w prozie - masło z konfiturą, to wiem, że jest straszne, a nie wspaniałe i piękne zbrodnie u Szekspira.", która upomina się o "zwykłość tematyki", która korespondowałaby z tym co czytelnik widzi dookoła siebie, a jednocześnie kwestionowanie szczególnej roli twórców i ich pretensje do sprawowania "rządu dusz". Wreszcie obrywa się tym, którzy tylko wtórnie, odtwórczo żyją z literatury, osławionym ciotkom, ciotkom kulturalnym, tych ćwierć-autorkom i doczepionym pół-krytyczkom, wypowiadającym "sądy swe po czasopismach. Gdyż kulturę świata obsiadło stado babin przyczepionych, przyłatanych do literatury, niezmiernie wprowadzonych w wartości duchowe i zorientowanych estetycznie, najczęściej z jakimiś swoimi poglądami i przemyśleniami (...)."

Nie ma co ukrywać, "Ferdydurke" stanowi zamach na przyjęte ogólnie wartości "niedługo zdamy sobie sprawę, że już nie to jest najważniejsze: umierać za idee, style, tezy, hasła, wiary; i nie to także: utwierdzać się w nich i zamykać; ale co innego, ale to: wycofać się o krok i zdobyć dystans do wszystkiego, co nieustannie wydarza się z nami." Taki dystans mógł być przydatny w polskim piekiełku lat międzywojennym, tym "odzyskanym śmietniku" jak pisał Kaden-Bandrowski, w którym  "dziesiątki koncepistów, doktrynerów, demagogów i agitatorów przerabiają i urabiają, zasiewając swoje koncepcje, poglądy, doktryny, idee, a wszystkie specjalnie uproszczone i przyrządzone dla maluczkich" a spory ideologiczne okazywały się całkowicie jałowe - "Analiza właściwie zwyciężyła ale cóż z tego? Zupełnie nic. Mogła równie dobrze zwyciężyć synteza i też by z tego nic nie było." Ale wkrótce po ukazaniu się "Ferdydurke" wybuchła II wojna światowa i rozpoczęła się w Polsce okupacja niemiecka a później nastała "komuna" a w odniesieniu już do tych lat "wycofanie się o krok" i "zdobycie dystansu" brzmią mocno dwuznacznie, choć z drugiej strony trudno mieć do Gombrowicza pretensje o to, że nie przewidział tego, czego także i nikt inny nie przewidywał.

Drugą po szkole instytucją, która poddana została krytyce, jest dom w jego "ekstremalnych" przejawach. Na jednej szali mamy dom "nowoczesny" w sferze deklaracji głoszących, że "Kult dziewictwa ustał! My, inżynierowie konstruktorzy nowej rzeczywistości społecznej, nie uznajemy kultu dziewictwa dawnych hreczkosiejów",  które okazują się tylko pozą, wychodzącą na jaw kiedy zostaną naruszone stare, dobre konwenanse. Zajmującym się "feministyczną dekonstrukcją" pozostawiam analizę opresyjnych reguł społecznych, zgodnie z którymi "dziewczyna (...) idzie do starego, ponieważ jest pensjonarką ... Dziewczyna, (...) która oddaje się młodemu, ponieważ jest nowoczesna ...". Na drugiej zaś dla przeciwwagi postawiony został tradycyjny dom szlachecki, anachroniczny i zakłamany, w którym "odwieczna hierarchia opierała się na dominacji części pańskich i był to system natężonej i feudalnej hierarchii, gdzie ręka pana równała się gębie sługi, a noga wypadała w pół chłopa. Hierarchia ta była pradawna. Układ, kanon i prawo odwieczne. Była to klamra mistyczna spajająca części w powyższym układzie mogli państwa państwo dotykać się i stykać z chamstwem."

Wyobrażam sobie, co to musiało się dziać gdy książka się ukazała, dzisiaj paradoksalnie, choć mu się przeciwstawiała, sama jest częścią kanonu, a co gorsza nawet szkolną lekturą, co pamiętając przypadek Gałkiewicza, nie wróży jej dobrze wśród uczniów a szkoda.